Żyjemy w czasach, gdy zamachy terrorystyczne stały się czymś powszednim. Nikogo nie dziwią bomby, miny-pułapki, niewyjaśnione do końca eksplozje. Czy kiedy usłyszała Pani informacje o tym, co się stało w Smoleńsku, nie pomyślała Pani o zamachu?


W pierwszym momencie nie zakładałam takiego scenariusza. Świadomość, że coś jest nie w porządku, przychodziła stopniowo. Przede wszystkim uderzająca była jakaś dziwna zmowa nietraktowania katastrofy smoleńskiej w kategoriach zamachu. Zanim jeszcze zadano sobie pytanie, co się tak naprawdę stało, już postanowiono, że oficjalna wersja będzie na pewno wykluczała zamach. Do dziś budzi to niepokoi i karze się zastanawiać, dlaczego właściwie kładziono na to tak mocny nacisk. Potem, z każdą porcją kłamstw, przeinaczeń, wątpliwości było coraz więcej.


Myślę, że dzisiaj będziemy chcieli wiedzieć nie tylko to, co się tak naprawdę stało w Smoleńsku, ale również dlaczego tak wielu zależało na ukryciu prawdziwej przyczyny katastrofy.



Nie zastanawiała się Pani, dlaczego na ten lot zaproszono ludzi wyznających praktycznie ten sam światopogląd?


Byli tam jednak ludzie różnych opcji. Czasem bardzo poważnie różnili się między sobą. Mimo to byli to ludzie, których do Katynia wysłało poczucie pewnej misji. Oni lecieli tam z potrzeby serca, nie dlatego, że dostali polecenie służbowe.



Jak przebiegała identyfikacja ofiar katastrofy? Pani nie zdecydowała się, żeby lecieć do Moskwy...


Dowiedziałam się stosunkowo szybko, że Tomek został zidentyfikowany. Do dziś nie widziałam jednak żadnych dokumentów, które potwierdzałaby fakt jego śmierci. Od blisko roku Rosjanie skąpią nam tych dokumentów, które z całą pewnością posiadają. Zapisy związane z sekcją zwłok zostały na rok utajnione. To jest jedno z pytań, które budzi wątpliwości, czy też podważa wiarygodność tego badania. Na przykład to, co zrobiono z autopsją gen. Błasika jest haniebne i prymitywne.



Czy ktoś z Pani strony poleciał do Moskwy w celu identyfikacji?


Wówczas nie było takiej potrzeby. Tomek był jedną z pierwszych zidentyfikowanych ofiar. Niewiele pamiętam z tego okresu, ale jeżeli mnie pamięć nie zawodzi, to kolejność była taka: Kaczyński, Kaczorowski, Merta. Nie było problemu ze wskazaniem ciała mojego męża.



Czy po śmierci widziała Pani męża?


Nie, niestety. Bardzo teraz tego żałuję. Powinnam była otworzyć trumnę.



Były jakieś dyrektywy, że nie wolno tego robić?


Tak, były takie zalecenia, ale była także świadomość, że za tym zakazem nie idą żadne sankcje. Wiedziałam, że jeśli zechcę otworzyć trumnę, to nic mi za to nie grozi. Mimo to powstrzymano mnie. Stoczono ze mną wielki spór, żebym tego nie robiła.



Kto Panią od tego odwodził?


Moi bliscy, przyjaciele. Dziś tłumaczą, że robili to w jak najlepszej wierze. Byli absolutnie przekonani, że jeżeli otworzę trumnę, to będzie to ostatnia rzecz, jaką w życiu zrobię. Bali się, że tego nie przeżyję. Dzisiaj żałują, że mi na to nie pozwolili. Gdyby wiedzieli, jaka atmosfera będzie wokół tego wszystkiego, jak wielkim kłamstwem okaże się cała sprawa smoleńska, to zaryzykowaliby cios, jaki by mi to na pewno zadało.



Czy myśli Pani teraz o ekshumacji?


Nie będzie to tylko moja decyzja. Zostawiam ją w rękach rodziców mojego męża. Gdyby ekshumacja miała pogłębić ich ból, to nie chciałabym tego robić za wszelką cenę. Jeśli jednak okazałoby się, że w czyimś grobie spoczywają zwłoki mojego męża, a w moim nie wiadomo kto, to nie będziemy zwlekać. Jeżeli podobne pomyłki wyjdą na jaw, to bezwzględnie zdecydujemy się na otwarcie trumny.



Czy wie Pani, jakich urazów doznał mąż?


Nie wiem, na ile ta wiedza jest wiarygodna. Wiem, że Tomek miał urazy charakterystyczne dla śmierci z przeciążenia. Były to urazy wewnętrzne. Przynajmniej tak mi powiedziano. Ale nie musi to być prawdą. Były przypadki, że mówiono rodzinie o niewielkich obrażeniach ich bliskich, a potem okazywało się inaczej.


Zadałam też pytanie, czy brak obrączki na palcu mojego męża oznacza kradzież, czy może utratę palca lub ręki. Powiedziano mi, że bezwzględnie została ona skradziona.


A co się stało z innymi rzeczami, które mąż miał przy sobie?


Kilka przedmiotów, które miał ze sobą w chwili śmierci, otrzymałam natychmiast przy pierwszej wizycie w Mińsku Mazowieckim. Przekazała mi to żandarmeria wojskowa. Kolejne przedmioty wskazano mi jako prawdopodobną własność Tomka. Część z nich dostałam, kiedy okazało się, że żadna inna rodzina nie rości sobie prawa do nich. Odzyskałam nawet więcej niż powinnam. Przekazano mi bowiem okulary. Wyglądały identycznie jak te, które nosił Tomek, ale z pewnością nie należały do niego. Zachowała się jedna plastikowa soczewka, stąd wiem, że to nie były okulary Tomka. Zwróciłam je potem żandarmerii.



Czy w tym pierwszym okresie miała Pani wsparcie ze strony państwa?


Miałam wsparcie ze strony Ministerstwa Kultury. Ministerstwo zajęło się pogrzebem i pomagało mi we wszystkich urzędowych czynnościach, które trzeba załatwić po śmierci bliskiej osoby. Do dziś zachowałam serdeczne przyjaźnie z niektórymi pracownikami ministerstwa i nie mam prawa narzekać na ich postępowanie. Zapraszana jestem przez instytucje, z którymi współpracował mój mąż. Na niektórych spotkaniach odbierałam przyznane mu pośmiertnie nagrody.



Czy uczestniczyła Pani w uroczystościach związanych z żałobą narodową?


Odbierałam trumnę Tomka z lotniska. Byłam na placu Piłsudskiego, na uroczystej Mszy w intencji ofiar katastrofy smoleńskiej. Wybrałam się także na koncert organizowany na Zamku Królewskim w Warszawie. Uznałam, że mi wypada, był bowiem poświęcony pamięci pary prezydenckiej i mojego męża. Wtedy doszłam do wniosku, że powinnam jednak stronić od takich wydarzeń jak koncerty. Msza i modlitwa to jedyne rzeczy, do których jestem gotowa w każdej chwili zgłosić akces. Nie odczuwam potrzeby uczestnictwa w innych uroczystościach. Doceniałam to, że zorganizowano ten koncert i że przyszło tak wiele osób, ale też męczyłam się.



Gdzie spoczął Pani mąż?


Tomek pochowany został na małym parafialnym cmentarzyku, pięć minut drogi od naszego domu. Jest jedyną spoczywającą tam ofiarą katastrofy smoleńskiej.



Czy wówczas dotarły do Pani informacje o pogrzebie pary prezydenckiej i o tym, że nie wszyscy zgadzali się z pochówkiem na Wawelu?


Byłam zaproszona na uroczystości związane z pogrzebem pary prezydenckiej do Krakowa. Odbywało się to jednak na dwa dni przed pogrzebem mojego męża i nie czułam się na siłach, by tam pojechać. Mam nadzieję, że 18 kwietnia, w pierwszą rocznicę pogrzebu, będę miała okazję na Wawelu złożyć hołd Marii i Lechowi Kaczyńskim.



Obserwowała Pani te tłumy gromadzące się pod Pałacem Prezydenckim?


Wtedy nie oglądałam telewizji. Zobaczyłam to wszystko jako zapisy archiwalne.



Zastanawiała się Pani nad znaczeniem katastrofy smoleńskiej? Skoro wierzymy, że Bóg kieruje naszym losem i mówi do nas, to może także przez tę tragedię chce nam coś uświadomić?


Przeżyłam bardzo głęboki kryzys po obejrzeniu filmu „Mgła”, kiedy dowiedziałam się, jak niewiele brakowało, by Tomka nie było na pokładzie TU-154. To był taki moment, kiedy stawiałam sobie pytanie, dlaczego Bóg do tego dopuścił. Źle wspominam to przeżycie.



Dlaczego Pani mąż mógł nie lecieć tym samolotem?


Tomek był wpisany w obie delegacje: i premiera, i prezydenta. Ponieważ w samolocie, którym miał lecieć Lech Kaczyński, brakowało miejsc, Jacek Sasin z Kancelarii Prezydenta uznał, że można Tomka pominąć. Uważał, że skoro leci trzy dni wcześniej, nie musi ponownie lecieć 10 kwietnia. Zadzwonił on do mojego męża 7 kwietnia, żeby mu to zakomunikować. Był przekonany, że Tomek jest już w Katyniu, w związku z tym do końca nie wiedział, czy odbierze telefon. Tomek odebrał jednak i poinformował ministra Sasina, że nie będzie dwukrotnie uczestniczyć w obchodach rocznicy katyńskiej, i że zdecydował się na podróż 10 kwietnia. Wtedy Sasin obiecał Tomkowi, że poleci, ale samolotem wcześniejszym, chyba że zwolni się jakieś miejsce w samolocie rządowym. W piątek dowiedziałam się, że mój mąż nie musi zrywać się o świcie, ponieważ leci nieco później, razem z prezydentem.



Miał lecieć jakiem razem z dziennikarzami?


To nie miał być jak. Jak-40 poleciał dlatego, że nie udało się uruchomić samolotu, który miał zabrać dziennikarzy. Wszystkich przesadzono do zastępczego samolotu. Pierwotnie do Smoleńska miała lecieć casa.



Co Panią po raz pierwszy mocno zbulwersowało z informacji, które docierały po katastrofie?


Na pewno dużym przeżyciem i zarazem ciosem był stosunek władz do harcerskiego krzyża, który ustawiono przed Pałacem Prezydenckim. Uderzyło mnie także to, jakiemu ostracyzmowi środowiskowemu poddano Jana Pospieszalskiego i Ewę Stankiewicz, autorów filmu „Solidarni 2010”. Żywię głęboką nadzieję, że mimo to okażą się oni nieugięci. Wierzę, że znajdą wolę i środki, żeby kontynuować swoją misję.
Pytana o to, jak chciałabym, żeby wyglądały obchody rocznicowe, odpowiadam, że chciałabym, żeby Ewa zrealizowała film „Solidarni 2011”.

Kiedy obserwowaliśmy to, co się działo pod krzyżem, można było odnieść wrażenie, że ludzie zebrali się tam z potrzeby serca, by modlić się za ofiary tragedii smoleńskiej. Krzyż jednoczył pogrążonych w bólu i rozpaczy. Potem można było odnieść wrażenie, że robi się wszystko, by nas podzielił...


Myślę, że pomimo wszystko, to nas w dużej mierze zjednoczyło. Nie mówię, że wszystkich, ale na pewno tych, którym symbol ten jest bliski. Wszyscy oni doznali wielkiego przeżycia wspólnotowego.


Zawsze będę wdzięczna mojemu miastu za te tłumy ludzi stojące wzdłuż trasy przejazdu konduktu. Te tłumy, które otaczały Torwar, gdzie wystawiono trumny. Ten wielki dar serca, tę ludzką solidarność.



Byli jednak tacy, którym przestało się to podobać. Uznali, że tydzień żałoby jest zupełnie wystarczający.


Pamiętajmy, że ci, którzy się wtedy modlili pod krzyżem i, ci, którzy wspólnie z nami płakali, nadal są wśród nas. To oni właśnie dziesiątego dnia każdego miesiąca przychodzą do katedry i na miejsce, gdzie stał krzyż. To oni otaczają nas modlitwą, dobrem i ciepłem. Oni nie zniknęli. Wszystko jedno, jak steruje się nastrojami społeczeństwa, to ten wielki dar współczucia i modlitwy wciąż istnieje.


Jestem bardzo daleka od krytyki mojego narodu. Czerpię radość z tego, że jestem Polką. Nie sądzę, żeby Polacy byli głupsi od innych nacji, żebyśmy odstawali mentalnie od reszty świata. Lubię dobrze myśleć o Polakach.

(…)


Wobec tego, jak Pani przyjęła informację, że polski rząd oddaje śledztwo w sprawie katastrofy smoleńskiej stronie rosyjskiej?


Przyjęłam to z głębokim niesmakiem i rozżaleniem. Ale też jeszcze gwałtowniej reagowałam na próbę uzasadniania tej decyzji. Za coś niewłaściwego uznałam stwierdzenie prokuratorów, że Polska nie miała innego wyjścia. Można wskazać kraje, które reagowały inaczej. Chociażby Stany Zjednoczone po katastrofie samolotu amerykańskiego, który rozbił się na terytorium Chorwacji. Eksperci amerykańscy natychmiast przejęli śledztwo, a nie kraj, na którego obszarze katastrofa się wydarzyła.


Zdaniem prokuratora, który tłumaczył decyzję rządu polskiego, kraje oddające śledztwo właścicielom samolotu stawiały po znakiem zapytania własną suwerenność. Dla mnie te słowa brzmiały tak, jak tłumaczenia PRL-owskich nauczycieli historii wmawiających nam, że Rosja sowiecka nie miała innego wyjścia, tylko wkroczyć do Polski 17 września 1939 roku. Tłumaczenia takie uwłaczają godności myślącej osoby.


(…)


Pani nie wierzy, że na drodze oficjalnych działań i śledztwa poznamy przyczyny katastrofy?


Bardzo wiele uczyniono, żeby przekonać nas, że coś tu nie gra. Wokół tej sprawy dzieją się rzeczy, które w normalnym śledztwie by się nie wydarzyły. Obserwujemy to już od samego początku. Zaczęło się od kłamstwa, kiedy podano po raz pierwszy godzinę katastrofy. Nawet tu były nieścisłości. Z każdą chwilą mnożyły się nowe pytania. Potem haniebny raport MAK-u. Straszne cierpienie, jakie zgotowano rodzinie gen. Błasika. Akcja dezinformacji, fałszywe książki, co do których mamy podejrzenia, że ukazują się za rosyjskie pieniądze. To wszystko skłania do zadawania pytania: jeśli był to zwykły wypadek, to po co się to wszystko robi? Dlaczego się kłamie? Dlaczego nie oddaje się wraku samolotu? Dlaczego się go nie zabezpiecza? Dlaczego tym, którzy przywieźli ze Smoleńska jakieś przedmioty, części samolotu, odbiera się je? Czy po to tylko, żeby dorzucić je do tej sterty niszczejącej na lotnisku? Pytania te można mnożyć w nieskończoność.

(…)


Co stowarzyszenie zamierza robić dla upamiętnienia ofiar katastrofy?


Sprzyjamy każdej inicjatywie służącej upamiętnieniu. Jesteśmy obecni przy każdym odsłonięciu nowych miejsc pamięci związanych z katastrofą. Bierzemy udział w Mszach, modlitwach.


Dokonania Rodzin Katyńskich, tych wszystkich, którzy stracili swoich bliskich zamordowanych przez NKWD, ich doświadczenia są dla nas pewnym wzorem. Oni przez kilkadziesiąt lat dopominali się o prawdę o tej straszliwej zbrodni. A ileż lat czekali choćby na ekshumację. W Katyniu ósmy z dołów śmierci pozostaje do tej pory nieekshumowany. Ta misja jeszcze się nie zakończyła.

(…)


Czy może Pani podać przykłady fałszywych tropów?


Rzekomy alkohol we krwi gen. Błasika jest tu przykładem sztandarowym. Zuzanna Kurtyka, lekarz z wykształcenia, mówi, że krew taka, jaką mogli dysponować Rosjanie, żadną miarą nie może być krwią diagnostyczną. Ewentualne dowody na obecność alkoholu można znaleźć tylko w wątrobie i nerkach zmarłego. Wiemy – sami Rosjanie to mówią – że takich śladów nie było. My w to wierzymy, bo Zuzanna Kurtyka jako lekarz jest dla nas autorytetem. Większość naszego społeczeństwa przyjmuje to, co mu się podaje. Kiedy gen. Tatiana Anodina, przewodnicząca Międzypaństwowego Komitetu Lotniczego (MAK-u), mówi, że gen. Błasik był pod wpływem alkoholu, to jest dla ludzi wiarygodna, chociaż ktoś inny twierdzi, że to nieprawda.


Drugi z takich przykładów, który mi się teraz nasunął, to rzekomy telefon jednego z funkcjonariuszy BOR-u do żony. W rzeczywistości nie miało to miejsca. Medialne nagłośnienie tego służyło dezinformacji i zdyskredytowaniu tych, którzy wiadomość tę podali. Miało to podważyć zaufanie do gazety, która prowadzi dziennikarskie śledztwo.



Uważa Pani, że jest to celowe działanie czy po prostu brak rzetelności dziennikarskiej?


Byłabym naiwna, gdybym sądziła, że jest to przypadek. Uważam, że jest to przemyślane działanie, przygotowany z góry zestaw tematów celowo mających odwrócić społeczną uwagę.


Nieprzypadkowo też, jak sądzę, prokuratoria wybrała moment na ogłoszenie woli wypłaty zadośćuczynienia rodzinom ofiar. Ponieważ raport MAK-owski podważył wiarę w dobre intencje Rosjan i tym samym zwiększył stopień współczucia wobec rodzin, w takiej sytuacji uznano, że trzeba zrobić coś, co to współczucie umniejszy lub wywoła zawiść. Ogłoszenie informacji o odszkodowaniach miało do tego doprowadzić, pokazać, że rodziny obłowią się na tej katastrofie. Propozycji tej nie złożono zresztą rodzinom, tylko podano ją do wiadomości mediów. My o wszystkim dowiedzieliśmy się z gazet. Potem szef prokuratorii w programie Moniki Olejnik twierdził, że nie znał adresów rodzin i dlatego zdecydował się poinformować o odszkodowaniach przez media. Prokuratorzy, dziennikarze, nawet osoby prywatne umiały dotrzeć do każdego z nas, tylko on nie podołał temu zadaniu. Trudno w tym nie widzieć celowego działania. Myślę, że takich sensacji jest jeszcze przygotowanych bardzo wiele.


(…)

Można też do tego podejść tak: stało się coś, co należy za wszelką cenę ukryć.


Niepokoi mnie poziom emocji z tym związanych. Nasze emocje są oczywiste. Myśmy stracili ukochanych i bardzo chcemy dowiedzieć się dlaczego. Natomiast czemu niektórzy tak histerycznie reagują na wersję o zamachu, tego nie rozumiem. Dlaczego na przykład ktoś z Zielonej Góry pisze, że zagazowałby wszystkich mówiących o zamachu? Co mu właściwie szkodzi, gdyby to był zamach? Jaką on poniesie z tego powodu szkodę? Dlaczego tak głęboko to przeżywa? Jaki interes mają ci ludzie, by zaciemniać tę sprawę? Lęk przed PiS-em nie tłumaczy tego do końca.



Jeżeli był to zamach, to ktoś musiał za nim stać. Może jest to lęk przed tym, który najwięcej na tym wygrał? Wiadomo, że Rosja na tej tragedii skorzystała najwięcej. Nie ma prezydenta, który ostrzegał przed powrotem na Wschodzie do polityki imperialistycznej, nie ma ludzi, którzy sprzeciwiali się podpisaniu długoletnich umów gazowych. Jak mielibyśmy się zachować, gdyby wyszło na jaw, że za katastrofą stały służby rosyjskie?


A jak zachowała się Ukraina, kiedy próbowano otruć Wiktora Juszczenkę, wówczas kandydującego na urząd prezydenta? A jak reagują kraje, które podobnych rzeczy doświadczyły? Nie wybuchła przecież wojna rosyjsko-ukraińska. Nie sądzę, żeby to był tylko strach przed konsekwencjami ujawnienia prawdy. To prymitywne myślenie: „Jak odkryją, że to Rosjanie, to wyślą na front mojego syna. Lepiej więc, żeby nie wykryli”.


Chętnie poznałabym motywację, dlaczego ludzi mówiących o zamachu trzeba tak nienawidzić i tępić. Co jest w tym takiego? Co budzi tak silne emocje?

(…)

Zwierzęca agresja pojawiła się już pod krzyżem na Krakowskim Przedmieściu. Ludzi modlących się wyszydzano, lżono, a nierzadko także bito.


Opłaceni bojówkarze będą atakować każdego, kto im wejdzie w drogę.



Pod krzyżem przed Pałacem Prezydenckim byli ludzie opłacani?


Tak myślę. W jaki sposób tym ludziom mogła zaszkodzić modlitwa? Co takiego złego z ich punktu widzenia mogli robić modlący się? Gdyby ta wojna była sterowana z Rosji, to odpowiedź byłaby prosta. Każde rozbicie więzi narodowej Polaków jest cenne z punktu widzenia siły zewnętrznej. Także gdyby było do przeprowadzenia coś niepopularnego społecznie, co mogłoby wywołać niechęć do rządzących, to warto wtedy wdać się w wojnę o krzyż. Ludzie zajmą się tym, co myślą o krzyżu przed Pałacem Prezydenckim, a nie tym, co myślą o podejmowanych w tym czasie niepopularnych decyzjach. Skoro jesteśmy po stronie przeciwników krzyża i się z nimi identyfikujemy, to siłą rozpędu poprzemy projekt rządowy dotyczący na przykład Otwartych Funduszy Emerytalnych.



Nienawiść do krzyża można jednak odbierać także w innych kategoriach. Jeżeli jesteśmy ludźmi wierzącymi, to nie możemy zapominać o istnieniu szatana. W dzisiejszym świecie uważa się go za postać wręcz bajkową...


Nawet jeśli ludzie dają się ponieść złym emocjom i nawet jeżeli steruje nimi siła zła, to naszą rolą jest modlić się o ich opamiętanie i o wyzwolenie spod tego wpływu. Oznacza to także, że mamy przy tym krzyżu więcej do zrobienia. Może to osoby niemiłe, wstrętne, obrzydliwe, ale to wciąż nasi bliźni.

(…)
Szukając winnych katastrofy smoleńskiej, w pierwszej kolejności oskarżono pilotów. Po raporcie MAK-u mówi się, że działali pod presją wywieraną na nich przez gen. Błasika. Nie sądzi Pani, że chodzi tu o próbę poróżnienia bliskich załogi samolotu z rodziną generała?


Na dłuższą metę nie jest to skuteczne. Zamiast ludzi skłócić, wywołuje się fale solidarnościowych odruchów wobec rodzin pilotów i gen. Błasika. Przy każdej okazji apeluję, żeby wspierać modlitwą rodzinę generała. Przy całym naszym cierpieniu, my mamy ten komfort, że nikt naszych bliskich nie oskarża o spowodowanie katastrofy. Tym bardziej trzeba wspierać tych, którzy tego komfortu nie mają i muszą żyć z tym odium rzucanym na ukochaną osobę.


Pamiętajmy, że dociera do nas tylko to, co decydują się powiedzieć określone osoby, dyżurni eksperci, jak czasem się ich złośliwie nazywa. My nie znamy całego tego środowiska. Jeżeli poznajemy poszczególne osoby, to one niekoniecznie podzielają wizję komisji MAK-owskiej. Rzeczywiście, chętniej i pełniej mówią o tym w cztery oczy, prywatnie. Być może nie zdobyłyby się na powtórzenie tego publicznie. Mają jednak jakiś pogląd na tę sprawę i może doczekamy czasów, że nie będą się obawiali o swoją sytuację zawodową, środowiskowy ostracyzm. Mam nadzieję, że głosy niezależnych ekspertów zabrzmią jeszcze wyraźnie.

(…)

Z upływem czasu coraz bardziej widać, że Rosjanie nie są zainteresowani wyjaśnieniem prawdziwych przyczyn katastrofy. Czy strona polska, reprezentowana przez rząd i prokuraturę, robi coś, by tę sytuację zmienić?


Poczucie, że Polacy rozmawiają z Rosjanami na kolanach towarzyszy mi przez cały czas podczas lektury akt śledztwa smoleńskiego. Nie ma w naszym postępowaniu z Rosjanami żadnej stanowczości, żadnego partnerstwa. Jest natomiast umizgujący się petent, postępujący dość żałośnie i nieprofesjonalnie. Właściwie trudno nawet odpowiedzieć na pytanie: dlaczego. Co takiego jest w tych stosunkach polsko-rosyjskich, że my musimy się aż tak płaszczyć? Dobrą praktyką byłoby wyobrażenie sobie, jak z Rosjanami rozmawiałby inny zachodnioeuropejski kraj. Czym różniłoby się śledztwo, gdyby to dotyczyło nie polskiego prezydenta, tylko kanclerza Niemiec lub prezydenta Francji. Nie ma wątpliwości, że wrak takiego samolotu nie leżałby przez pół roku nieprzykryty, nie rdzewiałby, zupełnie nikogo nie interesując, na naprawdę okropnym lotnisku, jeśli w ogóle to straszne miejsce zasługuje na taką nazwę. Z całą pewnością kraj, do którego by samolot należał, zabrałby go natychmiast i nie prosił pokornie o oddanie wraku. Pewnie zażądano by ustalenia terminu, kiedy to zostanie przeprowadzone. Powinniśmy sobie uświadomić, jak wiele tracimy w oczach innych państw, zachowując się tak po białorusku.



Czy, mimo tylu przeciwności, poznamy kiedyś prawdę o katastrofie smoleńskiej?


Gdybym przestała wierzyć w możliwość wyjaśnienia tragedii smoleńskiej, to równie dobrze przestałabym wierzyć w to, że powinnam dalej żyć. Dla mnie samej, dla wielu z nas wyjaśnienie tajemnicy tego, co się stało, jest zajęciem, które być może będziemy kontynuować po kres naszych dni.


Czy wierzę w wyjaśnienie tragedii? Tak, wierzę. Potrafię wymyślić scenariusze, w których ta sprawa wychodzi na jaw i zostają wyjaśnione rzeczywiste okoliczności tego, co się stało. Nie sadzę, żeby to było łatwe. Być może będzie to wymagało innej niż obecna kadencji władz i to zarówno polskich, jak i rosyjskich. Ale jest we mnie wiara, że się uda.

 

Rozmawiał Dariusz Walusiak

 

D. Walusiak, Wdowy smoleńskie, Wydawnictwo Rafael, 2011

 

Książka do kupienia w Wydawnictwie RAFAEL. ZAPRASZAMY!!!