„Żyjemy w państwie niemalże wyznaniowym, a polski Kościół katolicki (w przeciwieństwie do wielu innych chrześcijańskich kościołów) jest skrajnie nietolerancyjny. W ostatnich latach ma on twarz ojca Rydzka i pana Terlikowskiego i już od dawna nie odwołuje się do Soboru Watykańskiego II, Karola Wojtyły (cokolwiek by sądzić o konserwatyzmie Papieża język, jakim dziś bezkarnie posługują się świeccy działacze katoliccy, księża i biskupi byłby za Jego czasów niedopuszczalny), Jerzego Turowicza czy księdza Tischnera” - oznajmia Holland, która niestety nie rozwija swojej myśli i nie wskazuje, jakim to język byłby niedopuszczalny. A nie wskazuje, bo tego nie wie. Zamiast tego jednak oznajmia, że „najaktywniejszych i najgłośniejszych obrońców katolickiej Polski” można „nazwać łże-chrześcijanami, którym bliżej do talibatu niż do Ewangelii...” Czym jest ów talibat też nie wiadomo, ale nie wolno przecież wymagać od wybitnej intelektualistki, by rozumiała słowa, których używa.

 

Głębie przemyśleń Agnieszki Holland widać także w opisie prawicy. „Mam coraz większe problemy z polską tak zwaną prawicą. Nie tyle nawet z powodu ich poglądów, ale z powodu formy ekspresji tych poglądów. Odbija się w nich chorobliwy narcyzm – typowy dla osobników lub formacji o zaniżonym poczuciu własnej wartości – a jednocześnie niebywale agresywne przekonanie, że to oni reprezentują jedynie słuszny punkt widzenia i że wszyscy, którzy się w tej perspektywie nie mieszczą, zasługują na pogardę, a w konsekwencji obrzydzenie i nienawiść” - pisze reżyser.

 

TPT/Tokfm.pl