Gwizdy i głośne nawoływania "remboursez, remboursez", czyli "zwrócić pieniądze", a także "salope" – "zdzira", zakończyły czwartkowy koncert Madonny w Paryżu. Gwiazda, która 14 lipca zaśpiewała na słynącym z słabej akustyki Stade de France, tym razem wybrała intymną atmosferę Olimpii, jednej z najsłynniejszych sal koncertowych świata.
Spóźniona trzy kwadranse Madonna zaśpiewała przed 2,7 tys. fanów, którzy nie wahali się zapłacić 500 euro na czarnym rynku, żeby zobaczyć swą idolkę. Musieli przepłacać, bowiem bilety w cenie 90-280 euro rozeszły się w ciągu kilku godzin i trafiły głównie w ręce członków fan-clubu "Material Girl".
Najwierniejsi fani rozłożyli przed Olimpią namioty, żeby zapewnić sobie miejsca w pierwszych rzędach, ale po trwającym 48 minuty koncercie, nawet ci, dla których Madonna jest, "duchową matką" i ikoną, nie kryli wielkiego rozczarowania. – Nie zaśpiewała nawet 10 piosenek, nie powiedziała ani dziękuję, ani do widzenia. Przyjechaliśmy z Montpellier, żeby ją zobaczyć i zapłaciliśmy 180 euro za bilety. To skandal! – powiedzieli rozgłośni France Info zdenerwowani fani.
Madonna skorzystała z koncertu, żeby wyrównać rachunki zMarine Le Pen, która złożyła skargę na piosenkarkę po tym, jak ta użyła zdjęcia Le Pen opatrzonego swastyką w klipie "Nobody Knows Me". – Słyszałam, że pewna Marine Le Pen jest na mnie wściekła – powiedziała Madonna. – Nie chcę robić sobie wrogów – dodała, przed rozpoczęciem przed publicznością długiej przemowy o zbyt politycznych akcentach.
eMBe/Dziennik.pl

