Fronda.pl: Dlaczego Edmund Klich przekazuje Polakom i Rosjanom zupełnie różne informacje na temat przebiegu śledztwa ws. katastrofy smoleńskiej?
Antoni Macierewicz: Nie wiem, dlaczego płk Edmund Klich od początku w różnych miejscach mówi różne rzeczy i później zrzuca na dziennikarzy winę twierdząc, że on tych rzeczy nie mówił. Jest niepokojące, że takie domniemania są przez niego formułowane, milcząc na ten temat w Polsce. Niepokojąca jest też formuła, z której zawsze można się wycofać. Wszystko jednak stwarza atmosferę potwierdzającą domniemania, które od pół roku funkcjonują w opinii publicznej, oparte na pierwszych doniesieniach, które zresztą sam słyszałem na miejscu, w Katyniu. Podczas pierwszej godziny doszedł do nas oficjalny komunikat, że z miejsca katastrofy wyjechały na sygnale trzy karetki. Na sygnale jeżdżą karetki wiozące żywych, a nie umarłych. Ta informacja została także przekazana przez rzecznika prasowego ministerstwa spraw zagranicznych, a także przez Biuro Ochrony Rządu.
„Gazeta Polska” twierdzi, że część osób znajdujących się na pokładzie samolotu prezydenckiego miała włączone telefony komórkowe. Potwierdza Pan to?
Według ustaleń duża część, więcej niż 5-6 telefonów komórkowych, było włączonych tuż przed katastrofą. Były to telefony także osób, które słynęły z tego, że bardzo rygorystycznie przestrzegały zasad bezpieczeństwa w samolocie, jak np. ministra Wassermanna. Można zastanawiać się, dlaczego w zapewne ostatnich sekundach ci ludzie włączyli komórki. Cała procedura włączenia telefonu trwa ok. 15-20 sekund i jeśli założyć, że to włączenie było związane z poczuciem zagrożenia, o którym chcieli poinformować kogoś, na przykład kogoś z rodziny, to znaczy, że od momentu pojawienia się zagrożenia do momentu, w którym nie mogli już nic zrobić, musiało minąć co najmniej 15-20 sekund. To nam wyznacza okres, w ramach którego możemy się domyślać, co się wydarzyło. To są jednak domniemania – faktem jest na pewno, że komórki były włączone i że od chwili, która wywołała poczucie potrzeby ich włączenia, do momentu uruchomienia aparatu, musiało minąć 15-20 sekund.
Czy polska prokuratura zbada ten wątek?
Obowiązkiem prokuratury jest sprawdzenie, czy informacja podana przez „Gazetę Polską” to jest fakt potwierdzony, a jeśli tak, to jakie informacje przekazały osoby znajdujące się na pokładzie samolotu osobom bliskim. To wiele wyjaśniałoby w kwestii powodu tej straszliwej tragedii. Milczenie prokuratury w tej kwestii poddaje w wątpliwość jej wiarygodność. Po oddaniu komisji pani Anodinie i nie informowaniu przez pół roku polskiej opinii publicznej mam wrażenie, że tzw. niezależność prokuratury jest swoistą zasłoną dymną nad bardzo głęboko nieprawidłowymi jej działaniami.
Prokuratura badała billingi rozmów ofiar katastrofy pod tym kątem?
Nie mam na ten temat żadnej wiedzy, którą mógłbym się podzielić z opinią publiczną.
Czy gremium, którym pan kieruje, ma możliwość i narzędzia, by zbadać te wątki poza prokuraturą?
Docieramy do najróżnorodniejszych dokumentów, a przede wszystkim do osób najbardziej zainteresowanych, które mają najbliższe przekazy na ten temat. W tym wypadku mogłoby chodzić o bliskich osób, do których takie telefony mogły być wykonywane. Szereg informacji na ten temat posiadamy, ale ciągle nie jesteśmy na tym etapie, by móc w tej kwestii stwierdzić coś w sposób bezsprzeczny. W przeciwieństwie do dziennikarzy nie możemy formułować stwierdzeń zaczynających się od słów „nie wykluczone, że”.
Rozmawialiście z osobami, z którymi ktoś z pokładu Tupolewa mógł rozmawiać?
Rozmawiamy i uściślamy każdy fragment ich wiedzy i gdy będziemy mogli te informacje przekazać opinii publicznej w sposó wiarygodny i dalece uprawdopodobniony, to na pewno to zrobimy.
Rozmawiał Stefan Sękowski.
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »

