Pan dostaje od lat szczere brawa na Powązkach podczas obchodów Powstania Warszawskiego. Jak pan odbiera taką postawę wobec swojej osoby?
- Nie jestem na Powązkach 1 sierpnia od 10-20 lat, jestem tam zawsze tego dnia. Polacy, Warszawiacy w szczególnie intensywny sposób przeżywają pamięć walki o niepodległość i dają temu wyraz. Dają wyraz swojemu stosunkowi także do polityków którzy tam przychodzą, oceniając ich stosunek do niepodległości Polski, wysiłek na rzecz działań suwerenności i obrony wartości narodowych czy patriotycznych. Opowiadano mi, że w mediach jakiś dziennikarz czy polityk nazwał ludzi zgromadzonych wczoraj na tym cmentarzu hołotą czy ściągniętymi klakierami - jest to podłe.
Od ilu lat pan przychodzi na Powązki w rocznicę Powstania?
- Od zawsze, od małego... myślę, że sześćdziesiąt lat. Bywałem tam zawsze, niezależnie od tego jaka był atmosfera polityczna wobec obchodów.
Jak pan ocenia obchody powstania na Powązkach z perspektywy czasu?
- Mam wrażenie, że ludzi jest coraz więcej na Powązkach. Choć może to jest intencjonalne, ale takie mam właśnie wrażenie. Jest też coraz więcej ludzi młodych. W latach 70. w większym stopniu było to święto, w którym brali udział przede wszystkim powstańcy i ich rodziny. Teraz uczestniczą w nim w większym stopniu patrioci, również dlatego, że powstańców jest już nie wielu. Można powiedzieć, że jest to warszawsko-polska tradycja patriotyczna.
Rozmawiał Jarosław Wróblewski

