Jacek Żakowski kontynuuje swoją krucjatę (tfu, tfu, co to musi być za okropne słowo dla prawdziwej lewicy) na rzecz nowej biologii, która nie będzie się ograniczać genetyką. Tym razem swoją łysenkowsko-żakowską biologię prezentuje na łamach tygodnika „Polityka”, w którym opisuje swoje problemy ze środowiskami „pro life”(zwanymi przez niego prolajfem).

Zdaniem publicysty „moralne wzmożenie” prolajferów pojawiło się w latach 80. wraz z filmem „Niemy krzyk”. To ten film „upowszechnił pogląd, że płód jest człowiekiem od chwili poczęcia. Stworzyło to emocjonalny grunt dla fundamentalistycznej batalii skierowanej nie tylko przeciw aborcji, ale też przeciw zakazanej przez Watykan, ale akceptowanej przez większość katolików antykoncepcji, a potem przeciw in vitro i badaniom prenatalnym” - oznajmia Żakowski. I dodaje: „ci którzy mając przed oczami obrazy z „Niemego krzyku”, a w głowie watykańską doktrynę moralą, wierzą, że płód od poczęcia jest takim samym człowiekiem jak my wszyscy, każdą formę aborcji uważają zatem za zabójstwo” - dodaje publicysta.

I trudno nie dostrzec, że jego słowa pokazują kompletną ignorancję. Otóż przekonanie, że człowiek jest człowiekiem od momentu poczęcia wynika nie z watykańskiej ideologii, ani nie z filmu, ale z genetyki. Lewica wprawdzie naukę tę odrzucała i zastępowała łysenkizmu, ale wydawać się mogło, że to się zmieniło. Żakowski pokazuje, że nie, i że łysenkizm aborcjonizm jest wiecznie żywy.

Tomasz P. Terlikowski