Dmitrij Miedwiediew przyjął białoruskiego przywódcę na Kremlu, dając tym samym znak, że obie strony niedawnego jeszcze burzliwego konfliktu propagandowego doszły do porozumienia.
Łukaszenka przybył do Moskwy na dziesięć dni przed wyborami prezydenckimi na Białorusi. Rozmowy z rosyjskim prezydentem dotyczyły tworzenia unii celnej i wspólnej przestrzeni gospodarczej, do której mają wejść Białoruś, Kazachstan i Rosja.
Jeszcze niedawno Moskwa prowadziła przeciw Łukaszence prawdziwą wojnę propagandową, której powodem stały się kwestie cła na rosyjską ropę eksportowaną na terytorium Białorusi, którą to Mińsk eksportował dalej na Zachód. Na otrzymywanym bez cła i eksportowanym dalej na Zachód surowcu Łukaszenka miał zarabiać rocznie 4 mld dolarów, które powinny trafić do rosyjskiego budżetu.
W ramach tej wojny rosyjska telewizja NTW wyemitowała serię reportaży "Chrzestny Bat'ka", oskarżając w nich Łukaszenkę o wszelkie grzechy z rozpustą, handlem bronią i morderstwami politycznymi włącznie.
Sam Miedwiediew w swoim wideoblogu nazwał Łukaszenkę człowiekiem "bez honoru". - Pod adresem Rosji i jej kierownictwa płyną rzeki oskarżeń i wyzwisk. Na tym jest zbudowana cała kampania wyborcza Łukaszenki - mówił prezydent Rosji. Radził też Łukaszence zajęcie się raczej "wewnętrznymi problemami" swego kraju i przeprowadzenie śledztw dotyczących "licznych przypadków zaginięcia" przeciwników jego rządów.
Konflikt ten napełniał nadzieją białoruskich opozycjonistów, którzy w niechęci Rosjan do Łukaszenki widzieli szansę na zmianę władz w swoim kraju. Z kolei przywódcy europejscy zauważyli szansę na umocnienie wpływów Unii w Mińsku i z większą sympatią zaczęli odnosić się do białoruskiego dyktatora.
Teraz okazało się jednak, że Łukaszenka wychodzi z tej wojny zwycięsko. Na krótko przed wyborami prezydenckimi dogadał się z Rosjanami w kwestii rozliczeń ropy i wspólnie z rosyjskim prezydentem, po rozmowach w cztery oczy, w dobrych nastrojach obaj pozowali do zdjęć fotoreporterom. Wydaje się pewne, że Łukaszenka otrzymał od Rosjan to, na czym najbardziej mu zależało, czyli poparcie polityczne przed wyborami.
Białoruski przywódca pozwolił sobie nawet zakpić z atakujących go ostatnio rosyjskich dziennikarzy, mówiąc im, że "nie nadążają za swoim prezydentem".
- Łukaszenka znowu wygrał, bo udało mu się nastraszyć Moskwę tym, że zwróci się ku Zachodowi - mówi nam Dmitrij Babicz, komentator agencji RIA Nowosti i znawca relacji białorusko-rosyjskich. - Można by odsunąć go od władzy tylko wtedy, gdyby Rosja i UE postawiły wspólnie na jednego z jego dziewięciu konkurentów. Ale to nie wchodzi w grę.
- Czas i kontekst tego spotkania świadczą jednoznacznie, że Kreml po bezprecedensowym ataku na białoruskiego przywódcę ostatecznie skapitulował przed Łukaszenką - przyznaje białoruski politolog Walery Bułhakau.
roja/GazetaWyborcza
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »

