Fronda.pl: Białoruś traci wsparcie Rosji, wzrosnąć mają ceny gazu. Może się okazać, że w okolicy wyborów Rosjanie go odłączą. Sytuacja nie wygląda najlepiej...

Jarosław Romańczuk*: Sytuacja nie jest najlepsza, ale napawa optymizmem. Zacznę od sytuacji politycznej – wolność osobista, słowa, swobodna działalność partii politycznych, jest gorsza, niż cztery lata temu. Wynika to między innymi z postawy Unii Europejskiej, która chciała 2-3 lata temu rozmawiać z Łukaszenką. Miała nadzieję, że Łukaszenka będzie liberalizował Białoruś i się zawiodła. Klimatu dla inwestycji nie ma, liberalizacji nie ma, są za to więźniowie polityczni, dość smutny fakt zabójstwa dziennikarza Alega Biebienina, który przywraca nas do sytuacji z 1999 roku, gdy zamordowani zostali opozycyjni politycy. Oficjalnie nie wiemy jeszcze, czy było to samobójstwo, czy morderstwo. Człowiek, który w moim sztabie jest odpowiedzialny za internet, został zaatakowany, zabrano mu komputery. Sprawa kryminalna została otwarta, ale postępów nie ma...

...Nieznani sprawcy...

Jak zawsze. Takie sytuacje zdarzają się codziennie. Z drugiej strony władze zezwoliły zbierać podpisy pod kandydaturami na prezydenta w trybie niemal dowolnym. Dlatego też mój komitet zbiera codziennie w 40-50 miejscach, w 32 miastach w całym kraju, podpisy pod moją kandydaturą. W centrum Mińska można bez problemu poprzeć którąś z kandydatur. Wydaje mi się, że Łukaszenka, który nie potrafi poprawić sytuacji gospodarczej kraju, pozwala ludziom wypuścić z siebie parę właśnie w postaci podpisów. Ludzie chętnie z tego korzystają, a my ich przekonujemy, że mają alternatywę. Potem ludzie poprzez kontakty ze znajomymi – jak my to nazywamy, "radio narodowe" - przekazują informacje swoim znajomym.

Jak wygląda sytuacja społeczno-gospodarcza na Białorusi?

Gdyby Białoruś nie otrzymała 3,5 mld dolarów kredytu od Międzynarodowego Funduszu Walutowego, byłoby już po Łukaszence. Rosja nie daje mu już kredytów, UE też nie, Wenezuela i Iran mają ograniczone możliwości kredytowania Łukaszenki. Sytuacja z kursem rubla i inflacją doprowadziłaby do tego, że ludzie nie wybaczyliby Łukaszence zmniejszenia standardów socjalnych. Rośnie dług publiczny, za pięć lat dług zewnętrzny będzie wyższy pięciokrotnie. Łukaszenka potrzebuje w tym roku jeszcze 3 mld dolarów, dlatego pojechał do Chin, by coś uzyskać. Nie wiem, czy mu dadzą, czy nie, choć wątpię – Chińczycy raczej inwestują we własne projekty, a nie w makroekonomiczną stabilizację innych krajów. Ponadto Łukaszenka oszukał MFW i nie wprowadził zmian liberalizujących gospodarkę, które obiecał się przeprowadzić. Od listopada obiecał podnieść o 55 proc. pensje. Przedsiębiorstwa nie mają kapitału obrotowego, w banku nie ma takiej kasy, więc muszą dodrukować pieniądze. A jak je dodrukują, to grozi to wzrastającą inflacją. Z tego można wybrnąć jedynie podwyżką stóp procentowych lub cięciami budżetowymi. Rząd robi jednak wszystko na odwrót – podwyższa podatki, wydatki i obniża stopy procentowe.

Z jednej strony jest Pan bardzo ostrym krytykiem polityki Łukaszenki, z drugiej strony podsuwa Pan prezydentowi projekty reform gospodarczych. Jak Pan to godzi?

To nie jest tak. Centrum Misesa, którym kieruję, jest think tankiem, który pisze analizy i projekty wyjścia z kryzysu. To projekty reformy podatkowej, budżetowej, ustawy o prywatyzacji, świadczeniach socjalnych. Napisaliśmy projekt wyjścia z kryzysu, który łączy liberalizację klimatu biznesowego, podatki, system ceł, udzielanie licencji – wszystko, czego wymaga wyjście z tarapatów, w których się znaleźliśmy. Ale tych projektów nikt u nas nie zamawia, Łukaszenka za nie nie płaci; rozsyłamy je tak do Łukaszenki, jak i do opozycyjnych partii politycznych. Czasem korzysta z naszych pomysłów, a czasem nie.

Jakie pomysły Centrum prezydent Białorusi wprowadził w życie?

Na przykład 12-procentowy podatek liniowy. To bardzo dobre rozwiązanie. Jego ekipa wzięła od nas także rozwiązanie odnośnie rejestracji przedsiębiorstw. Wchodzimy do grupy dziesięciu państw, które mają najlepsze rozwiązania pod tym względem – rejestracja może trwać dosłownie jeden dzień. Od pierwszego stycznia zmieni się także sposób licencjonowania handlu detalicznego. My najpierw walczymy o daną sprawę, a potem Łukaszenka bierze coś od nas, wiedząc, że musi zrobić coś dla przedsiębiorców i bierze nasze pomysły, bo sam nic nie może stworzyć. Ale to są jedynie fragmenty, drobne rozwiązania.

Częściowe reformy, system pozostaje ten sam?

Na Białorusi mamy system gospodarki planowej. 80 proc. aktywów należy do państwa, tak samo jest z systemem bankowym. Mamy do czynienia z totalną regulacją cen, nie respektuje się prawa własności, wszystko jest sterowane z Mińska. To taki mniej agresywny socjalizm. Tego socjalizmu nie poprawi się drobnymi działaniami, trzeba cały system zmienić radykalnie i konsekwentnie.

Pana poglądy są bardzo liberalne. Czy w sytuacji, w której wiele osób oskarża liberalizm gospodarczy i kapitalizm jako system o wywołanie kryzysu, pana tezy mają szansę na zdobycie odpowiedniego poparcia na Białorusi?

Nigdy nie używam słów takich, jak "socjalizm", czy "liberalizm". Gdy ludzie się mnie pytają, dokąd zaprowadzę Białoruś, odpowiadam, że w kierunku gospodarki narodowej.

Jak Pan ją rozumie?

Przede wszystkim jestem za budową Wielkiego Społeczeństwa - na miejscu Wielkiego Rządu. To decentralizacja, podejmowanie decyzji gospodarczych głównie w sferze prywatnej, a nie państwowej. Na Białorusi dzień wolności podatkowej przypada 16 września. To gorzej niż poddaństwo chłopów w XVIII wieku. Gdy przedstawiamy te poglądy nie jako "liberalne", to one do ludzi docierają.

Jednak właściwie wiadomo, kto wygra najbliższe wybory – obecny prezydent Łukaszenka.

Wiele wskazuje na to, że tegoroczne wybory będę inne, niż dotychczasowe za rządów Łukaszenki. Przede wszystkim większość Białorusinów chciałoby widzieć innego człowieka na tym stanowisku (zdaniem grupy badawczej Gallup Baltics - 51 procent). Łukaszenka ma 33 proc. poparcia, przed wyborami w 2006 roku było to 45-50 proc., dlatego też wygrał wtedy wybory, choć miał na pewno ostatecznie z 55 proc. poparcia, a nie ponad 80 proc., jak oficjalnie podano. Cztery lata temu istniał wysoki popyt na białoruski eksport, dzięki czemu Łukaszenka mógł pozwolić sobie na wydatki socjalne i podwyżki. Dziś tego nie ma. Do tego dochodzi internet, który nie był tak rozpowszechniony, jak jest dziś. Teraz 25 proc. Białorusinów popiera jednoznacznie opozycję demokratyczną, 40 proc. nie popiera ani jednej, ani drugiej strony, ale jednocześnie chce reform, demokratyzacji państwa i liberalizacji gospodarki, życia już europejskiego. Dlatego, gdy połączymy opozycję i zwolenników reform, kandydat opozycji może zdobyć 35-40 proc. głosów i wejść do drugiej tury, którą wygra. Prezes mojej partii, Liebiedka, czy też Milinkiewicz bądź Kazulin – oni wszyscy są politykami, ja zaś jestem postrzegany przede wszystkim jako ekonomista i dlatego łatwiej mi może być połączyć te dwie grupy elektoratu.

Ale równie ważne jak to, kto głosuje, jest to, kto liczy głosy.

Owszem, nie wpuszczą nas do komisji wyborczych, dlatego w rozmowie z ministrem Sikorskim i marszałkiem Borusewiczem będę starał się przekonać ich, by wpłynęli na władze w Mińsku, by zmieniły regulamin liczenia głosów. To można zrobić bez zmieniania ordynacji wyborczej. Ponadto najsilniejsi kandydaci opozycyjni starają się koordynować swoje działania odnośnie obserwacji, udziału w komisjach wyborczych i obecności na placu w Mińsku, by wspólnie posłuchać, co nam powie pani Jarmoszyna, która jest szefową Centralnej Komisji Wyborczej. Jeśli na placu zbierze się 50 tysięcy ludzi, to będzie już po Łukaszence.

Przepowiada Pan powtórkę Pomarańczowej Rewolucji, jak na Ukrainie?

Reżim będzie zmuszony do uznania tego, że nie ma większości i tego, że musi dojść do drugiej tury. Warto pamiętać, że Unia Europejska nie uzna sfałszowanych wyborów, a i możliwe jest, że podobnie do sprawy podejdzie Rosja. Prowadzi ona wojnę gazową z Białorusią, otwarcie mówi, że reżim Łukaszenki jest odpowiedzialny za zabójstwo człowieka, korupcję. Łukaszenka pójdzie więc albo na konflikt z ludźmi i znów nie rozwiąże żadnego problemu, albo będzie zmuszony do drugiej tury, którą przegra. To także nowy czynnik, którego nie było w 2006 roku. Dużo lepiej sytuacja wyglądałaby, gdyby cztery lata temu opozycja wysunęła jednego kandydata. Milinkiewicz nie chciał się jednak na to zgodzić.

Ale teraz opozycja ma aż siedmiu kandydatów.

Tak naprawdę – trzech. Sanikow nie ma poparcia w regionach i jego poparcie jest minimalne, z kolei Niklajew to poeta, który jest czarnym koniem z potężnymi pieniędzmi i niejasną agendą. Z mojego punktu widzenia jestem jedynym przedstawicielem opozycji demokratycznej. Już mamy zebranych ponad 45 tysięcy podpisów, na pewno zbierzemy 100 tysięcy. Kandydaci, którzy będą zarejestrowani, będą rozmawiać o wyłonieniu jednego kandydata.

Jest Pan Białorusinem polskiego pochodzenia. Czy nie przeszkadza ono Panu w kandydowaniu?

Problemem jest ono dla twardych nacjonalistów, którzy odbierają je jako zagrożenie polonizacją. Na Białorusi jest wielu ludzi, którzy nie są rdzennymi Białorusinami. Milinkiewicz pierwotnie też miał nawet inne nazwisko, żydowskie. Myślał, że to mu przeszkodzi w działalności, przyjął więc nazwisko swojej matki i pod nim prowadzi działalność. Ja jestem dumny ze swoich korzeni, nigdy ich nie ukrywałem. Moje zaangażowanie w działalność opozycyjną za czasów ZSRR wyszło przez Związek Polaków. Gdy startowałem do parlamentu w Grodnie, to KGB rozpuściło plotkę, że Romańczuk sprzeda Grodno Polsce. To absurd! Z mojego punktu widzenia kultura polska jest częścią narodowej kultury Białorusi. Jestem patriotą Białorusi i myślę, że dobrosąsiedztwo i wzajemna wymiana jest z pożytkiem dla naszych dwóch krajów. To musi działać na zasadach wartości europejskich. Gdy byłem Polakiem w ZSRR, nie mogłem dostać się na uczelnię i służbę wojskową odbywałem na Syberii. Teraz gdy spotykam się z wyborcami, nikt nie stawia mi zarzutu, że jestem Polakiem.

Jak Pan ocenia stosunek Łukaszenki do Polaków na Białorusi?

Jest taki sam, jak wobec Żydów czy opozycji. Łukaszenka myśli tak – jeśli mnie popierają, to są dobrymi, "moimi" Polakami. Jeśli mnie krytykują, to są zdrajcami i V kolumną. Rząd Łukaszenki chce wszystkich dzielić, dlatego też założył nowy Związek Polaków, do członkostwa w którym ludzi się zmusza. Jego podejście do mniejszości narodowych, gospodarczych, czy narodowych wynika z tego, że jest małym autorytarnym liderem. To samo widać w jego relacjach ze związkami wyznaniowymi – spotkał się z Papieżem czy z nuncjuszem apostolskim i mówi, że to "jego" katolicy, ale gdy protestanci chcą budować swoje kościoły, to mówi, że jest prawosławny i na to nie pozwala. Mimo że wcześniej określał się jako ateista.

Jak Pan widzi podejście polskich polityków do Białorusi i sytuacji Polaków?

Polacy konsekwentnie walczą o demokrację. Można się sprzeczać co do metod, czy doboru ludzi, z jakimi współpracują, ale co do zasady, widać, że Polska chce, by coś się zmieniło. Przykładem tego jest np. "Biełsat TV", finansowany przez Polaków. Z drugiej strony popełniono w ostatnich latach dużo poważnych błędów. Mieliśmy do czynienia z próbą sprowadzenia polityki do jednego człowieka, sztucznego wykreowania lidera, który miał wyłączność na reprezentowanie opozycji w Polsce i Europie, ignorując sytuację na Białorusi. I tak się stało, że Milinkiewicz, który zablokował wcześniej możliwość wyłonienia jednego lidera opozycji, dziś wspiera kandydatów kompletnie nieznanych, którzy nie zbiorą podpisów. Z jednej strony miał poparcie Polski, prawicy w Parlamencie Europejskim, ale nie miał poparcia żadnego konkretnego ugrupowania. Polska myślała że to taki białoruski Wałęsa. Ale Wałęsę szuka się wśród robotników, a nie wśród ludzi, których popierają jedynie osoby zza granicy.

Rozmawiał Stefan Sękowski.

*Jarosław Romańczuk – ekonomista, białoruski działacz opozycyjny. Prezes Centrum Naukowo-Badawczego im. Ludwiga von Misesa, wiceprzewodniczący Zjednoczonej Partii Obywatelskiej. Jest opozycyjnym kandydatem na urząd prezydenta Białorusi, elekcja odbędzie się 19 grudnia 2010 roku. W dniach 11-12 października gości na zaproszenie Stowarzyszenia KoLiber w Polsce, spotka się m.in. z ministrem spraw zagranicznych Radosławem Sikorskim, marszałkiem senatu Bogdanem Borusewiczem i szefem sejmowej komisji spraw zagranicznych, Andrzejem Halickim.

/

Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »