W miarę upływu czasu dostajemy coraz więcej informacji o przebiegu katastrofy z 10 kwietnia i jej przyczynach. Problem w tym, że nadal nie znamy odpowiedzi na pytania kluczowe, zaś nasza wiedza jest mocno fragmentaryczna, rozproszona i nierzadko niespójna.

Około tygodnia po katastrofie postawiłem na swoim blogu w Salonie24 23 pytania o jej przebieg, przyczyny i śledztwo. Ten wpis (można go znaleźć pod adresem http://lukaszwarzecha.salon24.pl/172598,zamach-slowo-tabu) zebrał zresztą rekordową w dziejach Salonu24 liczbę komentarzy. Jakiś czas później opublikowałem lekko zrewidowaną listę pytań (http://lukaszwarzecha.salon24.pl/177395,pytan-nie-ubywa), których wcale nie ubyło, bo na miejsce choćby częściowo wyjaśnionych – nie było ich zresztą zbyt wiele – pojawiały się nowe. Dzisiaj muszę stwierdzić, że jesteśmy nadal bardzo daleko od wyjaśnienia przyczyn katastrofy i zachowania polskiego rządu po niej, które jest równie zagadkowe, co powody rozbicia się prezydenckiej maszyny.

Spróbujmy podsumować, co wiemy, a w których obszarach wciąż wiedzy nie mamy lub też istniejąca wiedza nie składa się w spójną całość.

Znamy pojedyncze fakty lub też twierdzenia, które mogą być prawdziwe, ale nie muszą. Wiemy na przykład, jaką mniej więcej pozycję miał prezydencki samolot w ostatnich sekundach lotu, choć i ta wiedza bywa podważana (patrz ostatni numer „Gazety Polskiej”). Wiemy, że aktywna była duża liczba telefonów komórkowych, należących do pasażerów, choć z drugiej strony wiadomo niemal na pewno, że nie mogło to mieć żadnego wpływu na zachowanie samolotu. Wiemy, że w kilka godzin po katastrofie na miejscu pojawili się funkcjonariusze BOR, Żandarmerii Wojskowej i Służby Kontrwywiadu Wojskowego, ale nie mamy żadnych pewnych informacji o tym, jakie podjęli tam działania i czy mogli np. zabezpieczyć jakiś sprzęt elektroniczny, nie przejęty do tego czasu przez Rosjan. Wiemy – choć nie potwierdzili tego dotąd prokuratorzy, ale doniesienia medialne pokrywają się w wiedzą, jaką dziennikarze mogą uzyskać nieoficjalnie – że w kabinie pilotów obecny był w pewnym momencie szef protokołu dyplomatycznego MSZ Mariusz Kazana, który prawdopodobnie pytał pilotów o możliwość wylądowania w Smoleńsku mimo złych warunków.

Mgliście prezentuje się kilka absolutnie zasadniczych kwestii. Pierwsza to powód, dla którego wizyta była tak fatalnie przygotowana. Ambasador Kazana miał się skarżyć, że jest to najgorzej przygotowana wizyta, z jaką miał do czynienia. Wiemy, że na najbliższym zapasowym lotnisku w Witebsku na przyjęcie samolotu nie było przygotowane nic. Winny takiemu przygotowaniu prezydenckiej wizyty jest jednocześnie pośrednio winny tragedii. Jeśli piloci tupolewa byli pod jakąkolwiek presją, aby lądować na lotnisku Smoleńsk Północ pomimo kiepskich warunków, to wynikała ona przede wszystkim z ich świadomości, że lotniska rezerwowe nie były przygotowane na przyjęcie delegacji. Za to zaś odpowiedzialność ponosić mogą Kancelaria Premiera i MSZ, które wciąż nie zabrały w tej sprawie głosu. Od tygodni wśród dziennikarzy krążą wieści, że za obniżenie rangi wizyty Lecha Kaczyńskiego odpowiada osobiście minister Tomasz Arabski.

Druga kwestia to bierność polskiego rządu w pierwszych godzinach i dniach po katastrofie. W pierwszych godzinach należało zadbać o to, aby Rosjanie – skoro nie było kogo ratować – po ugaszeniu ognisk pożaru odstąpili od wraku w oczekiwaniu na przedstawicieli polskich służb. Nie zrobiono tego. Nigdy się nie dowiemy, jakie urządzenia i jakie informacje wpadły dzięki temu w ręce rosyjskiego wywiadu. Nigdy też nie będziemy wiedzieć, jakie potencjalne ślady lub tropy, niewygodne dla siebie, Rosjanie zdołali w tym czasie zatrzeć. Z czasem zaczęło wychodzić na jaw, że miejsce katastrofy zostało przez nich potraktowane z zadziwiającą nonszalancją, skoro bez trudu można tam było znaleźć bardzo ważne części maszyny (takie znaleziska mieli na koncie m.in. reporterzy „Gazety Polskiej” czy „Faktu”). To z kolei każe postawić pytanie, czy jeśli tak niefrasobliwie traktowano potencjalnie kluczowe dla wyjaśnienia sprawy dowody, to nie oznacza to, iż nie były już do niczego potrzebne, bo wyjaśnienie katastrofy było gotowe wcześniej.

W pierwszych dniach po katastrofie był czas, aby wnioskować do Rosjan o przejęcie śledztwa. Tłumaczenia, dlaczego nie było to możliwe, jakie się dzisiaj pojawiają (według najnowszej wersji, prezentowanej przez ministra Krzysztofa Kwiatkowskiego, na przeszkodzie stanęła polsko-rosyjska umowa z 1996 roku, o której nikt wcześniej nie słyszał), sprawiają wrażenie wynajdywanych post factum, dla uzasadnienia bezczynności gabinetu Tuska. Każdy, kto widzi politykę międzynarodową realnie, a nie w sposób magiczny, rozumie, że w tak wyjątkowych przypadkach decyzja o tym, która strona będzie gospodarzem śledztwa, jest polityczna. Dla jej uzasadnienia zawsze znajdą się potem argumenty prawne. Polski rząd nie miał po prostu politycznej woli podjąć walki o to śledztwo, co następnie, wobec narastającego wzburzenia, próbował tłumaczyć odwoływaniem się do rozmaitych przepisów.

Z tą kwestią związana jest kolejna: sprawa nadal nie ma jasnego statusu prawnego. Nie wiadomo, dlaczego premier Tusk podczas jednej ze swoich konferencji prasowych uparcie powoływał się na Konwencję Chicagowską, skoro dotyczy ona samolotów cywilnych, a Tu-154M był maszyną wojskowego specpułku. Nie wiadomo, jak do przepisów konwencji mają się porozumienie polsko-rosyjskie z roku 1993, o którym pisała „Rzeczpospolita”, czy umowa z roku 1996, o której mówi Krzysztof Kwiatkowski. Do tego dochodzą jeszcze wewnętrzne przepisy rosyjskie.

Trzecia kwestia, zasadnicza dla wyjaśnienia bezpośrednich przyczyn katastrofy, to pytanie, czemu prezydencki tupolew w ostatnich kilkudziesięciu sekundach lotu znalazł się o wiele za nisko. Choć znamy coraz więcej danych, dotyczących ostatnich chwil lotu, nadal nie wiemy, jaka była przyczyna nagłego obniżenia wysokości. Tego nic nie tłumaczy.

Pojawia się bardzo wiele rozważań i dociekań, dotyczących fizycznego mechanizmu katastrofy, powodów, dla których samolot rozpadł się na drobne części czy stanu, w jakim znajdowały się ciała ofiar. W tych sprawach zalecałbym najdalej idącą ostrożność. O ile możliwe są teoretyczne rozważania na temat funkcjonowania systemów nawigacji – jest wystarczająco wielu fachowców, wypowiadających się w internecie, aby wyrobić sobie zdanie o przydatności w danych warunkach choćby systemu TAWS (odmiana EGPWS) – to toczone przez laików spory o fizykę wypadku lotniczego muszą prowadzić na manowce. Tu rozstrzygające znaczenie mogłaby mieć jedynie profesjonalna symulacja, której jak na razie nikt chyba nie ma zamiaru przeprowadzić. W takiej symulacji uwzględnia się wszystkie znane parametry lotu, cechy konstrukcyjne samolotu, warunki meteorologiczne, wytrzymałość materiałów i stwierdza się, jak najprawdopodobniej wyglądał wypadek i czy mógł faktycznie potoczyć się tak, jak głosi oficjalna wersja. (O przeprowadzenie takiej symulacji, z konieczności opartej na danych znacznie bardziej szczątkowych niż mogłoby to mieć miejsce w wypadku tupolewa, poprosił Tadeusz Kisielewski, autor książek o śmierci gen. Sikorskiego, znanego eksperta z Politechniki Warszawskiej prof. Jerzego Maryniaka. Wynik był jednoznaczny: zdaniem prof. Maryniaka, liberator wodował w sposób kontrolowany. )

Jest też sporo informacji, które pojawiły się w jakimś momencie, po czym zniknęły bez dalszego ciągu. Należy do nich np. wiadomość o odnalezionej w kokpicie osobie, nie będącej pilotem albo o tym, że Rosjanie przeprowadzili sekcje wszystkich ofiar. Rodziny twierdzą dzisiaj, że ciała, które były w niezłym stanie, nie nosiły śladów sekcji.

Polityka propagandowa – bo trudno ją inaczej określić – rządu pozostaje taka sama: do Rosjan i rosyjskich władz należy mieć bezgraniczne zaufanie, a zadawania wszelkich pytań, wykraczających poza dozwolony zakres, jest wyrazem mącicielstwa i świadectwem chorobliwego, spiskowego sposobu myślenia. Tak jakby Rosja z dnia na dzień stała się krajem demokratycznym, szanującym własnych obywateli, przyznającym się do błędów i zbrodni.

Podsumowując – w sprawie smoleńskiej katastrofy mamy do czynienia ze skandaliczną biernością i prawdopodobnie nieudolnością rządu. Z powodu oddania pola Rosjanom już od pierwszych minut po katastrofie nigdy nie będziemy mogli mieć pewności, czy informacje, jakie w końcu być może opinia publiczna otrzyma, nie zostały na jakimś etapie zmanipulowane. Polityka informacyjna rządu i prokuratury to prawdziwe nieszczęście.

Zrobić można zatem tylko jedno: nie odpuszczać. To dotyczy zarówno dziennikarzy, jak i organizacji pozarządowych i obywateli. Nadzieję daje Ruch 10 kwietnia – prawdziwie obywatelska inicjatywa. Jeżeli Polska pozwoliłaby sobie na poprzestanie na połowicznych wytłumaczeniach, półprawdach i frazesach, to byłby cios w naszą suwerenność. Bo gra idzie nie tylko o prawdę o katastrofie, ale także właśnie o suwerenność.

 

Łukasz Warzecha,

publicysta "Faktu", członek rady redakcyjnej "Miedzynarodowego Przeglądu Politycznego"

 

Zobacz także:

Julia Łatynina: Katyń 2

Wywiad z Jurijem Felsztinskim: lot sowieckim samolotem do Rosji jest z natury niebezpieczny

Kto przyjdzie do Rosji złem i czarnym piarem, ten sam zginie

 

/

Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »