Zdziwienie budzi fakt, że Radosław Sikorski zdecydował się wygłosić swoje przemówienie w Berlinie, a nie w Warszawie. I tutaj, zupełnie nie przyjmuję jego obrony, że to prestiżowe miejsce. To zadziwiające tłumaczenie. Myślę, że Sikorski doskonale zdawał sobie sprawę, jaki będzie tego odbiór i jest świadomy tego, że postąpił niewłaściwie, ale jakoś się musi bronić. Jeśli połączyć taką linię obrony z treścią przemówienia, to uzasadnionym wydaje się, że zostało wygłoszone w Berlinie, a nie w Warszawie.
Pochwała na początek
Druga sprawa - a tutaj muszę uczciwie Radosława Sikorskiego pochwalić, za to, co powiedział w obu wystąpieniach, zwłaszcza tym berlińskim – to przyznanie, że nierozszerzenie jest winne kryzysowi oraz, że dzięki nam – tu zwracał się i do Niemców i generalnie do Zachodu – oni nieźle zarobili. Dobrze, że to powiedział zupełnie wprost, bo argument „myśmy na was stracili” często pojawia się po tamtej stronie.
Cyniczny układ
Nie wnikając już szczegółowo w przemówienie Sikorskiego, trzeba podkreślić, że u jego podstawy jest jedno założenie, które jest fałszywe i budzi mój zdecydowany sprzeciw. Radosław Sikorski konstruuje taką oto wizję: ponieważ wszyscy mają interes w tym, żeby uratować strefę euro, a Niemcy są jej najsilniejszym członkiem, to zróbmy tak, żeby dobrze dyscyplinować nie tylko członków strefy euro, ale w ogóle Unii, by oni nie mogli przed tą dyscypliną uciec. Prośmy więc Niemców, by chroniły strefę euro i bardzo mocno się w to zaangażowały, dla wspólnego dobra. Sikorski, moim zdaniem, założył, że Niemcy z jakiegoś powodu nie będą realizować przede wszystkim swojego interesu w ramach takiego układu. Oczywiście wszystko, co obserwujemy, przeczy temu stwierdzeniu, poczynając od sprawy gazociągu północnego, na negocjacjach klimatycznych skończywszy. Te wszystkie działania ewidentnie służą ochronie interesów niemieckich, i też w dużej mierze francuskich. Myślę, że z tego Sikorski również zdaje sobie sprawę. Jeżeli dałby UE silniejsze instrumenty, to one z pewnością zostałyby zawłaszczone przez najsilniejsze Niemcy, które wejdą w sojusz z Francją po to, by dbać o własne interesy. Dzisiaj jest inaczej niż trzy czy cztery lata temu i niemieckie zapędy hegemonistyczne nie są już tak zdecydowanie zwalczane. Komisja Europejska jest dziś słabsza, więc jeżeli Sikorski mówi o dodawaniu prerogatyw komisarzom, to de facto mówi o dodawaniu prerogatyw najsilniejszym państwom Unii. Skoro Sikorski o tym wie – a sądzę, że tak jest – to proponuje bardzo cyniczny układ: wy nas uratujecie i dacie choć trochę mocy decyzyjnej – bo taki apel w przemówieniu berlińskim również się znalazł – a w zamian my was całkowicie poprzemy i nie będziemy się przeciwstawiać żadnym waszym planom, co zresztą w ostatnim czasie i tak jest już faktem, bo wszystkie koncepcje niemieckie popieramy niemal bezwarunkowo.
Tym, co mnie jeszcze bardzo uderzyło, jest stwierdzenie, że jeśli zostaną zaproponowane zmiany w traktacie, to Polska w zasadzie nie przedstawi żadnego swojego postulatu, bo najważniejsza jest stabilność. To jest niesamowita rzecz. Przed przystąpieniem do jakichkolwiek negocjacji, Sikorski całkowicie oddaje pole. Jeśli weźmiemy pod uwagę, że wywiad i publiczne wystąpienie jest też elementem dyplomatycznej gry, to zachowanie Sikorskiego jest wbrew wszelkim regułom. Na ogół gra się wysoko po to, żeby ustąpić, a tu Sikorski zachowuje się dokładnie odwrotnie.
Berlińskie zaklinanie rzeczywistości
Wreszcie, ostatnia rzecz, która budzi moje olbrzymie wątpliwości, jest sposób, w jaki Sikorski, snując swoje berlińskie rozważania, odniósł się do wybierania posłów do Parlamentu Europejskiego ze wspólnej listy. Stwierdził również, że bardzo mocne prerogatywy organów unijnych musiałaby oczywiście mieć poważną legitymację, a miałoby nią być zezwolenie Parlamentu Europejskiego. To są dwie nieprawdy. Po pierwsze, żeby wybierać posłów ze wspólnej listy, musiałby istnieć europejski naród, a takiego nie ma i nie będzie, i to jest zupełnie jasne. Mimo że Sikorski zaklina rzeczywistość, mówiąc o tym, że jesteśmy Europejczykami, co jest absolutną bzdurą. Nie ma euronarodu, narody mają swoje odrębne tożsamości kulturowe i odrębne interesy. Już pomijam fakt, jak taka wspólna lista miałaby wyglądać. Jeśliby uznać, że każdy obywatel z każdego kraju ma jeden głos, to wyniki zależałoby od tego, ilu obywateli w danym kraju pójdzie zagłosować, a że Niemców jest w ogóle najwięcej, to już nie trudno przewidzieć, jak to przełożyłoby się na wybranych posłów. Odnośnie do legitymizacji mocnych prerogatyw i interwencji, których Sikorski upatruje w PE, to też niezbyt trafiony pomysł. Mówiąc o legitymizacji mamy na myśli suwerena, którym jest naród, a naród, czy może lepiej – obywatele - jest suwerenem w państwie. To trzeba podkreślić – w konkretnym państwie. Jeśli Sikorski sobie wyobraża, że na przykład UE decyduje się podjąć ostrą interwencję w sprawy wewnętrzne, powiedzmy Słowacji, a tej legitymizacji ma udzielić cały PE, to się nijak ma do koncepcji legitymizacji w ogóle. To jest pozór legitymizacji, farsa.
Głosy PiS, żeby Sikorskiego postawić przed Trybunałem Stanu są jednak niemądre. Trybunał Stanu to taka wyświechtana pałka, którą się wyciąga a i tak wiadomo, że ona nie uderzy, bo to sztuczny, niewydolny twór i nigdy nic nie było przed nim sądzone. Nie ma w ogóle o czym mówić. Dużo lepiej byłoby wskazać konkretne niedociągnięcia w wypowiedzi Sikorskiego. Odwołam się tu do cytatu, który wczoraj na Twitterze przypomniał Marek Magierowski. To słowa Benjamina Franklina, a Sikorski lubi cytować prezydentów i klasyków myśli amerykańskiej, więc powinien też taki cytat sobie przyswoić: Naród, który oddaje swoje podstawowe wolności w zamian za chwilowe bezpieczeństwo, nie zasługuje ani na jedno, ani na drugie.
Not. eMBe

