Łukasz Warzecha wie, że postawił bardzo radykalną tezę odnośnie minister edukacji, ale zależy mu po prostu na dobrym zdrowiu pani minister: "Teza, owszem radykalna, ale przecież o zdrowie psychiczne partyjnych kolegów trzeba dbać. Do czego prowadzi brak troski, pokazuje smutny przypadek posła Niesiołowskiego. Jest jednak pomiędzy Niesiołowskim a Szumilas dość zasadnicza różnica. Niesiołowski jest w zasadzie nieszkodliwy. Owszem, sprawuje funkcję szefa sejmowej komisji obrony, ale wszyscy przecież wiedzą, że nie potrafiłby odróżnić granatu od piłki do tenisa, a jako szef tejże komisji nie decyduje o niczym znaczącym. Ot, taki odruch łaski Donalda Dobrotliwego, coby Stefan miał się czym zająć i nie narzekał za bardzo. Narzekania Stefana nikt by chyba nie wytrzymał"

O pani Szumilas, Warzecha pisze: " ona decyduje, a jej decyzje mają wpływ na kolejne pokolenia Polaków. I tu już nie ma się z czego śmiać. Minister Szumilas nie tylko utkwiła w stworzonym przez siebie (i swoją poprzedniczkę Katarzynę Hall) świecie iluzji, w którym szkoły są bezpieczne i świetnie przygotowane na przyjęcie sześciolatków, wszyscy pedagodzy entuzjastycznie nastawieni do wysyłania tam maluchów, a rodzice – poza nielicznymi mącicielami – wręcz palą się, aby swoje sześcioletnie dzieci słać do pierwszej klasy. Ona chyba w ten świat święcie wierzy".

Felietonista jest zirytowany tym, że Szumilas w ogóle nie słucha opinii obywateli, takich jak np. małżeństwo Elbanowskich, którzy rozkręcili prężną akcję „Ratuj maluchy”. Jest to dla niego niewyobrażalne i skandaliczne. I pisze pełen ironii: "Przecież każdy świadomy i nowoczesny człowiek wie, że to nie rodzice wiedzą, co jest dla ich dziecka najlepsze, ale państwo, a już w szczególności państwo rządzone przez Platformę. Oraz pani Krystyna Szumilas jako szefowa resortu edukacji. Kto tego nie pojmuje, powinien pójść na spacer. Tak właśnie w lutym poradzili rodzicom spece od komunikacji społecznej z MEN. Działo się to na facebookowym profilu ministerstwa, gdzie pani minister lubi dzielić się z narodem swoimi światłymi spostrzeżeniami. Jedno z nich brzmiało, że „szkoła nie zabiera dzieciństwa i że może ono być dzięki niej inspirujące”. To oczywiście prawda. Drobny i onieśmielony sześciolatek (albo nawet pięciolatek, jeśli jest z końca roku), dostawszy w głowę od wyrośniętego ośmiolatka, który następnie urządzi mu w toalecie „kocią” musztrę, potem zabierze drugie śniadanie, a na koniec rąbnie pięścią w brzuch, będzie na pewno bardzo zainspirowany. Zainspiruje go to do nocnego moczenia się, nerwicy i permanentnego strachu przed szkołą. Ewentualnie do zamknięcia się w sobie i przemykania w szkole pod ścianami. Taka prawdziwa szkoła życia, trochę jak w więzieniu".

Bardzo odważny głos Łukasza Warzechy, oby więcej takich felietonów.

Cały felieton do przeczytania TUTAJ

philo