Sądzę, że lekarze grożąc protestem, traktują to jako kartę przetargową w negocjacjach z rządem, a nie jako zapowiedź planowanych działań. Trzeba mieć na uwadze, że dla każdej z grup interesu - a taką są także lekarze, istotne jest nastawienie opinii publicznej. Organizowanie protestu, a zwłaszcza strajku jest dla lekarzy wysoce ryzykowne, bo prawie na pewno opinia publiczna by się od nich odwróciła. Strajk to najbardziej uciążliwa forma protestu dla przeciętnego obywatela. Gdyby lekarze się zdecydowali na ogólnopolski protest, to w zasadzie oddaliby wygraną Bartoszowi Arłukowiczowi - który jak zresztą lekarze, nie walczy o stworzenie lepszego systemu. Żadnej ze stron nie zależy na dobru pacjenta. Lekarzom zależy na ugraniu dla siebie pewnych korzyści, natomiast Arłukowicz gra głównie o to, żeby w roku wyborczym Platforma nie straciła na poparciu. Ten konflikt to dla PO okazja, żeby utrzymać poparcie, a może nawet zyskać. Ale z drugiej strony to też duże ryzyko.

Myślę, ze takie właśnie były ustalenia miedzy Ewą Kopacz a Arłukowiczem. Tzn Ewa Kopacz dała prawdopodobnie Arłukowiczowi szansę i poparcie, przynajmniej na jakiś czas - pod warunkiem, że albo uda mu się ten konflikt zażegnać i pokazać to jako zwycięstwo rządu, albo - jeżeli dojdzie do protestu - uda mu się doprowadzić do tego, że prawie całkowita wina zostanie przypisana lekarzom.

Bartosz Arłukowicz chce utrzymać swoje stanowisko do wyborów, bo nie sądzę żeby liczył na to, ze po wyborach gdyby Platforma stworzyła rząd, on nadal będzie ministrem zdrowia. Jeżeli Ewa Kopacz udzieliła mu teraz poparcia, to zdaje sobie sprawę, ze kluczową sprawą dla Platformy w roku wyborczym są właśnie notowania. Gdyby dla utrzymania poparcia konieczne było poświęcenie Arłukowicza, Kopacz zrobi to bez wahania. To, jak ten konflikt zostanie rozwiązany, jest również dla jej pozycji niezwykle istotne. Kopacz nie jest ani dobrym premierem, ani dobrym szefem partii więc porażka może ją bardzo dużo kosztować.

Różnica między celami stron jest bardzo wyraźna. O ile lekarze walczą o swoją wygodę, o pieniądze, o to żeby nie mieć zbyt wielu obowiązków, rząd dąży do osiągnięcia PR-oweg zwycięstwa. Lekarze jednak nie startują w wyborach więc dla nich poparcie opinii publicznej choć ważne, nie jest kluczowe. Dlatego myślę, ze tutaj stanowisko Arłukowicza będzie twarde. On może się zgodzić na jakieś negocjacje tylko pod warunkiem wyraźnego ustępstwa ze strony lekarzy, co by mu pozwoliło na przedstawienie tego jako własnie PR-owego zwycięstwa rządu.

Stronie rządowej zależy na wizerunku, lekarzom na konkretnych ustępstwach, ale też są oni w stanie ponieść pewne koszty. Ta grupa zawodowa nie należy do najgorzej sytuowanych. Lekarze podstawowej opieki zdrowotnej mają wprawdzie nieco gorszą sytuację, jednak mogą sobie pozwolić na ryzykowne działania, tak jak lekarze z Porozumienia Zielonogórskiego mogą sobie pozwolić na to, żeby nie podpisać (przynajmniej na jakiś czas) kontraktu z NFZ. Na nieszczęście dla pacjentów obie strony mają na tyle duże pole manewru, że mogą ten konflikt spokojnie eskalować dalej.

Not.ed