Publicystka Lucetta Scaraffia zauważa na łamach "L'Osservatore Romano", że komentatorzy niemal jednomyślnie uznali tę nagrodę za formę nacisku, by nakłonić Obamę do podejmowania "pacyfistycznych decyzji w czasie swojej kadencji".
Aktualnie - dodaje dziennikarka - trudno uznać amerykańskiego prezydenta za propagatora pokoju. - Jego posunięcia dotyczące militarnego zaangażowania Stanów Zjednoczonych w Iraku i Afganistanie zdają się sytuować w połowie drogi między wiernością pacyfistycznym proklamacjom podczas kampanii wyborczej i polityką bardziej realistyczną, którą niektórzy określają wręcz jako kontynuację polityki podżegacza wojennego Busha - pisze.
Zdaniem Scaraffii amerykański prezydent podobnie zachowuje się w kwestiach bioetyki, przede wszystkim w sprawie aborcji, co wywołuje gwałtowny sprzeciw amerykańskich katolików. - Odbierając prestiżowe wyróżnienie Obama powinien pamiętać, że w roku 1979 poprzedziła go matka Teresa z Kalkuty, która w swoim oficjalnym wystąpieniu z tej okazji miała odwagę przypomnieć, że najgroźniejszą wojną, która ma największa liczbę poległych, jest aborcja, zalegalizowana i ułatwiana także przez struktury międzynarodowe" – czytamy w watykańskim dzienniku.
Już w pierwszym komentarzu po ogłoszeniu, że Barack Obama otrzymał Pokojową Nagrodę Nobla, "L'Osservatore Romano" zastanawiał się, dlaczego nie otrzymał jej wcześniej Jan Paweł II. I to mimo tego, że w 2003 r., po potępieniu wojny w Iraku nazywany był "superfaworytem". Dziennik stawia tezę, że polski papież był dla noblowskiego komitetu zbyt konserwatywny.
mm/CNA
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »

