Fronda: Mija niemal 20 lat od odzyskania suwerenności przez Polskę. Dwie dekady, jakie miała do swojej dyspozycji II Rzeczpospolita, zostały chyba pod kątem literackim lepiej wykorzystane... Jaka jest, Pana zdaniem, najważniejsza różnica pomiędzy literaturą polską II i III RP? Czy te dwa okresy literackie w ogóle można ze sobą porównywać?
Maciej Urbanowski: - Takie porównania pojawiały się od początku istnienia III RP jako w pewnym sensie naturalna konsekwencja nawiązywania przez nową Polskę do II RP. Krytyka literacka, czasem wspierana w tym przez samych pisarzy, też szukała w literaturze powstającej po 1989 roku analogii do literatury Dwudziestolecia. Przy okazji poetów „bruLionu" mówiło się na przykład o nowych Skamandrytach, czekano na nowe „Przedwiośnie" albo nowego „Generała Barcza". Swoisty triumf - jak narzędzie opisu III RP - święciła „Kariera Nikodema Dyzmy". Bardziej ambitni pisarze naśladowali Gombrowicza albo Schulza...
Mogło się rzeczywiście zdawać, iż podobieństwo sytuacji, w jakiej znalazła się literatura po roku 1918 i po roku 1989 roku - odzyskanie przez Polaków niepodległości, zniesienie cenzury - będzie skutkowało podobnymi konsekwencjami. Z tym, że jedni sądzili, że nasza literatura znowu podejmie Herostratesowy gest „zrzucania płaszcza Konrada" i wyzwoli się z ciężaru, jaki jej narzucała sytuacja zniewolenia. Inni, wśród nich ja, sądzili, że powstaną książki oraz instytucje, jeżeli nie podobne, to analogiczne do tych, jakie istniały w Dwudziestoleciu. Że w opozycji do nudnej, monofonicznej, zajętej pseudoproblemami pseudoliteratury PRL-owskiej powstanie ekscytująca publiczność, wielogłosowa, żywa literatura wolnych Polaków i niepodległej Polski, taka jaką była literatura w Dwudziestoleciu. Ale też, że nawiąże ona do dominujących wtedy postaw, gestów czy nawet wartości, omijając jakby to, co zostało stworzone w PRL. Trzeba pamiętać, że jednym z gestów założycielskich PRL było odrzucenie II RP, w tym jej literatury, a zwłaszcza pewnych niewygodnych czy zbędnych z punktu widzenia komunistów nurtów, nazwisk i książek, które niszczono, amputowano albo marginalizowano. W tym sensie nawiązanie do literatury II RP zdawało mi się nie tylko czymś naturalnym, ale i potrzebnym. Jako gest zadośćuczynienia, ale też sprawdzenia, na ile tamte książki zbójeckie mogą być fundamentem „nowego".
Ale chyba ostatecznie nawiązanie do II RP wyszło słabo...
- Tak, dzisiaj widać, że ta analogia z II RP nie była do końca trafna, że w zasadzie różnic jest więcej niż podobieństw. Oczywiście, mamy do czynienia z innym kontekstem kulturowym i z inną Polską, z innymi czytelnikami niż w II RP. To jasne. Ale też chyba sama III RP - wbrew swej nazwie - nie umiała lub nie chciała w sposób jednoznaczny nawiązać do swej poprzedniczki. Dlatego - gdyby porównywać dwadzieścia lat literatury II i III RP - powiedziałbym banalnie, że są to literatury inne. Intuicyjnie zgodziłbym się też na Pani ocenę, iż polscy pisarze lepiej wykorzystali okres niepodległości w II RP, że po prostu tamta literatura jest lepsza, ciekawsza, ambitniejsza, że my w III RP nie doczekaliśmy się swoich Małaczewskich, Wierzyńskich, Lechoniów, Gombrowiczów, Schulzów, Witkacych, Leśmianów, Kadenów, Strugów, Sebyłów, Czechowiczów, Miłoszów etc. etc. Mówię to bez poczucia satysfakcji, bo czuję się częścią literatury III RP i jestem przy tym świadom, że moja, pewnie spłaszczona, perspektywa jest z tego powodu szczególna i może jakoś niesprawiedliwa. Pamiętam zarazem, jak ostro ocenił dorobek literacki pierwszej dekady II RP Stefan Kołaczkowski, a to przecież wówczas wydano książki, którymi się dzisiaj zachwycamy! Taki Schulz był raczej odrzucany przez krytykę, a tuż po 1939 roku pisarze z kręgu „Sztuki i Narodu" nie pozostawiali na nim suchej nitki. „Wszyscy słabi, jednakowi, przeciętni", pisał o literaturze II RP taki Bojarski. No i nie jest tak, że wszystko, co powstało w III RP, jest nieważne, nieciekawe etc. Zapewne w ostatnim dwudziestoleciu ukazało się znacznie więcej książek niż w II RP, wśród nich sporo ważnych. Ja sam wymieniłbym sporo książek powstałych w tym okresie, które mnie zachwyciły czy zaciekawiły, a czasem gniewały, co też jest istotne.

Gdybym jednak miał wymienić najważniejsze różnice między literaturą II i III RP, to wydaje mi się, że ta druga nie odgrywa już tak dużej roli, jak literatura w II RP i że fakt ten jej nie przeszkadza. Z tym wiąże się rachityczność w literaturze po 1989 roku nurtu zaangażowanego w sprawy publiczne. Literatura III RP jest w dużo większym stopniu literaturą prywatną niż literatura II RP. Pierwsza, że odwołam się do rozróżnienia Michała Pawła Markowskiego, jest przede wszystkim literaturą prywatnych obowiązków, druga była t a k ż e literaturą (i to świetną) obowiązków zbiorowych. Ten biegun zbiorowych obowiązków chyba niespecjalnie przyciągał pisarzy w III RP. Nie chodzi mi tu tylko o często przywoływany, przysłowiowy już przykład "Przedwiośnia", ale też choćby uwagę, z jaką pisarze II RP pochylali się nad przeszłością narodową. Jak wiele uwagi poświęcano doświadczeniu I wojny! Czytam teraz „Żółty Krzyż" Struga - świetna powieść. W III RP szybko odwrócono się od przeszłości, zwłaszcza tej niedawnej. A powieści takie, jak "Na stracenie" Krasińskiego, przeszły bez echa.
Można chyba mówić o zmianie roli, jaką obecnie przypisuje się literaturze. Z czego ta zmiana może wynikać?
- Możemy tu oczywiście mówić o czynnikach zupełnie zewnętrznych, cywilizacyjnych, a więc że zmieniła się zupełnie „skóra" świata, że sytuacja, a więc znaczenie, całej literatury światowej jest i inne, i często mniejsze niż przed 1939 rokiem. Zapewne Francuzi czy Anglicy, porównując literaturę ostatnich dwu dekad z literaturą lat 1918-1939 w swoich krajach, nie byliby jakoś specjalnie zachwyceni. Ale też nie możemy zapominać i o specyficznym etosie naszej literatury i o tym, że składa się nań, jak pisał niegdyś Tomasz Burek, polityczność, historiozoficzność, religijność i coś, co nazywał on „nadliterackością", a więc coś, co byłoby niezgodą literatury na to, aby była ona „tylko" literaturą. Warto tu może też przypomnieć, co w latach 80. pisał o społecznym etosie polskiej literatury Andrzej Kijowski. Otóż zauważał on, iż literatura polska jest literaturą państwową, ale w tym sensie, że jest przywiązana „na śmierć i życie" do zorganizowanego, zinstytucjonalizowanego bytu narodowego i że jest jednocześnie świadoma, iż państwo, które buduje i któremu służy, jest nie z tego świata, że ma ono charakter moralny, a misją pisarza jest „odczarować Polskę idealną, aby odzyskała swój kształt właściwy".
Wydaje mi się, że tak rozumiany etos literatury polskiej był niszczony w PRL-u i że procesu tego nie zatrzymano po 1989 roku. Oczywiście z różnych przyczyn, ale zdaje mi się, że to może być jeden z powodów sprawiających, iż byt duchowy o nazwie „literatura III RP" jest dla mnie czymś wątpliwym, mało wyrazistym i niezbyt ekscytującym, jako pewna całość oczywiście. Zwłaszcza w porównaniu z literaturą II RP.
W niedawno wydanym „Eseju o duszy polskiej" Ryszard Legutko twierdzi, że III RP ma więcej wspólnego z PRL, niż z II RP, że jest tworem jak gdyby „hybrydycznym". Może zatem dotyczy to również literatury, a obecny okres literacki należałoby nazywać po prostu „postkomunistycznym"?
- Być może. Ale można też tak jak Anna Nasiłowska pisać o „literaturze okresu przejściowego" czy nawet - lekceważąco - o „literaturce". Ważne jest chyba tu wspólne dla tych określeń przekonanie o jakiejś fundamentalnej niesamodzielności literatury III RP, w czym może jakoś odbijałaby się niesamodzielność, a nawet nijakość samej Polski tego okresu. Jak zauważył Zdzisław Krasnodębski, III RP była od zarania tworem imitacyjnym i ta imitacyjność zdaje mi się też cechą wielu powstających w tym okresie książek. Imitowano postmodernistów, feminizm, o'haryzm, Amerykanów, realizm magiczny, Eco, gejów... Ten „bzik imitacji" jakoś się łączył z dwoma innymi: prywatności oraz europejskości. Odwracano się natomiast od doświadczeń polskich w ich wymiarze historycznym i współczesnym, nie chciano służyć owemu państwu, o którym pisał Kijowski. Czy nie obyło się to ze stratą dla samej literatury polskiej? Po co mam czytać lokalne „podróbki" Eco czy Houellebecqa, skoro mogę sięgać do oryginału?
Gdy kiedyś czytałem książki poświęcone „bruLionowi", między innymi Jerzego Sosnowskiego i Jarosława Klejnockiego oraz Izoldy Kiec i Rafała Grupińskiego, to uderzyło mnie w nich to, jak bardzo przypominały one opracowania dotyczące literatury PRL-u lat 60. czy 70., literatury skupionej na samej sobie, podzielonej na dziesiątki malutkich grupek i klubików literackich, z komiczną powagą spierających się o sprawy drugorzędne, nie interesujących się tym, co dzieje się wokół nich. Literatura lat 90. poszła właśnie tym tropem. Stąd te debaty, czy np. poeta Grzebalski jest barbarzyńcą, a poeta Majzel klasycystą, czy jest na odwrót, czy na Darka Foksa wpłynął bardziej O'Hara, Ashberry czy Kishberry.
Trochę mnie zresztą śmieszy ta „wielkoświatowość" nowej literatury, trochę zastanawia. Jest w niej coś, co nazwałbym próbą życia na cudzy koszt, życia na import, nie na eksport. Jeszcze ciekawsze zdają mi się w kontekście Pani pytania gesty nawiązania przez pisarzy wchodzących do literatury po 1989 roku do literatury powstającej w PRL-u, ale do tej niezaangażowanej, „prywatnej" i awangardowej zarazem. Opisał ją Herbert w takiej prozie poetyckiej „Co myśli Pan Cogito o piekle". To brzmi mniej więcej tak: „Cały rok odbywają się tu konkursy, festiwale i koncerty. Co kwartał powstają nowe kierunki i nic nie jest w stanie zahamować triumfalnego postępu awangardy". Otóż ta awangarda staje się nagle w ostatnich latach modna, ważna, jakoś dowartościowana.
Rozdrobnienie środowiska literackiego, o którym Pan wspomniał, trwa. Mówi się wręcz o „pospolitym ruszeniu" - każdy na przykład chce redagować swoje pismo, chociażby miało nakład 100 egzemplarzy.
- Ale takie nakłady miały często pisma w II RP! To mnie akurat nie gorszy, ani nie dziwi, raczej cieszy. Problem jest gdzie indziej. Otóż Janusz Sławiński na początku III RP cieszył się, że oto następuje w literaturze zanik centrali, że nastąpi teraz okres literackiej wolności i różnorodności z korzyścią dla nas wszystkich. Dzisiaj to rozproszenie jest trochę kłopotliwe, bo z jednej strony te małe pisma żyją same dla siebie, niczym monady, a z drugiej strony nie mają one żadnego lub mają niewielki wpływ na to, co dzieje się w literaturze. Tutaj decydują jednak „centrale" - duże dzienniki, zwłaszcza „Gazeta Wyborcza", telewizja. Stąd wrażenie, iż współczesne życie literackie ma charakter „wyspowy", ale zarazem dość monofoniczny...
... wskutek czego rzeczywistych ośrodków literackich jest nadal niewiele, a wszelkie dyskusje ograniczają się do wewnętrznych pseudosporów. Jan Prokop napisał trafnie, że za 50 lat czytelnik archiwalnych numerów „Znaku" nie dowie się, że w Krakowie w tym samym czasie istniały „Arcana".
- I vice versa! Sam zastanawiam się, co jest tego przyczyną. Czy dzieje się tak, że po prostu nie jesteśmy w stanie ogarnąć tego wszystkiego i może ważnego, co powstaje w tych licznych i często niewielkich pismach, czy też chodzi tu o brak ciekawości dla tego, co robią inni? Może jest to przejaw lekceważenia cudzej roboty, a może utraty wiary w wagę tego, co się pisze, w związku z czym nie chce się już ani innych czytać, a cóż dopiero z nimi dyskutować. Stąd paradoks: mnóstwo wydawanych książek polskich pisarzy i brak dyskusji nad nimi. Nie mówiąc o braku tygodników literackich na miarę przedwojennych „Wiadomości Literackich" czy „Prosto z mostu". Nad współczesną literaturą polską panuje na ogół cisza, jakbyśmy znajdowali się na cmentarzu.
No właśnie, Boy pisał, że „biada literaturze, która przestaje budzić namiętności". Przypomnijmy może najważniejsze literackie spory Dwudziestolecia. O co kłócili się ówcześni pisarze?
- Tych sporów było bardzo wiele, trudno je tu wszystkie nawet wymienić, można nawet powiedzieć, że literatura II RP była nieustającą dyskusją a nawet kłótnią. Co dzisiaj w tych sporach uderza, to zresztą nie tylko ich liczba, ale też ich intensywność i gwałtowność. Każda ważna czy wybitna książka, lub nawet artykuł, wywoływały od razu reakcję, czasem dochodziło wręcz do rękoczynów. Te spory zaczynają się od razu po opublikowaniu „Wiosny" Tuwima i wierszy futurystów, potem są debaty wokół „Przedwiośnia", „Generała Barcza", książek Boya-Żeleńskiego o Kościele i Mickiewiczu, „Zmór" Zegadłowicza. Spierano się o literaturę proletariacką, ale również toczono spory czysto estetyczne o literaturę awangardową, o związki łączące literaturę z państwem, o Brzozowskiego, powieść katolicką. Trudno wszystkie te spory wymienić, ale w zasadzie każde fundamentalne pytanie, jakie można postawić literaturze, było zadawane, i w polemiki te angażowali się najwybitniejsi ówcześni pisarze, nie stosowana była taryfa ulgowa, dopuszczane były bardzo skrajne stanowiska, bo zakładano, że nie tylko można, ale i trzeba się różnić. No i były pisma, w których można było te różnice manifestować. Nie do pomyślenia była sytuacja, jak to się stało kilka lat temu w „Odrze" w przypadku zdjęcia jakiegoś krytycznego eseju o Miłoszu, że nie dopuszczano do publikacji krytycznych tekstów wobec jakiegoś literackiego „autorytetu".
Z dzisiejszej perspektywy oczywiście część z tych sporów gorszy, a nawet bulwersuje, np. ataki, a zwłaszcza poziom wielu z nich, na pisarzy pochodzenia żydowskiego. Zdarzały się przypadki brutalnych pobić pisarzy przez bojówkarzy, celowali w tym zwłaszcza zwolennicy Piłsudskiego, że przypomnę wyjątkowo brutalne napaści na Tadeusza Dołęgę-Mostowicza, Adolfa Nowaczyńskiego czy Stanisława Cywińskiego. Czasem nawet pisarzy aresztowano, istniała cenzura. Trzeba więc to widzieć wszystko razem, by nie popaść w przesadę. Mam jednak wrażenie, że pisarze w II RP posiadali mocne przekonania estetyczne, polityczne i tych przekonań bronili. W tym sensie była to literatura patetyczna, traktująca siebie na serio i tak traktowana przez innych. Teraz jest spokojniej, kulturalniej, bo też dzisiaj synonimem kulturalności jest grzeczność, niechęć do spierania się o swoje poglądy. Czasem mam zresztą wrażenie, że kryje się za tym wszystkim rodzaj lęku...
A spory literackie w III RP? W swoich książkach pisze Pan między innymi o sporze o Nobla dla Szymborskiej czy o pochówek Miłosza na Skałce. Czy były jakieś inne wielkie polemiki?
- Zestawiając to z II RP, widać, że tych sporów zbyt wiele nie było - przede wszystkim nie było sporów na temat dzieł literackich. Można zastanawiać się, czy wina leży po stronie pisarzy i literatury, która nie interesuje się już stawianiem pytań, jakie rozpalałyby namiętności czytelników, czy wina jest po stronie publiczności, która nie chce czy nie potrafi takim namiętnościom się poddać. W literaturze nie ma mowy o tych emocjach, jakie wywołują dzisiaj książki historyczne, np. Grossa, ks. Isakowicza-Zaleskiego czy Cenckiewicza i Gontarczyka. Oczywiście była i właściwie jest dyskusja związana ze sporem Herberta z Miłoszem czy też o Miłosza...
...no właśnie, jaka była tutaj linia podziału?
- Całe niemal dossier tego sporu znajduje się w wydanej niedawno korespondencji Miłosza z Herbertem. Przypomnę tylko, że sprawa wybuchła z całą siłą w roku 1994, gdy w udzielonym dla „Tygodnika Solidarność" wywiadzie Herbert mówił, iż Miłosz w pewnej rozmowie z końca lat 60. oświadczył mu, iż Polskę trzeba przyłączyć do ZSRS. W tym samym wywiadzie Herbert mówił też z ironią o proteuszowości Miłosza i jego zdolności do politycznych metamorfoz. To wszystko było może sprowokowane z kolei uwagami samego Miłosza z roku 1990, iż znajduje u Herberta „ślepe przywiązanie do jednego imponderabilium: ojczyzny" i że poeci, tacy jak autor „Pana Cogito", wskazują na nurt świadczący o „zasadniczej niemetafizyczności Polaków".
Po wywiadzie Herberta wybuchł skandal, do dzisiaj próbuje się tłumaczyć czy bagatelizować jego wypowiedzi chorobą albo alkoholem. W świetle wydanej niedawno korespondencji między poetami widać jednak, iż mimo łączącej obu przez wiele lat przyjaźni i wspólnej im niechęci do awangardy, różnili się stosunkiem do Polski i Polaków. Miłosz był tutaj krytyczny, a nawet „oikofobiczny", dla Herberta zaś polskość była nie tylko ciężarem, ale i zadaniem, a nawet służbą. Miłosz był w swych politycznych sympatiach raczej lewicowy, Herbert raczej prawicowy. Inny był ich stosunek wobec komunizmu, PRL, Dwudziestolecia, AK. Ja nazwałem to starciem dwu etosów: żołnierskiego w przypadku Herberta i antyżołnierskiego, cywilnego w przypadku Miłosza. Starcie ich obu wpisuje się zresztą w spór, jaki Miłosz toczył z całym pokoleniem Herberta.
Rzeczywiście, Herbert należał do tzw. generacji wojennej, z którą Miłosz nie potrafił się porozumieć jeszcze w czasie wojny. Ale czy te postawy budzą zainteresowanie także dzisiaj?
- Nie tyle może zainteresowanie, ile emocje, a nawet niechęć. Myślę zwłaszcza o Herbercie i pokoleniu wojennym, które - co może warto podkreślić w kontekście porównań literatury II i III RP - było pierwszym pokoleniem wychowanym w niepodległej Polsce i zarazem tym, które oddawało życie w jej obronie. Dlatego znamienne, że to właśnie Herbert był chyba najbardziej niewygodną i sporną postacią w literaturze III RP, że negatywnie wobec niego próbowali się określić poeci wchodzący do literatury, między innymi z „bruLionu".
Drugą taką postacią jest też chyba Jarosław Marek Rymkiewicz - wiele emocji wzbudzają jego książki i, przede wszystkim, słynne „ugryzienie żubra".
- Tak, w wywiadzie z Joanną Lichocką Rymkiewicz zrobił gest rzadki w najnowszej literaturze polskiej. Nie tylko wkraczał na agorę, ale niczym romantyczny wieszcz na sposób metapolityczny, choć też dowcipny, komentował aktualną politykę i przypominał Polakom o ich obowiązkach wobec ojczyzny. Rymkiewicz zresztą jest dzisiaj właściwie jedynym pisarzem polskim, który nie boi się bez ironii używać słów takich, jak „naród", „krew", „ofiara", „misja", „ojczyzna". Nie boi się też spierać z większością. Nie boi się dotykać spraw naprawdę istotnych z punktu widzenia nas, Polaków, i mówić nam prawdy czasem niemiłe, czasem zapomniane, a czasem i niebezpieczne z punktu widzenia „Świętego Spokoju". Tak jest chociażby w „Wieszaniu", w którym Rymkiewicz w nowy sposób stawia nas przed pytaniami o sens polskiej historii i związek tego, co uczynili (lub nie) nasi przodkowie, z tym, czego doświadczamy tu i teraz. Rymkiewicz cały czas chyba próbuje w swoim pisarstwie „odczarować Polskę idealną", odczarować nie w sensie: zdemaskować, ale raczej zrekonstruować, odbudować, ukazać jako szczególnie istotną wartość duchową, także i może zwłaszcza dla literatury. Ale też pomaga nam zrozumieć nas samych, dostarcza nam symboli, dzięki którym możemy siebie rozpoznawać jako połączoną niewidzialnym łańcuchem wspólnotę żywych i umarłych. To traktowane jest przez większość krytyki jako anachroniczne lub niebezpieczne.
Także najnowsza książka Rymkiewicza powoduje kontrowersje. Już oskarża się „Kinderszenen", że wchodzi w kolejną polemikę z Miłoszem, który w swojej „Balladzie" napisał, iż „warszawska bitwa zeszła na nic". Powstanie Warszawskie i jego sensowność, a także sensowność śmierci Gajcego, Stroińskiego czy Baczyńskiego - to chyba kolejna sprawa, o którą wciąż w literaturze się spieramy.
- Gwałtowność, z jaką często krytykuje się „Kinderszenen", związana jest chyba z radykalną obroną sensowności pięknej masakry, jaką dla Rymkiewicza było Powstanie Warszawskie. Chodzi też chyba o to, że my, współcześni Polacy, wciąż nie jesteśmy pewni, co tak naprawdę stanowi duchowy fundament naszej wspólnoty. Stroiński, Gajcy czy Baczyński to reprezentanci ostatniego pokolenia II RP i pewnych wartości, które zostały przez ich tragiczną, wielką, krwawą ofiarę poświadczone. Ale też ocalone w ich literaturze. Przyjęcie perspektywy Rymkiewicza zakłada nie tylko szacunek dla tych wartości i ludzi, ale i przyjęcie do siebie świadomości, skąd przychodzimy, za jaką cenę istniejemy. Rymkiewicz walczy z rozleniwieniem narodowej wyobraźni, ożywia ją, pobudza do energii, rozdrapuje stare rany. To boli, ale też jest znakiem naszego istnienia.
Tę polską wyobraźnię jednak „wyegzorcyzmowano" na tyle gruntownie, że pewne wątki praktycznie zanikły i dopiero od niedawna zaczyna się je zauważać - kolejnym przykładem jest sarmatyzm. Ma się teraz nieco lepiej dzięki Krzysztofowi Koehlerowi czy Jackowi Kowalskiemu, z drugiej jednak strony nadal pojawiają się książki w stylu „Barbary Radziwiłłówny z Jaworzna-Szczakowej", które rozprawiają się z tym, co nie istnieje, czyli jakimś niby wciąż groźnym potworem-sarmatą. Czy to nie nadmiar krytycyzmu?
- Siła literatury II RP brała się, moim zdaniem, z pewnej duchowej równowagi. Gesty „demitologizacyjne" (Witkacy, Gombrowicz, Kaden) były równoważone przez gesty „mitotwórcze" (Małaczewski, Lechoń, Wierzyński). Literatura nie może żyć samą demaskacją, musi także budować mity, legendy, albo je bronić, ochraniać. W tym duchu pisał kiedyś swój Rachunek z Dwudziestoleciem Włodzimierz Pietrzak. Pisał, że w literaturze nie wystarczy powtarzać czy opisywać przeżycia, że szukamy w niej czegoś jeszcze, czegoś więcej, mitów właśnie. Wydaje mi się, że pod tym względem literatura III RP, przynajmniej w swym nurcie głównym, najchętniej opisywanym i nagradzanym, była jednostronna w swej pasji demitologizacyjnej i że, co więcej, demitologizowała do znudzenia wciąż to samo w podobny sposób. Kiedy czytam powieści Jerzego Pilcha, Michała Witkowskiego, Bartłomieja Sieniewicza, Wojciecha Stamma czy Dawida Bieńkowskiego, to mam wrażenie, że wszystkie one powstały w cieniu Gombrowicza i że nie wykraczają poza to, co napisał Gombrowicz. Jest to mało odkrywcze, dość jałowe, ostatecznie nudne, przewidywalne. Trudniejsze zdaje mi się mitotwórstwo, potrzebne też jako próba odbudowania owej naruszonej w czasach PRL równowagi między biegunami - nazwijmy je - krytycznym i apologetycznym. Tutaj rzeczywiście ciekawe i wyjątkowe były wiersze i eseje Koehlera.
Ostatnio powróciła za sprawą Grzegorza Eberhardta sprawa Józefa Mackiewicza. Jego niemal zupełna nieobecność na współczesnej scenie literackiej także świadczy o pewnym braku równowagi.
- O powodach „złej" obecności książek Mackiewicza w III RP pisze obszernie sam Eberhardt (analizując wątek praw autorskich do twórczości pisarza - przyp. MK). Zapewne istotny był tu też antykomunizm pisarza, jego wrogość wobec nacjonalizmów, stosunek do Kościoła, zachowań polskich „elit" po 1945 roku, generalnie jego niezależność, osobność, ale taka, która nie była efektem wycofania się w prywatność, lecz budowana w starciu ze światem. Taki Mackiewicz okazał się nie tylko trudny do przyjęcia, ale i do dyskusji. Dlatego należy on do stosunkowo licznej grupy pisarzy przemilczanych na śmierć w III RP, Totschweigen.
Casus Mackiewicza jakoś się chyba też wiąże z nieprzyswojeniem przez literaturę III RP dorobku emigracji. Początkowo wydawało się, że twórcy emigracyjni odegrają większą rolę w niepodległej Polsce. Pominąwszy Gombrowicza, Miłosza i do pewnego stopnia Herlinga-Grudzinskiego, tacy pisarze, jak Mackiewicz, Bobkowski, nie mówiąc już o Łobodowskim, Straszewiczu, Czarnyszewiczu, Wierzyńskim, Goetlu, Piaseckim, są wciąż słabo obecni nie tylko w księgarniach, ale i w naszym życiu duchowym. To ciekawe i znamienne w kontekście tego, o czym tu mówimy, bo to literatura emigracyjna w dużej mierze kontynuowała etos literatury Dwudziestolecia.
Jeśli chodzi o Andrzeja Bobkowskiego, sytuacja chyba zaczyna się poprawiać. „Odkrycie" jego prac w ciągu ostatnich kilku miesięcy jest swoistym fenomenem. Wcześniej znali go tylko nieliczni, teraz posypały się wznowienia, wystawy, wydania opowiadań czy listów.
- Na pewno jest jakiś rodzaj renesansu zainteresowania tym pisarzem, jeśli ów renesans mierzyć liczbą wydawanych książek. Istotnym sprawdzianem jest jednak i to, czy i w jakiej postaci dany pisarz wkracza do wyobraźni narodowej, jak funkcjonuje w krytyce literackiej, co w nim odkryją czytelnicy. Znamienne, iż Bobkowski uporczywie funkcjonuje przede wszystkim jako demaskator polskości, którym niewątpliwie bywał, ale równocześnie nie zawsze dostrzega się inne, dla mnie ciekawsze, elementy jego osobowości pisarskiej. Na przykład to, jak walczył z XX-wiecznymi złudzeniami postępu, czy jego dyskretny patriotyzm, głęboką i heroiczną zarazem religijność...
A jak wygląda sprawa krytyki literackiej? Ona też pełniła w II Rzeczpospolitej ważną funkcję, to wśród krytyków toczyło się wiele sporów - filozoficznych czy ideologicznych. Dzisiaj, gdyby wyjść na ulicę i spytać o nazwisko jakiegoś krytyka, to usłyszymy, że krytykiem jest Kazimiera Szczuka - bo ją widać w telewizji...
- Dobre i to, bo mam wrażenie, że dzieje się coś niedobrego z krytyką literacką, że przestała być ona potrzebna. Gdy pytam moich studentów o ulubionego albo po prostu znanego im współczesnego krytyka literackiego, to jest z tym często spory kłopot. Pytanie, na ile wynika to z „niepowagi" współczesnej literatury, na ile z tego, że czytelnik sam sobie w sprawach literatury sterem i okrętem, a na ile jednak z jakiejś kapitulacji samej krytyki, która świadomie ogranicza swoją rolę do bycia kimś w rodzaju komiwojażera albo ostrożnego, sympatycznego kunktatora, doskonale rozumiejącego wszystko i wszystkich. Po 1989 roku dominował zresztą model, który nazywam Małą Krytyką, zadowalającą się rejestrowaniem odczuć krytyka wynikających ze spotkania z literaturą, rezygnującego jednak ze stawiania jej przed jakimiś „celami finalnymi". Odrzucono więc tradycję Wielkiej Krytyki spod znaku Brzozowskiego, potem Wyki, Pietrzaka, Kijowskiego. Dzisiaj jej wybitnym reprezentantem jest chyba tylko Tomasz Burek.
Nie wiem zresztą, czy jakaś reaktywacja tego modelu jest możliwa, czy potrzebują tego czytelnicy albo sami pisarze. Próby stworzenia jakichś nowych „Legend Młodej Polski" w III RP były raczej nieudane, że przypomnę buńczuczny „Dziedziniec strusich samic" Rafała Grupińskiego. Dzisiaj próbuje do Brzozowskiego sięgać „Krytyka Polityczna". Ale też dzieją się w naszej krytyce rzeczy dziwne. Ostatnio w dyskusji na łamach „Dziennika" Przemysław Czapliński oskarżył Justynę Sobolewską o nacjonalizm tylko dlatego, że ona niepokoi się o losy p o l s k i e j powieści. Jest dla mnie w takim zarzucie coś niepokojącego, ale i charakterystycznego dla tego, o czym tu cały czas mowa - o utraconym, nieodbudowanym etosie literatury polskiej, a więc i polskiej krytyki literackiej. Jeżeli krytyk zrzeka się a priori troski o stan literatury polskiej, jeżeli zadawala go czytanie Polski na podstawie biletów tramwajowych, to chyba nie dziwi nas, że staje się on postacią zbędną, obojętną Polakom, trochę nawet śmieszną w swej akademickiej manierze.
A czy nie skazuje nas na taki stan rzeczy sytuacja, w której codziennie ukazuje się bardzo dużo książek? Trudno wyłapać te najważniejsze.
- Ale wydawałoby się, że właśnie taka sytuacja powinna sprzyjać krytyce! Powinna ukazywać to, co w literaturze ważne i piętnować to, co wtórne, kiczowate, banalne, złe. Wielkość krytyki okresu Dwudziestolecia i jej późniejszej kontynuacji polegała na tym, że potrafiły one przekonać czytelnika, iż literatura jest rzeczą istotną, poważną, patetyczną. Wierzę, że taka krytyka jest możliwa. Takiej krytyki potrzebuję.
Rozmawiała Marta Kwaśnicka
Maciej Urbanowski (1965) - historyk literatury polskiej, krytyk literacki, edytor, pracownik Katedry Krytyki Współczesnej na Wydziale Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego, współzałożyciel i redaktor dwumiesięcznika „Arcana". Mieszka w Krakowie.
* Tytuł pochodzi od redakcji portalu Fronda.pl.
Zobacz także:
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »

