Fronda.pl: Intelektualista, znany wcześniej ze zbiorów esejów i dramatów sięga teraz po formę kryminału. Skąd ta zmiana?

Paweł Lisicki: W powieści mogę powiedzieć dużo więcej niż w eseju, gdzie zawsze wypowiadam się we własnym imieniu. W powieści autor może wcielać się w postacie, z którymi nie do końca się utożsamia. Może nimi grać, może się maskować. Może pokazać świat z wielu perspektyw, nie tylko swojej własnej. I więcej. Pisarz może też zderzyć swoje poglądy i swój obraz świata z innymi.

Głównym bohaterem „Przerwy w pracy" jest dziennikarz Tomasz B. Kim on właściwie jest?

Główny bohater staje się symbolem niespełnienia. Wyraża też coś, co kiedyś nazwałem mentalnością albo świadomością gnostycką. Chodzi o poczucie, że zostało się wrzuconym w życie, że jest się wobec świata kimś obcym. W takim przypadku rzeczywistość, zamiast cieszyć, budzić podziw i podziękowanie, tłamsi człowieka i przeraża. W taki sposób odczuwa Tomasz B.

Nie jest jednak nihilistą. Tomasz B. nie odrzuca świata wartości. Nie dostrzega w swym życiu dobra, czuje się odrzucony i osamotniony, nie wierzy w żadne ostateczne pozytywne rozwiązanie, ale tęskni za innym życiem, za miłością, oddaniem. Z jednej strony ma w sobie jakąś potrzebę prawdy, świętości, czegoś, co go przerasta. Nie znajduje tego w swoim otoczeniu (jest dziennikarzem w prawicowym tygodniku końca lat 90., w świecie sprzed epoki Rywina). Życie nauczyło go dostosowania.

No właśnie, czy religijność Tomasza B. jest tylko czysto kulturowa?

W sensie kulturowym B. jest katolikiem. Niewiele jednak wie o religii. Jego katolicyzm opiera się na przywiązaniu (wspomina o wierze matki) i tradycji. Nie ma tutaj żadnej trwałości ani wierności. Żadnego głębszego, autentycznego związku z Bogiem.

Z kolei konserwatyzm Tomasza polega na niechęci do modnych ideologii, do ich stadności. Tomasz B. nie jest krytykiem cywilizacji zachodniej w obecnym kształcie, ona go po prostu męczy. Odpycha. Z czasem może się to przerodzić w cynizm, albo, jak w jego przypadku, odkrycie własnej słabości. Tomasz B. nie broni żadnej innej wyraźnej wizji: chrześcijańskiej, laickiej, humanitarnej.

Co więc sobą reprezentuje i co wie na pewno?

Tomasz B. wie, że uczestniczy w targowisku próżności. Nie może się jednak od tego uwolnić i podporządkować czemuś wyższemu. Z tego pustego, jałowego świata ucieka w namiętną miłość, ucieka w poznaną przypadkiem Nataszę. Natasza staje się dla niego znakiem wyższego świata. Okazuje się jednak, że ta ucieczka się nie udaje. Nie wiemy nawet, czy on sam nie uczestniczył jakoś w zabójstwie ukochanej. A kiedy przychodzi do próby i ma stanąć w obronie jej pamięci, traci nerwy i upada. Ale czy to właśnie nie jest tak bardzo ludzkie, owa grzeszność, upadanie i osuwanie się? Być może to budzi też współczucie dla Tomasza B. u czytelnika, właśnie jego słabość, przegrana.

Można jakoś wpisać ten konserwatyzm i katolicyzm Tomasza B w kontekst polskiej debaty o konserwatyzmie?

Nie wierzę w konserwatyzm jako ideologię społeczną, bez oparcia w czynniku metafizycznym, w tym co nie-ludzkie. W naszej kulturze taką instytucją, w której konserwatyści szukali dla siebie oparcia, był Kościół katolicki. On przechowywał wiarę, wartości i modele zachowań.

Konserwatyzm, który nie ma oparcia w świecie transcendentnym, w jakiejś formie nadludzkiego objawienia czy tradycji, szybko zmienia się w sceptycyzm, cynizm, dystans, a nawet strach wobec rzeczywistości.

W Pańskiej powieści taki konserwatyzm oparty na metafizyce prezentuje stary prof. Latgriech. Jednak jego przykład może skutecznie odstraszyć tych, którzą chcą pójść tą samą drogą.

Postać prof. Latgriecha, która w książce pojawia się na chwilę, pokazuje, że kiedyś konserwatyzm miał osadzenie w instytucjach, ludziach i wartościach, które naszą kulturę podtrzymywały. Stary profesor został jednak brutalnie potraktowany przez wszystkich. To taki „głos wołającego na puszczy”.

To również symbol kulturowego upadku Kościoła, którego twarzą jest dziś nie Latgriech, skazany na nieistnienie jako fundamentalista i radykał, ale abp Love,  pokazujący całkowite dostosowanie chrześcijaństwa do wymagań społeczeństwa liberalnego. Pozostał tylko sztafaż, pozór i fasada; środek jest pusty.

Abp Love w pełni dostosowany do stylu życia świata nie jest jedynym symbolem kulturowego upadku Kościoła. Widać to również w podejściu do problemów teologicznych, czy filozoficznych. W powieści pada stwierdzenie, że skrajny ekumenizm i wojujący ateizm to w gruncie rzeczy to samo. Jak to rozumieć?

Wspólnym mianownikiem skrajnego dialogu międzyreligijnego i radykalnego ateizmu jest obojętność wobec prawdy. Skoro do Boga dociera się na wszystkie sposoby, to ów Bóg staje się czystą abstrakcją, jest nieokreślony, nieodgadniony. Nie może ani kochać, ani zazdrościć, ani domagać się czci, ani wzywać. Nie widzę różnicy między twierdzeniem, że Boga nie ma a twierdzeniem, że Bóg jest tym, co się każdemu wydaje. Taka postawa odwołuje się do modernistycznej koncepcji, że religia ufundowana została na uczuciu religijnym. Według tej koncepcji uczuciem religijnym jest też poczucie nieskończoności bądź tragiczności losu. Nie kryje się za tym, sądzę, żadna treść. Nie ma tu miejsca dla transcendentnej, jedynej Osoby.

Jakie są konsekwencje takiej "religijności", która wynosi uczucie ludzkie, a wyrzuca transcendentnego, osobowego Boga?

Kiedy św. Paweł przybywał do Aten, jego pierwszym odczuciem było obrzydzenie, że jest tam tyle bożków. Zgodnie z monoteistycznym poczuciem, że ile bałwanów, tyle demonów. To zrozumienie kompletnie zanikło. Teraz wszyscy spotykają się ze wszystkimi, razem się modlą, razem występują. Poczucie jedyności prawdy, dążenia do prawdy zostały uległy zatarciu do tego stopnia, że na pewnym poziomie człowiek nawet nie pyta już o transcendencję. A to oznacza w dłuższej perspektywie kres tradycyjnego chrześcijaństwa.

W powieści pada także wiele gorzkich słów o demokracji. Scena wygłoszenia referatu przez Tomasza B. to pamflet na ten ustrój. Przedstawia ona też chyba to, co niektórzy komentatorzy nazywają postpolityką. Chodzi zwłaszcza o język jakiego używa się w debacie publicznej.

Język, którym posługują się politycy, przejmują także duchowni teologowie, którzy chcą się liczyć w „głównym nurcie” intelektualnym współczesnego świata. Można mówić o pewnym żargonie demokracji. Jego główną cechą jest używanie słów, które tak naprawdę nic niż znaczą i do niczego nie zobowiązują. Nieważne, jakie te słowa mają znaczenie. Ważne, żeby kojarzyły się pozytywnie. W coraz większej liczbie krajów władze zdobywa właśnie klasa takiej „politycznej pozytywności”.

Są to politycy opływowi. Polityka straciła w ich oczach egzystencjalną treść, życie publiczne nie jest miejscem, gdzie dokonuje się wielkich czynów, pokazuje odwagę. Nie, receptą na sukces jest dobry wizerunek. Dlaczego? Bo pierwszy raz w dziejach ludzkość, przynajmniej na Zachodzie, osiągnęła taki poziom rozwoju, na którym wszystkie podstawowe potrzeby są zaspokojone.  Żeby przeżyć, nie trzeba walczyć. Nie trzeba mierzyć się – tak to wygląda – z mocami zła. Nic dziwnego, że taka klasa polityków, ludzi bez silnego charakteru i twardego kręgosłupa, łatwo ulega naciskowi radykalnych grup lewicy. Politycy, używając wszechobejmujących formuł, unikają tego co kontrowersyjne. Takie rządzenie polegające na unikaniu sytuacji kryzysowych.

Możemy w ogóle jakoś tego uniknąć?

Politycy środka, publicyści, duchowni w starciu z lewicowymi radykałami ciągle się cofają. Centrum, umiarkowanie, zdrowy rozsądek zostaje wymywane przez rozmaitych ideologów: radykalny feminizm, grupy gejowskie. Obserwować możemy to również w Polsce. Nasza prawicowość jest trochę taka, jak konserwatyzm Tomasza B. Opiera się na sile ciężkości, na przyzwyczajeniu. W starciu z nowymi radykalizmami może się nie ostać.

Aż taki pesymizm jest uzasadniony?

Czasem dotarcie do dna pozwala człowiekowi się odbić. W powieści Tomasz nie ma się na czym oprzeć. Nawet przedstawiciele Kościoła są radykalnie zeświecczeni i uczestniczą w tej samej grze, co inni. Przez odwrócenie obrazu i pokazanie kruchości tych, nazwijmy to, konserwatywnych wartości, tego jak są one niszczone w dzisiejszym świecie, w człowieku budzi się myśl: trzeba walczyć i stawić opór.

 

Rozmawiali Mariusz Majewski i Jakub Lubelski

 

 

Ważne lektury:

/

Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »