Lis nie ukrywa, że Elbanowskich nie lubi. Przeszkadza mu to, że mają dzieci, i że są obrotni. „Z „ratowania maluchów” uczynili całkiem sprawnie działający biznes” - oskarża ich. A potem przechodzi do ataku i uznaje, że im wcale nie chodzi o dzieci, a o „powrót do szkoły PRL-owskiej z ośmioma klasami i z wychowaniem kościelno-religijnym”.

Elbanowscy są zresztą szczerzy. Już mówią, że jak uratują maluchy przed szkołą, to większe maluchy będą ratować przed edukacją seksualną, a jeszcze większe przed odrażającą ideologią gender. Nie mam nic przeciw temu, by państwo Elbanowscy ratowali swoje liczne maluchy, zastanawiam się tylko, kto będzie ratował miliony polskich maluchów przed Elbanowskimi, którzy chcą zamknąć dzieci w konserwie, a matki w domach. Po co dziecko ma się uczyć w szkole, jak może w domu kreskówkę obejrzeć. Po co ma się tłoczyć w stołówce, jak babunia albo mamunia może pieluszkę zmienić i obiadek ugotować” - oznajmia.

I aż trudno nie dostrzec, że najwyraźniej dla Lisa ideałem jest wychowanie, w którym rodzice nic nie mają do powiedzenie, państwo decyduje za nich o wszystkim, a dzieci są poddawane laickiej tresurze od żłobka. Tyle, że to już było w komunie, i na szczęście – przynajmniej tak się nam cały czas powtarza – się już od tego wyzwoliśmy. I wciąż mamy nadzieję, że na stałe.

TPT/Newsweek.pl