Już za chwilę pierwsza tura wyborów i z perspektywy kilku minionych tygodni kampanii widać, jak ryzykowny wybór podjął Donald Tusk namaszczając Bronisława Komorowskiego do wyścigu prezydenckiego. Liczba błędów kandydata Platformy, przy całkowitej bezsilności jego sztabowców, by im zaradzić, zamienia kampanię tej partii w rodzaj kabaretu. Może sztab zdobywać się na wyżyny ekwilibrystyki, by kreować Komorowskiego na poważnego i odpowiedzialnego męża stanu, a wystarczy jedno zdanie kandydata, by te wysiłki niweczyć i na dodatek, już przez samo to, nadawać im wymiar satyryczny. Bo Komorowski – ze swoimi przejęzyczeniami, czasem niewiedzą lub niestosowną rubasznością – stał się postacią wywołującą regularnie efekt komiczny, ale też ośmieszający profesjonalnych przecież specjalistów od marketingu politycznego PO. Okazuje się, że łatwo jest kreować zdolnego i poddającego się działaniom spin doktorów Donalda Tuska, z Bronisławem Komorowskim jednak, do którego przylgnęło określenie „gajowy”, a który mimo to chętnie opowiada, że z „dubeltówką spaceruje po lesie”, jest znacznie, znacznie trudniej.
Obserwując Komorowskiego i jego poczynania, pewnie już całkiem spora część wyborców z uwagą czeka: co tym razem padnie? I zwykle, niemal co dzień, to oczekiwanie jest zaspokajane. W chwili, gdy piszę ten tekst, wiadomo już, że Jarosław Kaczyński przegrał w sądzie z Bronisławem Komorowskim sprawę w kwestii prywatyzacji szpitali. Ale wiadomo też, jak ten wyrok skomentował kandydat PO – „sędzia jeszcze jest rozgrzany”, więc gdyby PIS oskarżył Komorowskiego o coś jeszcze, to „załatwimy te sprawę szybko” – ogłosił kandydat PO. Nie wyobrażam sobie nawet rozmiarów skandalu, jaki wybuchłby w krajach o bardziej ugruntowanej demokracji i szacunku dla instytucji państwa po takich słowach, ale w Polsce mało rzeczy traktuje się śmiertelnie poważnie a i szacunek dla sędziów nie jest naszą najmocniejszą stroną. Niemniej komizm sytuacji jest nieodparty – oto teoretycznie najpoważniejszy kandydat w wyborach zachowuje się mało poważnie i nie bardzo wiadomo, co z tym fantem ma sztab Platformy zrobić. Zwłaszcza, że na dodatek Platforma wpadła we własne sidła. Oskarżając Jarosława Kaczyńskiego o kłamstwo w sprawie prywatyzacji szpitali, kierowała się przesłanką, by pokonać sądownie rywala. To się udało. Jednocześnie jednak powiedziała swoim wyborcom, że o żadnej prywatyzacji służby zdrowia nie myśli. To zapewne dobry argument dla pozyskania tych wyborców centrum i lewicy, którzy boją się tej prywatyzacji, ale ci w znacznym stopniu zapewne i tak zagłosują na innych kandydatów, mających dotąd jasny przekaz w tej sprawie. PO tej jasności dziś z całą pewnością nie ma – kandydat PO mówi jedno, natomiast dokumenty programowe i niektóre wypowiedzi polityków PO z przeszłości drugie. Liberalni wyborcy Platformy mają prawo czuć się skołowani i rozczarowani, zwłaszcza, że od lat słyszeli, iż tylko zakłady prywatne mogą dobrze funkcjonować.
PO ma poważny kłopot w końcówce kampanii, mimo, że ani media, ani rywale zbytnio nie atakują jej kandydata. Nikt nie przypomina sprawy próby sprzedaży aneksu do raportu WSI, w której nazwisko Bronisława Komorowskiego pojawiło się dość wyraziście, nikt nie zadaje kłopotliwych pytań choćby o wpływ Komorowskiego na obsadę stanowisk w Lasach Państwowych w Małopolsce, o czym pisał w swoim czasie „Newsweek”. Media sennie reagują wyłącznie na to, co zrobią sztaby i ich kandydaci i… okazuje się, że przynajmniej jeden kandydat i jeden sztab potyka się o własne nogi. Ale nie tylko to może mieć wpływ na wynik wyborów. W 2007 roku na PiS zagłosowało nieco więcej ludzi, niż w wyborach w 2005 roku. Jeszcze więcej niż poprzednio zdobyła oczywiście Platforma, ale wówczas udało się tej partii zmobilizować tych wyborców, którzy zazwyczaj nie brali udziału w głosowaniu, lub silnie przekonać niezdecydowanych do wybrania PO, przeciw PiS. Tym razem ani takiej atmosfery – mimo, doceńmy to, wysiłków m.in. „Gazety Wyborczej” – ani wyraźnie sformułowanego celu nie ma (bo nie bardzo wiadomo po co, prócz „zatrzymania Kaczyńskiego”, ma wygrać Komorowski). Platformie na dodatek nie udało się wywołać emocji antypisowskich na poziomie z 2007 roku, a co więcej – dla części wyborców, po katastrofie smoleńskiej owa narracja antypisowska straciła mocno na wiarygodności. Wydaje się więc, że przy zmobilizowaniu elektoratu PiS, PO musi liczyć się z klęską. Trzeba być bardzo lojalnym wyborcą PO, by po tylu głupstwach i wpadkach, jakie się przydarzyły, głosować dziś na Komorowskiego. Dlatego ci, którzy nie wyobrażają sobie poparcia Jarosława Kaczyńskiego, a nie są twardym elektoratem Platformy, mogą zostać w domach. A to najprawdopodobniej będzie oznaczało zwycięstwo Jarosława Kaczyńskiego. Wydaje się, że przy słabości kandydata PO, tylko wywołanie gwałtownej emocji antypisowskiej, tak by wyborcy głosowali niemal ślepo, byleby nie na Kaczyńskiego, może dać zwycięstwo Platformie. Jak na razie, emocji na tym poziomie nie udało się spin doktorom PO wygenerować. Ale ewentualna klęska Komorowskiego będzie też jednak klęską Donalda Tuska, który stanie wtedy przed pytaniem, czemu właściwie zdecydował się nie kandydować? Żadna z dotychczasowych odpowiedzi premiera nie brzmi bowiem przekonująco w obliczu potencjalnej porażki partii.
Joanna Lichocka – publicystka TVP
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »

