Kandydat PO zalicza kolejne gafy, ale niestety nie widać, by wynikały one z roztargnienia, lecz dowodzą coraz bardziej zaskakującej niekompetencji. Bardzo wielu rzeczy marszałek sejmu po prostu nie wie. Wydaje się, że odbiór społeczny takich jego błędnych odkryć, jak to na temat członkostwa Norwegii w UE, może doprowadzić przynajmniej część wyborców do wniosku, że kandydat PO jest, mówiąc delikatnie, niezbyt mądry. Sympatyczny, miły, z fajną rodziną, ale.. no właśnie, niezbyt mądry. Dotychczas tak naprawdę wyborcy Komorowskiego dobrze nie znali – jest wprawdzie w polityce od dwudziestu lat, niemniej nigdy nie był na pierwszym planie. Teraz to kampanijne wyjście na główną scenę bywa bolesne w stopniu, o którym chyba się nie śniło wyborcom PO.
Dlatego Platforma stara się raczej odwracać uwagę mediów od własnego kandydata. Komorowski wprawdzie odbywa spotkania wyborcze, ale jednocześnie PO uruchomiła swoich harcowników, którzy mają kompromitować i prowokować rywala, i co najważniejsze, mają być spektakularni. W "zaprzyjaźnionych" - wedle nomenklatury Andrzeja Wajdy – mediach bryluje Stefan Niesiołowski z jak zwykle skandalicznymi, acz cierpliwie wysłuchiwanymi przez dziennikarzy wypowiedziami, a Janusz Palikot robi, jak wiadomo, swoją pracę, którą niektórzy porównują już z aktywnością Jerzego Urbana z lat osiemdziesiątych i późniejszych. Trzeba otwarcie powiedzieć, że to wszystko dzieje się w ramach kampanii PO. Wie o tym chyba każdy działacz Platformy, że poczynania Janusza Palikota mogłyby być ukrócone w jednej chwili, gdyby tylko zechciał tego Donald Tusk. Ale premier, który sam ostatnio ostro oskarżył Jarosława Kaczyńskiego o wykorzystywanie tragedii w kampanii, nie ma zamiaru Palikota, lidera lubelskiej PO i wiceprzewodniczącego klubu parlamentarnego, powstrzymywać. Nawet, gdy ten mówi tak ohydne rzeczy jak ta o wyłudzeniu pieniędzy z polis ubezpieczeniowych przez Martę Kaczyńską. Działania Palikota trzeba postrzegać jako element strategii PO i tylko ktoś bardzo naiwny może wierzyć Bronisławowi Komorowskiemu, gdy ten mówi, że jego przyjaciel działa na własny rachunek.
Platforma przestraszyła się nie na żarty, że nie tylko może przegrać wybory prezydenckie, ale też, że zmiana postaw politycznych Polaków może być na tyle głęboka, iż poważnie zagrozi PO w dalszej perspektywie. Dlatego do wyborów będziemy świadkami kreowanego przez harcowników partyjnych zgiełku, zamętu i obelg – wszystko po to, by przerazić Polaków konfliktem, jaki szykuje Polsce klasa polityczna i jej elity, jeśli Kaczyński wygra wybory. Ów zamęt ma też na osobach mniej śledzących politykę zbudować wrażenie, że "znów się kłócą". Nie będzie istotne, czy politycy PiS będą łagodnymi barankami, czy dadzą się sprowokować – przy współdziałaniu znacznej części mediów z Platformą klimat ten może udać się znów odbudować.
Pytanie, jakie przed nami stoi, by ocenić, kto ma większe szanse w tym wyścigu, jest takie, na ile Polacy po katastrofie w Smoleńsku "wiedzą swoje". To znaczy: na ile jest wciąż unieważniony przekaz Platformy Obywatelskiej i zaprzyjaźnionych mediów. Zaraz po katastrofie smoleńskiej wiarygodność większości z nich została poważnie podważona. Świat, jaki wyłaniał się z gazet i telewizji, okazał się fałszem. Polacy zostali wówczas niejako zaszczepieni na propagandę rządzącego obozu i sprzyjających im mediów. Podstawowe zatem pytanie, kluczowe dla wyników wyborów, brzmi – czy szczepionka działa. Jeśli tak, Jarosław Kaczyński ma wszelkie szanse wygrać te wybory. Zaś wysiłki liderów PO – z Januszem Palikotem na czele – zamiast zwycięstwa przynieść mogą kompromitację tej partii, po której co przyzwoitsi platformersi będą czerwienić się ze wstydu.
Joanna Lichocka - publicystka TVP
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »

