Fronda: Przypomnijmy sobie rok 1968. Ksiądz dziś uważany jest za jednego z duchowych liderów religijnego konserwatyzmu w USA, ale wówczas zaliczany był do czołowych działaczy pokolenia, które w tamtym okresie buntowało się przeciw zastanemu porządkowi. Czy przypomina sobie Ksiądz, na kogo głosował w pamiętnym 1968 roku podczas wyborów prezydenckich: na kandydata Republikanów Richarda Nixona czy na kandydata Demokratów Herberta Humphreya?

Ks. Richard John Neuhaus: - Zazwyczaj nie mówię, na kogo głosuję, ale to było tak dawno temu, że to chyba nie jest tajemnica państwowa. To było bardzo poważne zagadnienie wśród tych z nas, którzy byli mocno zaangażowani w ruch praw obywatelskich i sprzeciwiali się wojnie w Wietnamie: czy powinniśmy poprzeć Humphreya? Normalnie, jako że byłem demokratą, powinienem był zagłosować na Humphreya. Ale - obok wielu, bardzo wielu członków tego, co nazywano po prostu „Ruchem" - nie zagłosowałem na nikogo. Wstrzymałem się od głosu.

Ale z jakiego powodu?

- Cóż, musisz zrozumieć, że Ruch był bardzo luźnym sojuszem - przesadą byłoby powiedzieć, że to koalicja - był sojuszem różnych organizacji działających na rzecz praw obywatelskich, często związanych z kwestią rasową, sprzeciwiających się wojnie wietnamskiej i związanych z całym szeregiem innych spraw typowych dla liberalnej lewicy, w którą byłem wówczas bardzo intensywnie zaangażowany. Byłem delegatem na konwencję demokratyczną w roku 1968. Pierwotnie popierałem Eugene'a McCarthy'ego, który zaatakował Lyndona B. Johnsona. Wówczas Johnson wycofał się z wyścigu, a ja przeniosłem swoje poparcie na Roberta Kennedy'ego, który z kolei został zamordowany. Podczas samej konwencji byłem bardzo mocno zaangażowany w protesty przeciwko działaniom prezydenta Chicago, Richarda Daleya, który wprowadził w mieście prawie stan wojenny. Zorganizowałem protest przeciwko temu, zostałem zatrzymany i wtrącony do aresztu w Chicago.

Daley był demokratą czy republikaninem?

- Oczywiście, że demokratą. Jego syn, Richard Daley junior, jest dziś z ramienia demokratów prezydentem Chicago. Tak czy inaczej, zostałem aresztowany i w czasie, gdy Herbert Humphrey został nominowany przez Partię Demokratyczną, ja siedziałem w areszcie. Taki był kontekst - i w tym kontekście wielu ludzi, którzy podzielali mój pogląd na sprawy, zdecydowało, że nie może poprzeć Humphreya. Tak więc po prostu odmówiliśmy wówczas głosowania. Trzeba zrozumieć, że to były szalone lata, a ja byłem bardzo młodym człowiekiem.

Jaka motywacja kierowała Księdzem, że zaangażował się w Ruch?

- Przede wszystkim dwie sprawy. Pierwsza i najważniejsza to kwestia stosunków rasowych - to był główny powód mojego zaangażowania się w Ruch, gdzie bardzo blisko współpracowałem z dr. Martinem Lutherem Kingiem od roku 1965 aż do jego śmierci w kwietniu 1968 roku. Druga sprawa to opozycja przeciwko wojnie w Wietnamie. W 1964 roku razem z rabinem Abrahamem Joshuą Heschelem, który był bardzo ważną postacią wśród amerykańskich Żydów, oraz z ks. Danielem Berriganem, bardzo znanym jezuitą o radykalnych poglądach, zostaliśmy pierwszymi współprzewodniczącymi organizacji o nazwie Duchowieństwo Zatroskane Wojną w Wietnamie. Ta instytucja, na czele której stali Żyd, katolik i luteranin czyli ja, stała się z czasem - między rokiem 1964 a 1969 - największą organizacją pacyfistyczną w USA. W pewnym momencie mieliśmy około 400 tysięcy członków, a więc była to organizacja dość duża.

400 tysięcy? Sami duchowni?

- Zaczęliśmy jako Duchowieństwo Zatroskane Wojną w Wietnamie. Bardzo szybko zmieniliśmy nazwę na Duchowieństwo i Laikat Zatroskani Wojną w Wietnamie.

Jaka była główna troska związana z wojną w Wietnamie?

- Uważaliśmy, że była to wojna niesprawiedliwa i że amerykańska polityka zagraniczna w Wietnamie jest krótkowzroczna, błędna i moralnie nie do usprawiedliwienia. Muszę jednak powiedzieć, że było to dokładnie 44 lata temu i moje poglądy w odniesieniu do wojny w Wietnamie i roli w niej Ameryki zmieniły się od tej pory znacząco.

Nie zmienił jednak Ksiądz swojego zdania na temat współpracy z Martinem Lutherem Kingiem?

- Nie. W mojej ocenie był to najważniejszy punkt na przestrzeni ostatniego półwiecza amerykańskiej polityki, gdy - z pełną moralną oczywistością - rację mieli liberałowie. Można robić różne zastrzeżenia, ale ruch praw obywatelskich pod przywództwem Martina Luthera Kinga był jednym z najbardziej świetlistych i natchnionych momentów w najnowszej historii USA.

Jakie były relacje między ruchem Martina Luthera Kinga a innymi organizacjami murzyńskimi, jak Czarne Pantery czy środowisko Malcolma X?

- Rokiem krytycznym dla ruchu praw obywatelskich był 1965. W tym roku powstał ruch zwany Black Power. Był on kierowany przez ludzi, takich jak Stokley Carmichael i Rap Brown. Oni bardzo wyraźnie sprzeciwiali się przywództwu dr. Kinga. Postrzegali go jako zbyt umiarkowanego i zbyt liberalnego. To właśnie mniej więcej wtedy w kręgach lewicowych w USA słowo „liberalny" stało się brzydkim wyrazem. Doktor King był zaś postrzegany jako liberał, którym rzecz jasna był. Ja zresztą też.

Czy jednak „liberalny" nie oznacza w USA „lewicowy"?

Rozmowa ukazała się w 47. numerze pisma "Fronda".

- Cóż, jest pewna różnica między „liberałem" a „lewicowym radykałem". W tamtym czasie ludzie zaangażowani zarówno w ruch praw obywatelskich, jak i ruch antywojenny, nazywający siebie radykałami, gardzili określeniem „liberalny". Liberałów nienawidzili tak samo, jak konserwatystów i prawicowców. Główną różnicą było to, że ludzie, którzy postrzegali się jako radykałowie, traktowali zasadniczy porządek konstytucyjny USA, a w szczególności kapitalizm i gospodarkę rynkową jako z konieczności niesprawiedliwe. Byli przy tym oddani idei rewolucyjnego zastąpienia porządku konstytucyjnego i ekonomicznego doktryną marksistowską, socjalistyczną. Pod koniec lat sześćdziesiątych starałem się działać na rzecz zbliżenia pomiędzy ludźmi po dwóch stronach tego konfliktu. W roku 1967, wspólnie z socjologiem Peterem Bergerem, napisałem książkę o rewolucji. W książce tej starałem się skłonić radykałów i liberałów do powrotu do dyskusji - nie trzeba dodawać, że nie udało mi się to. Tak więc w roku 1965 na skrzydle radykalnym mieliśmy ruch Black Power, wspomniane Czarne Pantery, także Weather Underground i cały szereg radykalnych lewicowych ruchów rewolucyjnych. Były one wszystkie związane z prądem kontrkultury, opartej głównie na narkotykach, seksie, rocku i libertynizmie obyczajowym, który kulminował podczas festiwalu Woodstock.

Częściową przyczyną mojej alienacji i opuszczenia Ruchu był fakt, że bardzo mocno sprzeciwiałem się libertyńskiej kontrkulturze, narkotykom i swobodzie seksualnej. Oczywiście decydująca okazała się kwestia aborcji, której zwolennicy podnosili głowę już w połowie lat sześćdziesiątych, na długo przed osławionym wyrokiem Sądu Najwyższego w sprawie Roe vs. Wade. Ja od samego początku byłem po stronie ochrony życia nienarodzonego. W roku 1967 napisałem artykuł pod tytułem Aborcja - niebezpieczne założenia dla liberalnego magazynu „Commonweal". Straciłem przez to wielu przyjaciół na lewicy.

Z jakiego powodu lewica uznała, że aborcja jest dla niej jednym z ważnych punktów ideologicznych?

- To bardzo interesujące pytanie. Właściwie to było główne zagadnienie mojego artykułu w „Commonweal" - mianowicie, że liberalizm i lewica powinny opowiedzieć się po stronie życia, po stronie ochrony niewinnego, nienarodzonego życia ludzkiego. A to dlatego, że - tak jak wskazałem w tym artykule, i jak to od dziesięcioleci utrzymuję - prawdziwy liberalizm ma zawsze na celu rozszerzanie wspólnoty, którą obejmujemy opieką i prawną ochroną. Tak zwane prawo „liberalizujące" aborcję i cały ruch proaborcyjny zrobiły rzecz dokładnie przeciwną - zawężyły wspólnotę, wobec której przyjmowaliśmy odpowiedzialność. Tak więc, argumentowałem, to stanowisko pro-life jest autentycznie liberalne. Jak już mówiłem, twierdzę tak - z uderzająco małym powodzeniem - od bardzo, bardzo dawna.

Czy ruch pro-life był w latach sześćdziesiątych ruchem wyłącznie katolickim? Jakie było postrzeganie zagadnienia aborcji w pozostałej części społeczeństwa amerykańskiego?

- Z początku - tak. W latach sześćdziesiątych i na początku siedemdziesiątych był to ruch przede wszystkim katolicki. Burza rozpoczęła się wraz z wydaniem wyroku w sprawie Roe vs. Wade w roku 1973. W tym czasie każda ważna instytucja amerykańskiego życia publicznego, każda instytucja opiniotwórcza o jakimkolwiek znaczeniu społecznym - w biznesie, w medycynie, w filantropii, w życiu uniwersyteckim itd. - wszyscy byli po stronie proaborcyjnej. Jedyną ważną instytucją w społeczeństwie, która się na to nie godziła, był Kościół katolicki. Nawet nasi siostry i bracia z ewangelikalnych wspólnot protestanckich popierali w tamtym czasie werdykt w sprawie Roe vs. Wade, a sprzeciw wobec aborcji postrzegali jako stanowisko charakterystyczne dla katolików. Dzięki Bogu, to się zmieniło w ciągu kilku lat i pod koniec lat siedemdziesiątych większość ewangelikalnych protestantów przeszła na stronę pro-life. Dziś ten ruch, który w USA jest bardzo silny, stanowi w głównej mierze wspólną sprawę katolików i ewangelikalnych protestantów, oczywiście także z udziałem innych chrześcijan, niechrześcijan czy żydów. Ale rzeczywista baza tego ruchu jest ewangelikalno-katolicka.

Jaki był najważniejszy czynnik, który zmienił stanowisko ewangelikalnych protestantów w sprawie aborcji?

- Trudno powiedzieć, który czynnik był w tej przemianie najważniejszy, ale było kilku kluczowych przywódców wśród Kościołów ewangelikalnych, którzy przysłuchiwali się argumentacji katolickiej, opartej na Biblii, na tradycji chrześcijańskiej i na odniesieniu do takich kwestii, jak np. eugenika, które w oczywisty sposób powiązane były ze sprawą aborcji. Ci ludzie po prostu doświadczyli przemiany serca. Warto wymienić wśród nich Francisa Schaeffera, który był kalwinistą, w latach siedemdziesiątych bardzo wpływowym wśród ewangelikałów. Razem ze znanym lekarzem, dr. Charlesem Everettem Koopem, który został później naczelnym lekarzem USA prezydentury Ronalda Reagana, przeprowadził on szeroką kampanię społeczną, pokazującą, czym w rzeczywistości jest aborcja. Bez przesady mogę powiedzieć, że te dwie osoby - Francis Schaeffer i Charles Everett Koop - przyczyniły się do zmiany nastawienia amerykańskich ewangelikalnych protestantów, czyli około 1/3 całego społeczeństwa.

Rok 1968 to także rok ukazania się encykliki Humanae vitae. Był Ksiądz wówczas protestantem. Jak ta encyklika została przyjęta przez Amerykanów, nie tylko przez amerykańskich katolików?

- To długa i skomplikowana historia. W najbliższym numerze „First Things" wydrukujemy ważny artykuł pt. Oddanie sprawiedliwości Humanae vitae, który jak sądzę skupi na sobie wiele zasłużonej uwagi. W tekście napisanym z okazji 40. rocznicy encykliki, jego autorka Mary Eberstadt opisuje wszystkie ważniejsze wydarzenia, które miały miejsce wokół tej encykliki. Stawia ona bardzo mocną tezę, że rozumienie konsekwencji rewolucji seksualnej przez Pawła VI było prawdziwie profetyczne. Jeszcze przed wydaniem tej encykliki, papież Jan XXIII ustanowił komisję doradczą zajmującą się kwestią antykoncepcji - a był to czas, kiedy na rynek weszła pigułka antykoncepcyjna i była ona bardzo intensywnie promowana. Jak wiadomo, komisja ustanowiona przez Jana XXIII i kontynuująca prace za Pawła VI, zasugerowała, że Kościół powinien zmienić swoje nauczanie w odniesieniu do antykoncepcji. Paweł VI oczywiście nie przyjął tej rekomendacji i wydał encyklikę Humanae vitae, broniącą tradycyjnego nauczania Kościoła w odniesieniu do antykoncepcji i znaczenia małżeństwa.

W USA spotkało się to z wybuchem protestów i generalnym odrzuceniem. Ten opór nie był organizowany przez antykatolików czy niekatolików, lecz przez katolickich teologów moralnych, na których czele stali ludzie tacy, jak o. Charles Curran, który publicznie odrzucał nauczanie encykliki. Było to coś bezprecedensowego - z pewnością w USA, a chyba i w historii Kościoła powszechnego. To samo stało się, jak wiadomo, także w Europie Zachodniej - szczególnie we Francji i w Niemczech. W odpowiedzi na ten akt buntu ze strony gildii teologów, biskupi na początku podjęli pewne wysiłki w celu przywrócenia dyscypliny, ale bardzo szybko Paweł VI dał do zrozumienia, że hierarchowie nie powinni podejmować działań dyscyplinujących wobec przeciwników encykliki. Jest to czasem nazywane „rozejmem roku 1968", a rozumie się przez to, iż po raz pierwszy w nowoczesnej historii Kościoła katolickiego stało się dopuszczalne, by katoliccy teologowie moralni publicznie i otwarcie sprzeciwiali się - i organizowali sprzeciw - wobec nauczania Magisterium, z pełną bezkarnością, czyli bez żadnych konsekwencji dyscyplinarnych. Do dziś wciąż żyjemy z konsekwencjami tego, co wydarzyło się wokół Humanae vitae w roku 1968.

Arcybiskup Wiednia, kardynał Chistoph Schönborn, odniósł się ostatnio negatywnie do postawy biskupów niemieckich i austriackich, którzy w roku 1968 także nie sprostali wyzwaniu encykliki. Wygląda więc na to, że w tej sprawie dokonała się od tamtego czasu znaczna refleksja. Czy z Księdza perspektywy widać zmianę w percepcji Humanae vitae?

- Myślę, że po czterdziestu latach coraz więcej ludzi dostrzega prawdę w tezach formułowanych m.in. przez Mary Eberstadt. Niemniej jednak będzie to długa i trudna debata, by udało się do przesłania encykliki przekonać większość księży katolickich i, śmiem twierdzić, nawet biskupów. Kościół powinien podejść do nauczania encykliki Humanae vitae naprawdę poważnie. Oczywiście od tego czasu mieliśmy wspaniały pontyfikat Jana Pawła Wielkiego z jego teologią ciała. Interesujące byłoby zapytać, jak potoczyłyby się sprawy, gdyby Paweł VI był zdolny do przedstawienia nauczania w sprawie ludzkiej seksualności - a warto pamiętać, że encyklika z 1968 roku nie dotyczyła wyłącznie antykoncepcji, lecz ludzkiej seksualności - w tak pozytywny i przekonujący sposób, w jaki Jan Paweł II przedstawił teologię ciała. Być może oddziaływanie tego nauczania byłoby większe.

Jakie były główne różnice między rewolucją roku 1968 w Ameryce i w Europie Zachodniej?

- Rok 1968 ma symboliczne znaczenie w Europie Zachodniej, zwłaszcza we Francji i Niemczech. Oznacza mianowicie moment, w którym państwa te doszły do krawędzi upadku społecznego, kulturalnego i politycznego. Tego nie było w USA. U nas nie było takich wydarzeń jak w Paryżu, czy tego, co działo się w Niemczech, a co opisywał kardynał Ratzinger, dzisiejszy papież Benedykt. Owszem, mieliśmy spektakularne demonstracje studenckie na uniwersytetach Columbia czy Berkeley, ale nigdy nie doszło w USA do punktu, który zagrażałby porządkowi polityczno-gospodarczemu. Tymczasem w Europie wielu rozsądnych ludzi uważało, że ich kraje znalazły się na krawędzi obalenia rządów liberalno-demokratycznych.

Jakie jest trwałe dziedzictwo roku 1968?

- Antonio Gramsci, włoski ideolog marksistowski, mówił o długim marszu przez instytucje. To bardzo sugestywne sformułowanie. I tego właśnie dokonało pokolenie '68 - w USA mówimy raczej „pokolenie lat sześćdziesiątych" lub „pokolenie wyżu demograficznego", „baby boomers" - udało im się przejść ten długi marsz przez instytucje i od pewnego czasu to właśnie ta generacja kieruje większością instytucji amerykańskiego życia społecznego. W czasie, gdy przedostawali się do centrów władzy, gdy wkraczali w wiek średni, większość z nich nadal nosiła fryzury z kucykiem, nadal słuchali Beatlesów czy Ramonesów. Najgorsze jednak, że narobili bardzo wiele szkód. W największym stopniu udało im się przejąć kontrolę nad uniwersytetami. Uniwersytety odgrywają dziś w amerykańskim życiu publicznym mniejszą rolę niż kiedykolwiek wcześniej, bo są w znacznym stopniu skansenami i rezerwatami upadłego radykalizmu lat sześćdziesiątych. Bardzo niewielu do dziś nazywa się „rewolucjonistami", ale wciąż bardzo liczni sympatyzują z prawie każdym trendem intelektualnym czy kulturowym, mającym na celu potępienie i destrukcję porządku liberalno-demokratycznego, który - jak sądzę - jest wielkim osiągnięciem świata zachodniego.

Jak Ksiądz ocenia swoje zaangażowanie w ruch lat sześćdziesiątych z dzisiejszej perspektywy? Co on oznacza dla Księdza dziś?

- Mój Boże, to były cudowne, ekscytujące czasy, okres wielu przyjaźni, za które jestem głęboko wdzięczny Bogu. Byłem wtedy młodym mężczyzną, przed trzydziestką. Bardzo żałuję, że ruch praw obywatelskich, którego symbolem pozostaje dla mnie dr Martin Luther King, po jego śmierci w roku 1968, gdy wyzwanie rzuciły mu awanturnicze ruchy rewolucyjne, wymieszał się z nimi, poszedł na ustępstwa na rzecz generalnego szaleństwa i kontrkultury i w efekcie został włączony w te prądy, które w latach sześćdziesiątych stały się dominujące.

W swoich przekonaniach i własnych czynach widzę znacznie więcej ciągłości niż nieciągłości. Nie jest to zaskakujące - większość ludzi w wieku średnim i starszym powie, że to nie oni się zmienili, ale świat wokół nich. Wszyscy tak mówią, ale trzeba to brać z pewnym dystansem. W latach sześćdziesiątych napisałem w artykule dla liberalnego czasopisma „Christian Century", że mam nadzieję w kwestiach religijnych być zawsze ortodoksyjny, kulturowych - konserwatywny, politycznych - liberalny, a gospodarczych - pragmatyczny. Te cztery przekonania - można by powiedzieć „czworokąt przekonań" - wciąż opisują moje poglądy i to, co staram się promować.

Tym, co gwałtownie zmieniło się w USA, jest rozumienie słowa „liberalny" w sferze polityki. Dawniej liberalizm rozumiany był np. w kontekście działalności Martina Luthera Kinga w szczytowym okresie jego wpływów w ruchu praw obywatelskich. Po pewnym czasie liberalizm polityczny zdryfował jednak w kierunku różnych pokręconych wzorców kontrkultury, rozszerzonej świadomości, New Age i innych nonsensów, w tym pewnych odmian teologii wyzwolenia, opartych na marksistowskiej koncepcji walki klas. Powoduje to, że słowo „liberalny" staje się w kontekście amerykańskiej polityki bardzo trudne do zdefiniowania - poza tym, że dla większości ludzi jest ono tożsame z członkostwem w Partii Demokratycznej.

Najważniejsza zmiana, jaka nastąpiła w ostatnim półwieczu w życiu społecznym Ameryki, to zmiana usytuowania sił politycznych i kulturowych wokół zagadnienia aborcji i związanych z tym kwestii ochrony ludzkiego życia. Wyrok Sądu Najwyższego w sprawie Roe vs. Wade z 22 stycznia 1973 roku jednym brutalnym aktem nagiej władzy sądowniczej zlikwidował w ustawodawstwach wszystkich stanów wszelkie prawa i rozporządzenia chroniące życie nienarodzonych. Ta decyzja, którą nazywamy aktem sądowej uzurpacji władzy politycznej, dokonanym przez Sąd Najwyższy, bardziej niż jakiekolwiek inne konkretne wydarzenie, przekształciła w amerykańskim życiu społecznym wzajemne stosunki między religią a polityką. W 1973 roku weszliśmy w nowy rodzaj historii, która trwa do dziś.

 

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Bartłomiej Kachniarz

 

Przeczytaj wspomnienie Bartłomieja Kachniarza po śmierci ks. Neuhausa.

 

/

Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »