Agata Bielik-Robson rzeczywiście wierzy w bzdury wciąż na nowo powtarzane przez media. I wydaje jej się, że rozumie Kościół. Dlatego przekonuje, że walka polskiego (ale także światowego) Kościoła z ideologią gender, to tylko ostatnie podrygi umierającego organizmu. „Hierarchia kościelna istotnie przypomina wielkiego dinozaura, którego czas nieuchronnie przemija, ale który ma jeszcze dość siły, by w imię swojej dinazaurzej chwały wypowiedzieć ostatni bój tym podłym, małym, stałocieplnym ssakom, które lepiej się adaptują do nowych warunków. Ostatnio w Kropce nad i, w niezapomnianej wymianie obelg z księdzem Oko, Kamil Sipowicz nazwał hierarchię „pasożytami”, których istnienia nic nie usprawiedliwia (oprócz złośliwości natury, rzecz jasna). Ogarnięty protestancką pasją Sipowicz, który publicznie odżegnał się od ateizmu, wypowiedział myśl, która, jak sądzę, wielu nowoczesnym katolikom chodzi po głowie – że chrześcijaństwo nie potrzebuje kościelnej hierarchii, tego rozrośniętego watykańskiego molocha, który mentalnie utknął w trzynastowiecznej doktrynie Tomaszowej” - oznajmia.

A dalej przekonuje, że panika hierarchów Kościoła bierze się z tego, że zaczęli oni dostrzegać, że nie mają już legitymacji do rządzenia, bowiem papież zmienił front i przeszedł na stronę lewicy i liberałów. „Pozbawiona papieskiego autorytetu hierarchia staje się tylko bezradnym gronem starców, którzy nadal klepią swoje głodne władzy formułki, zasłaniając się rzekomo powszechnym prawem naturalnym, i coraz bardziej przypominają senne zastępy archontów z Kafkowskiego Zamku – ale co chwila ryzykują, że przeciętny katolik już nie będzie chciał ich słuchać. Ironia całej tej sytuacji polega na tym, że to nie dżender, nie bolszewizm i nie liberalna „cywilizacja śmierci” (ta bzdura nie przechodzi mi bez cudzysłowu) zadaje hierarchii ostateczny cios, ale sam papież, który istotnie wcielił w siebie ducha ewangelii i przyszedł rzucić ogień na ziemię” - przekonuje Bielik-Robson.

I oczywiście argumentem przeciwko tym bredniom nie jest fakt, że papież wciąż na nowo przypomina, że niczego nie zmkienił, ani nawet jego własne decyzje. One są tylko dowodem na to, że papież jest samotny, i że otacza go nieliberalna większość. „Prawica robi wszystko, by zakryć ten skandal. Wspiera hierarchię, jak może – a to skwapliwie podejmując groteskę ataku na dżender, a to tłumacząc nam, że Franciszek nie jest papieżem z liberalnej bajki, czego dowodzić ma nieudana apelacja księdza Lemańskiego (w istocie dowodzi to tylko tego, że najprawdopodobniej papież nie ma wielkiego pojęcia o tym, co się dzieje w polskim Kościele, ponieważ otacza go szczelny mur kardynalskiej dezinformacji). W prawicowej interpretacji Franciszek, oddalając skargi Lemańskiego, zachował się jak porządny hierarcha, który piętnuje największy możliwy grzech członka kleru – nieposłuszeństwo” - podkreśla Bielik-Robson.

A potem rozpoczyna pisanie bajki o tym, jak to już za moment w Polsce wybuchnie nowa reformacja. „Z kolei wszelkie próby odbierania Franciszka liberałom mają tylko zakryć niewygodny fakt, jakim jest powszechne nieposłuszeństwo polskich hierarchów wobec ich głowy, papieża, które swym rozmachem przykrywa wszelkie zarzuty o „dezobiediencję” stawiane księdzu Lemańskiemu. Bunt, jaki polska hierarchia wszczęła przeciw papieżowi, stawia ją w paradoksalnej sytuacji – bo, jak już pisałam, tylko autorytet papieża uprawomocnia jej istnienie. Bowiem albo jest ona hierarchią Kościoła katolickiego, a wówczas zobowiązana jest do bezwzględnego posłuszeństwa wobec papieża – albo się buntuje, a wówczas unieważnia samą siebie jako hierarchię, torując tym samym drogę reformie, która gdzie indziej kilka wieków temu oddała władzę duchową w ręce wierzących mas. Skoro bowiem hierarcha może się zbuntować wobec papieża, to każdy wierny z laikatu może się zbuntować przeciw hierarchii – a to się właśnie nazywa: „reformacja”. Cudowna ironia tej sytuacji polega na tym, że to właśnie hierarchia, dogłębnie przekonana, że jej wódz, Franciszek, tkwi w błędzie, inicjuje w Polsce ruch reformacyjny. Szczerze się zastanawiam, czy i jak kibicować im w tej rebelii. Myślę sobie, że wobec postępującej kompromitacji elity kościelnej zaletą będzie ogólny antyhierarchiczny ferment, który – mam taką nadzieję – wkrótce zaowocuje w polskim życiu katolickim ożywczym chaosem” - oznajmia.

Na koniec przychodzi moment otrzeźwienia i stwierdzenie, że wielkich nadziei na „ożywczy chaos” jednak nie ma. „Jeśli masy wiernych wyczują i zrozumieją paradoks, w jakim dziś znalazła się hierarchia, i dzięki temu pozwolą sobie na śmielszą ekspresję buntu wobec kościelnych instytucji – jest nadzieja. Jeśli jednak ulegną propagandowej manipulacji, która ostatnio nasiliła się z iście apokaliptyczną intensywnością – to polska hierarchia tylko okopie się na pozycjach czystej siły, w nosie mając wszelkie kwestie legitymizacyjne i jedynie czekając, aż Franciszka zastąpi jakiś „sensowniejszy” papież. Nie twierdzę, że nadzieja ta jest duża. Ale rzecz nie jest też całkiem stracona: perswazja może tu jeszcze wiele zdziałać. Polskie środowiska lewicowe i liberalne powinny się w tę perswazję zaangażować i wspomóc Franciszka w jego trudnej walce z hierarchicznym feudum, którą w każdej chwili może przegrać; nie stać z boku, mówiąc, że to nie nasza sprawa. Nie powinniśmy zostawiać losu polskich katolików w rękach polskiej władzy kościelnej” - oznajmia.

A ja jako przedstawiciel mas wiernych mogę powiedzieć tylko tyle: Boże chroń nas od takich przyjaciół z wrogami poradzimy sobie sami.

TPT/Krytykapolityczna.pl