W 2009 roku niemiecki parlament uchwalił ustawę antyterrorystyczną. Hordy wpuszczonych do kraju islamistów trzeba przecież jakoś kontrolować. Federalny Urząd Kryminalny zyskał możliwość zakładania podsłuchów i kamer u osób podejrzanych o terroryzm.

Mógł także podsłuchiwać ich rozmowy telefoniczne oraz obserwować ich bez zgody sądu. Możliwa stała się też kontrola komputerów domniemanych terrorystów. Przyjęte rozwiązania były chyba skuteczne, bo w Niemczech od lat nie doszło do żadnego zamachu terrorystycznego. Choć muzułmanów jest za Odrą naprawdę wielu, służby działały dotąd sprawnie i nie dopuszczały do żadnych atakó.
Jednak Zieloni oraz liberałowie z FDP uznali, że walka z terroryzmem jest... za ostra. Dlatego zaskarżyli ustawę do niemieckiego Trybunału Konstytucyjnego i ten przyznał lewakom rację, stając po stronie "inwigilowanych" terrorystów.

TK orzekł, że niektóre przepisy z ustawy oznaczają "niewspółmierną ingerencję" w prawa obywateli. Informacje pozyskiwane przez służby powinny być zdaniem Trybunału badane pod kątem ich wrażliwości w życiu prywatnym, zanim zostaną wykorzystane przez Federalny Urząd Kryminalny. Utrudnione zostało też przez Trybunał przekazywanie pozyskanych informacji służbom zagranicznym, a zwłaszcza pozaeuropejskim.

Niemiecki szef MSW Thomas de Maiziere stwierdził, że nie podziela zastrzeżeń TK, a zarządzone przezeń zmiany przepisów "nie ułatwią walki z międzynarodowym terroryzmem". 

bjad