– Będąc młodą lekarka, a nie było to dawno, niespodziewanie wszedł do mnie pacjent…
Słysząc początek świetnie zapowiadającej się opowieści agent Błąd usłużnie zamknął drzwi pomiędzy wagonami. W salonce zrobiło się nieco ciszej.
– Pacjent ów...
– Uff, jak gorąco… – to minister Benedict, który jeszcze nie zgłębił tajników ojczyzny–swojszczyzny, błędnie odczytał w tym upalnym dniu intencje szefowej rządu. Odruchowo zareagowała czujna jak zawsze rzecznik, rozpinając guzik przy dekolcie seksownej bluzki. Teraz nawet agent Błąd poczuł falę gorąca.
– Pani kanclerz nie jest meteopatką – trzy grosze wtrącił nieproszony misiek, osobisty pluszak szefowej rządu. – Wszyscy znamy ją z chłodnej kalkulacji.
Na pierwszej minister serwilizm miśka nie zrobił większego wrażenia. Niezrażona ciągnęła opowieść.
– Pacjent ów powitał mnie słowem eleganckim: Dzię dobry, pani doktor. Mam problem przystosowawczy. – Na czymż ta wadliwa asocjacja polega? – pokazałam dociekliwość. – Mówią o mnie, że jestem… kontent. Że niby wszystko mię się nie widzi.
Machłam mu dłonią przed instrumentem widzenia, rzeczywiście nie percepował. – Biedaku, ty rzeczywiście jesteś malkontent. Żeby się upewnić, zapodam ci kwiz, którego kwint esencja polega na dopowiedzeniu. – Szklanka jest…? – …do połowy pusta – stwierdził biedak po krótkim namyśle. – Moja żona…? – … na pewno mnie zdradza.
Poczułam, że ogarnia mnie eureka. Ten pacjent chorował na hippochondrię, którą jak węzeł kurdyjski mógł przeciąć tylko lancet.
– Wiecie dlaczego to wszystko opowiadam? – tu pierwsza minister zawiesiła głos.
Błądowi, wtajemniczonemu w tajniki wiedzy operacyjnej, takich pytań nie trzeba było dwa razy powtarzać. Nagłym ruchem otworzył drzwi salonki i z fotela w drugim wagonie wyrwal ze snu parlamentarzystkę. która wyłamała się w ostatnich głosowaniach i udzieliła kilku krytycznych wypowiedzi opozycyjnej telewizji.
– Pani poseł może kontynuować myśl mą? – kanclerz pochyliła się nad nią w niemym oczekiwaniu.
– Drogi w Polsce są…
– …do dupy – padła szokująca odpowiedź.
Pasażerowie zobaczyli tylko jak w dłoni Błąda pojawił się pojemnik z gazem oraz mała piłka do cięcia, a w rękach pani kanclerz – lancet i gaziki. Parlamentarzystka osuwała się na podłogę pogrążona w błogostanie. Plum, coś wypadło z jej otwartej naprędce czaszki. W wolne miejsce pani kanclerz sprytnie wlała zawartość niewielkiej buteleczki. Bul, bul. bul, usłyszeli wszyscy.
– Dopamina i po czarnowidztwie śladu ni ma – powiedziała do siebie.
W salonce rozległy się brawa, gdy parlamentarzystka szeroko otworzyła oczy i obdarzyła wszystkich promiennym uśmiechem.
– Bawimy się dalej?- zapytała kanclerz.
Odpowiedzią był jeszcze bardziej szeroki uśmiech.
– Widzisz ruiny?
– Polska to piękna kraj… – padło w odpowiedzi.
– Eksperyment udał się w 100 procentach. Nawet mówi językami, tylko nie wiemy w jakim narzeczu.
Parlamentarzystka wyszła w podskokach, pozostawiając pod oknem pękatą kopertę.
– To pierwszy krok w kierunku samofinansowania się naszej partii - triumfowała pani kanclerz. - Mamy przed sobą przyszłość, gdyż jak zauważyliście przybywa w naszych szeregach wątpiących.
– Kto jeszcze - z tu obecnych - ma złą asocjację?
Artur Lesnodorski
