Mąż Marty Kaczyńskiej kilka razy został przyłapany na łamaniu przepisów drogowych. Jednak ostatnie zatrzymanie przez policję za niezapięte pasy i telefon komórkowy przy uchu okazało się aż nadto bolesne. Z powodu przekroczenia limitu punktów karnych stracił prawo jazdy. Teraz musi, jak wielu innych Polaków w takiej sytuacji, ponownie zdać egzamin na prawo jazdy.
Okazuje się jednak, że niektórze "gwiazdy" rodzimej sceny polityczno-celebryckiej mają gdzieś polskie prawo i obowiązujące normy. Dubieniecki przesłał SMS-a redakcji "Faktu", w którym napisał: "Jeździć będę, bo mam rezydenturę innego państwa i prawo jazdy". I w taki sposób pan Marcin odpowiada na prawo kraju, w którym żyje. "Mam to gdzieś, po prostu! Jestem kim jestem (no właśnie) i nie będę podporządkowywał się prawu dla plebsu" - tak, na dobrą sprawę, brzmi sens odpowiedź pana Dubienieckiego.
Zdaniem rzecznika Komendy Głównej Policji Mariusza Sokołowskiego taka sytuacja jest niezgodna z prawem - prawo jazdy wydane przez inne państwo nie uprawnia do kierowania pojazdami w kraju, w którym kierowca utracił… uprawnienia - pisze Dziennik.pl. Zatrzymany do kontroli w takiej sytuacji odpowie tak samo jak każdy kierowca jadący bez ważnego prawa jazdy. - Jeśli ktoś stracił uprawnienia do kierowania pojazdami, to podobny dokument, tyle że z innego kraju, do tego nie uprawnia. Jeśli nadal jeździ samochodem to łamie prawo. Grozi za to mandat i skierowanie sprawy do sądu za kierowanie pojazdem bez uprawnień - uważa Mariusz Sokołowski, rzecznik Komendanta Głównego Policji.
Mamy nadzieję, że pan Marcin dojdzie do wniosku, że życie poza normami jakie wyznacza prawo jest niestosowne i aroganckie. Dlaczego inny obywatel nie przetaczający się przez media ma wykonywać polecenia nałożone przez prawo, a inni, którzy stali się znani tylko poprzez zaślubiny z osobą publiczną, mogą bezkarnie chołubić własnej arogancji? Czas na moralną odnowę i normalne zachowanie, panie Marcinie.

