Prawo i Sprawiedliwość złożyło zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa przez Agencję Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Zdaniem posłów PiS, Agencja mogła dopuścić się inwigilacji Lecha Kaczyńskiego w związku z postępowaniem dotyczącym ujawnienia raportu ABW opisującego tzw. incydent gruziński w 2008 roku.
- Domagamy się, by prokuratura, Rzecznik Praw Obywatelskich, komisja sejmowa ds. służb specjalnych, komisja sprawiedliwości i praw człowieka zajęły się tą sprawą i ją wyjaśniły. Chcemy również debaty w parlamencie dotyczącej działalności służb specjalnych w Polsce – mówi portalowi Fronda.pl Arkadiusz Mularczyk, poseł PiS.
W rozmowie z portalem parlamentarzysta przypomina artykuł, który w styczniu ukazał się w "Rzeczpospolitej". - Upublicznione zostały w nim działania ABW dotyczące ujawnienia raportu Agencji w 2008 roku. Zgodnie z informacjami gazety służby podjęły działania operacyjne wobec dziennikarzy, urzędników Kancelarii Prezydenta oraz samego prezydenta i jego małżonki – tłumaczy Mularczyk.
Zaznacza, że "stosunkowo błahe śledztwo dało podstawę do zbierania materiałów wrażliwych dotyczących prezydenta". - Sprawdzano billingi Lecha Kaczyńskiego, informacje o logowaniu do BTS. Zastosowano nieproporcjonalne środki, przesłuchano setki świadków, robiono eksperymenty w tej sprawie, przejrzano zapisy monitoringu – mówi poseł Mularczyk w rozmowie z portalem Fronda.pl.
Zdaniem posłów PiS, cała sprawa przypomina słynną aferę Watergate. - Stosunkowo mało istotne przestępstwo było powodem do szerokiej inwigilacji otoczenia prezydenta RP i jego samego. Porównanie do Watergate jest więc uprawnione. Jednak tam chodziło o zakładanie podsłuchów partii opozycyjnej. W Polsce mieliśmy do czynienia z kontrolą głowy państwa. Skala jest nieporównywalnie większa – mówi Mularczyk.
Poseł PiS przypomina w rozmowie z portalem Fronda.pl, że cała sprawa dotyczy dokumentu ABW, który był zupełną kompromitacją służb specjalnych. - On był de facto prasówką z rosyjskich mediów, które pisały na temat tzw. incydentu gruzińskiego – zaznacza Mularczyk.
Tymczasem, jak zauważa parlamentarzysta, w całej sprawie rozpoczęto śledztwo, którego "skala jest porażająca". - Rozumiem, że można powadzić działania operacyjne wobec prezydenta, ale tylko w sytuacjach, gdy jest on podejrzany o najcięższe zbrodnie – zdradę stanu, szpiegostwo, czy morderstwo. Ale nie w związku z przestępstwem zagrożonym karą do lat 5. Ja się jeszcze nie spotkałem z taką operacją wobec głowy państwa. Nie słyszałem o takich działaniach w żadnym kraju na świecie – podkreśla.
Arkadiusz Mularczyk zauważa, że artykuł w "Rzeczpospolitej" "przez ponad trzy tygodnie nie został w żaden sposób zdementowany". - To daje podstawy, by sądzić, że tezy zawarte w tym tekście są prawdziwe – mówi. - Pytanie, czy Donald Tusk wiedział o tym, czy się na to godził. Jak się to ma do tez Donalda Tuska, który mówi, że to za rządów PiS dochodziło do patologicznych działań w służbach specjalnych, do zakładania podsłuchów itp. - mówi Mularczyk portalowi Fronda.pl.
Prokuratura dopiero dziś - po złożeniu przez PiS wniosku - ustosunkowała się do tez zawartych w tekście "Rzeczpospolitej". Prokuratura Okręgowa w Warszawie stwierdziła, że "nie było wystąpień o billingi Lecha Kaczyńskiego i jego małżonki w śledztwie ws. ujawnienia raportu ABW dot. wydarzeń w Gruzji. Śledczy przyznają jedynie, że występowano o billingi urzędników prezydenckich - Piotra Kownackiego i Małgorzaty Bochenek.
Stanisław Żaryn
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »

