Szkoda tylko, że pan prezydent nie rozumie jednej rzeczy – dochodzenie przyczyn katastrofy smoleńskiej będzie mogło ruszyć pełną parą dopiero wtedy, kiedy w posiadaniu śledczych znajdą się wszystkie dowody. A to właśnie wrak Tupolewa – obok czarnych skrzynek – jest dowodem kluczowym, bez którego można sobie co najwyżej posnuć dywagacje o pogodzie. Dotychczasowe wyniki przedstawione przez wojskowych prokuratorów czy komisję Millera, której raport był niemal idealną kopią zerżniętą z ustaleń generał Anodiny są na to najlepszym dowodem. Śledczy poruszają się jak dzieci we mgle, co i raz zderzając się ze ścianami, latarniami i potykając na kocich łbach. No, ale przecież dbałość stosunki polsko – rosyjskie tak przyjemnie rozpoczęte pełnym współczucia uściskiem Władimira Władimirowicza jest znacznie ważniejsza niż ustalenie przyczyn śmierci 96 osób, w tym prezydenta i najwyższych rangą dowódców sił zbrojnych. Ich w końcu bardzo szybko dało się zastąpić a stosunki z Matuszką Rosją są niepowtarzalne...
Na koniec chciałbym tylko przypomnieć panu prezydentowi stary dowcip chodzący w czasach PeeReLu, który doskonale pasuje do sytuacji: jak partia mówi, że nie da – to nie da; jak partia mówi, że da – to mówi. Człowiek inteligentny sparafrazować sam go potrafi, a jeśli nie potrafi to już mu nic nie pomoże.
Alexander Degrejt
