Ostatnie tragiczne wydarzenia w Łodzi, gdzie Ryszard C. zastrzelił pracownika biura PiS, krzycząc, że nienawidzi partii Jarosława Kaczyńskiego i zamierzał zabić prezesa, ale miał za krótką broń, otworzyły w naszym kraju dyskusję o języku, jakiego używają nasi politycy. Usłużni „michnikowszczyźnie” żurnaliści oczywiście już kilkanaście minut po zamachu umniejszali rolę nienawiści do PiS-u, jaka pchnęła mordercę do tego potwornego czynu i wskazali, że tak naprawdę winnym jest Jarosław Kaczyński, który zaczął wojnę polsko-polską. Sugestia, że egzaltowany i brutalny język zarówno polityków PO, jak i „elit” polskiego dziennikarstwa, mógł mieć wpływ na czyn Ryszarda C., jest wykpiwana przez mainstreamowe media i traktowana jako podkręcanie złej atmosfery przez prawicę. Takim podkręcaniem nota bene oczywiście nie jest pisanie o krwi na rękach pisowców, odpowiedzialnych za śmierć Barbary Blidy. Rafał Ziemkiewicz zauważył, że: „Jeśli ktoś dzień w dzień podjudzany jest ze wszystkich stron histerycznymi okrzykami, że pisowcy to zagrożenie, faszyści, KPP, podpalacze Polski, że trzeba ich powstrzymać za wszelką cenę, wyeliminować raz na zawsze, jeśli co dnia ma w mediach korowody histeryzujących w tym duchu »autorytetów« − to w końcu wariuje”.

Jednym z najbardziej zacietrzewionych podjudzaczy w obozie PO był do niedawna uznawany przez wielu za wybitnego reżysera Kazimierz Kutz, który zanim wystartował z list PO do Sejmu, był związany z postkomunistami. Poseł PO odszedł zresztą niedawno z klubu Tuska zarzucając partii zbytni konserwatyzm. Oznajmił, że będzie teraz wspierał nową antyklerykalną inicjatywę Janusza Palikota, która jest w rzeczywistości marną imitacją działań Jerzego Urbana. Jednak decyzja o poparciu Palikota pokazuje, kim naprawdę jest Kutz i jakimi wartościami się kieruje. Śledząc liczne wypowiedzi reżysera z ostatnich lat można dojść do wniosku, że nienawiść do Prawa i Sprawiedliwości jest jego „drugim imieniem” i głównym zajęciem w życiu publicznym. Przeglądając cytaty reżysera- polityka nawet w Wikipedii, można się przekonać, że większość z nich dotyczy Jarosława Kaczyńskiego. I nie są to wypowiedzi mające na celu polemikę z działaniami nielubianej przez niego prawicy. „Jarosław Kaczyński zmierza do władzy autorytarnej, absolutnej. Zawsze tak było: tam, gdzie prawica zdobywa zbyt wielką władzę na hasłach popularnych, musi to prowadzić do faszyzacji kraju” („Fakty i mity”), „Kaczyńscy chcą do jesiennych wyborów samorządowych uchwalić kilka ustaw, które w gruncie rzeczy zmierzają do zburzenia fundamentów demokracji III RP”, „Kaczyńscy mają to, czego chcieli – bez przeszkód budują filary władzy absolutnej, czego wyrazem jest choćby powołanie horrendalnego Centralnego Biura Antykorupcyjnego. Prawdziwe harce dopiero przed nami”, „Na skutek tego, iż Kaczyńscy nie zajmują się rządzeniem, tylko poszerzaniem swojej władzy, mamy falę emigracji” („Przegląd”), „Kaczyńscy mają w sobie to szczególne nawiedzenie. Widać w dzieciństwie mieli jakieś fatalne zabawki i zamiast jeździć na rowerze i kopać piłkę, czytali patriotyczne czytanki. I to im się w tych głowach zalęgło” (Pardon.pl), „Kaczyńscy to ostatnia runda polskiego nacjonalizmu” („Rzeczpospolita”), „Kurski trudni się raczej politycznym donosicielstwem. Za »dziadka z Wehrmachtu« powinien już dawno zbierać mandarynki na Sycylii” (Onet.pl), „Nie przypuszczałem, że sala sejmowa stanie się sceną narodową. Tyle że nie szekspirowską, ale chocholą z elementami kabaretu. Trochę z Wyspiańskiego, trochę z Witkacego. Niestety, wszystko to strasznie mało profesjonalne. I przerażające.(...) No, ale chłopcy marzyli o władzy, dostali ją w prezencie, to teraz się bawią” („Gazeta Wyborcza”). To tylko niewielka część „merytorycznej” krytyki autora licznych scenariuszy filmowych. Zresztą to właśnie w „Gazecie Wyborczej”, która pisała najróżniejsze banialuki o rządach PiS-u, Kutz rozwijał swoje twórcze paranoje do granic absurdu.

Wybitny reżyser

Sól ziemi czarnej. Reż. K. Kutz.

Kazimierz Kutz jest powszechnie podziwiany za swoje filmy, które według znawców kina są szlagierami naszej kinematografii. Artur Adamski (nie spokrewniony z autorem powyższego tekstu) zakwestionował jednak w „Opcji na prawo” wybitne osiągnięcia twórcy „Pułkownika Kwiatkowskiego”. - Jeśli spojrzymy na całość dorobku podobno „najbardziej śląskiego reżysera” okaże się, że tematyka związana z jego rodzinnym regionem wcale nie pojawia się najczęściej. A jeśli już jest, służy przemycaniu treści peerelowskiej propagandy. I tak z Soli ziemi czarnej dowiadujemy się o obojętności II Rzeczypospolitej na krew przelewaną przez powstańców, samotnie ginących w boju o zespolenie z Macierzą. Jedną z pierwszych scen Perły w koronie wypełnia z kolei obraz martyrologii bohatera walk o polskość Śląska, którego sanacyjny policjant topi w ekskrementach. Krótko po tym, jak na bohatera wylały się hektolitry łajna (w domyśle – jedynego dobra, jakie zapewniała swym obywatelom Sanacja) […'/> Od jakiegoś czasu jako trzecią część Trylogii Śląskiej wymienia się film pt. Śmierć jak kromka chleba. W czasach innej koniunktury politycznej za zwieńczenie tego tryptyku podawano Paciorki jednego różańca. Postacią, od której w filmie tym bije największy blask, znów jest komunista. Tym razem jest nim tow. Malczewski, którego życie upływa na posługiwaniu emerytowanym górnikom, którym przydziela on ekskluzywne wille, wznoszone z funduszy Komitetu Wojewódzkiego PZPR. Postacie marksistowskich herosów to stały wątek w twórczości Kazimierza Kutza. Szlachetny pierwszy sekretarz, tym razem Komitetu Powiatowego, jest centralną postacią filmu pt. Lina, do którego w latach siedemdziesiątych sam reżyser napisał scenariusz. Ileż dobrego uczyniłby jego bohater, gdyby nie czający się wszędzie wrogowie! - pisze publicysta.

Przytoczyłem ten fragment tekstu, by pokazać, że nie wszyscy uważają filmy Kutza za patriotyczne laurki. Jednak odbiór jego obrazów jest kwestią gustów widza i krytyków, którzy hojnie reżysera przez lata nagradzali. Najciekawsze z psychologicznego punku widzenia w twórczości reżysera są jednak jego felietony w „Gazecie Wyborczej” i pasja, z jaką w nich pisuje o swoich „ulubieńcach” z prawej strony sceny politycznej.

Gwiazda Michnika

Lektura tekstów reżysera „Krzyża walecznych” z „GW” jest kopalnią wiedzy o zaściankowości Polaków, faszyzmie Kaczorów, szopkach PiS-u związanych ze śmiercią polityków w Smoleńsku, kołtuństwie pewnej części Kościoła etc. Tak naprawdę wszystkie szokujące rzeczy, które Kutz mówił po katastrofie smoleńskiej w różnych stacjach telewizyjnych, pojawiały się wcześniej na łamach „inteligenckiego głosu w polskich domach”. Nie obawiam się pisać o obsesjach reżysera na punkcie braci Kaczyńskich, bowiem nawet w tekstach traktujących o sprawach niepolitycznych, reżyser dawał wyraz swojej głównej pasji. Tak oto Kutz pisał (w tekście zatytułowanym „Żyjemy w Polsce, ale Górny Śląsk jest nasz”) o zbierających się wiernych na Krakowskim Przedmieściu: - Jarosław Kaczyński okazał się najlepszym reżyserem minionego lata, a przy okazji zniszczył tradycyjne pojmowanie letnich wakacji. Ale był to także spektakl samoniszczycielski, a cmentarny egotyzm głównego bohatera może w przyszłości mieć znaczenie w medycynie. Spektakl był transmitowany bezpośrednio kilka razy dziennie, a opłocony budynek prezydenta awansował w naszych domach do najważniejszej scenografii plenerowej roku. Tam garstka fanatyków religijnych, przeważnie ludzi starszych i żylastych, grała swoje kloszardowe misterium - nudne jak flaki na oleju rzepakowym - co przypominało nam, gdzie jako społeczeństwo jesteśmy. Jesteśmy daleko, jeszcze w jakichś mrokach średniowiecza, a już trochę na wielbłądach pod piramidami.

Nawet w tekście analizującym programy w polskiej telewizji nie mogło zabraknąć odniesienia do partii Kaczyńskiego. W artykule „Orgia wizualności” reżyser, między przemyśleniami o sporcie, filmach i serialach, inteligencji widzów „Szkła kontaktowego”, pisze: - Upolitycznienie telewizji publicznej wedle potrzeb PiS-u, to ich ideologiczne nachalstwo i kult jednostki prezesa J.K. sprawia, że w ogóle nie przepuszczam ich przez siebie. W ogóle mnie nie nęcą. Właśnie zbliża się godzina 22, zaraz wejdę w "Szkło Kontaktowe". Latałem cały dzień po Warszawie i dopiero za chwilę dowiem się, czy na słynnym krzyżu wykluły się już pierwsze ciernie - dodaje autorytet.

Trudno zresztą cytować wszystkie „wykwintne i błyskotliwe” stwierdzenia Kutza, które wygłosił przez ostatnie lata na łamach „GW”. Jest ich tyle, że mój tekst musiałby być długi jak serial „Moda na sukces” i mieć jeszcze sequel. Warto jednak zatrzymać się przy stosunku Kutza do awantur pod krzyżem na Krakowskim Przedmieściu, które według niego były tylko dziełem modlących się tam ludzi. Kutz w swoich tekstach pisał to samo, co jego koledzy z gazety „ludzi na pewnym poziomie”. Tyle, że robił to bezpośrednim językiem i nie bawił się w kamuflowanie swojej nienawiści do wiernych. Pisząc o słynnych słowach Lecha Kaczyńskiego do swojego brata: „Panie prezesie, melduje wykonanie zadania”, które do dziś są ością w gardle „salonu”, (nie widzącego oczywiście nic złego w okładkach pisma kierowanego przez „dziennikarza 20-lecia”: „Tusku musisz!” i „Bronku do boju!”) porównał on rzekome ciągłe telefonowanie prezesa PiS do swojego brata z jego późniejszą obroną krzyża. - Dziś oglądamy spektakl podobny, tyle że w wersji tragikomicznej, w którym miejsce telefonów komórkowych zajęły krzyże. Dawniej kręcił bratem żywym, a teraz manipuluje bratem martwym. […'/> Dlatego gotów jest stanąć na czele religijnej krucjaty rodem ze średniowiecza i wciąga w swoją grę Kościół. […'/> Gdyby obliczyć w ostatnim dwudziestoleciu "przelewy korupcyjne" na rzecz Kościoła, to zbielałyby nam sumienia. Tu tkwi jedno z głównych źródeł dzisiejszej słabości Państwa. Kościół wyrobił sobie pozycję instytucji obrotowej w powojennych losach Polski i w każdej sytuacji potrafi odcinać korzystne dla siebie kupony. Wojenka pseudoreligijna pod Pałacem Prezydenckim na Krakowskim Przedmieściu jest nową uwerturą do tych starych praktyk. Kiedy politycy biorą się za łby, z reguły proszą Kościół o arbitraż. Dawniej w zaborze rosyjskim mówiło się: "jak bieda, to do Żyda", teraz, co najmniej od pół wieku, utrwaliła się praktyka: "jak bieda, to do Kościoła” - pisał reżyser.

Jakobińska „miłość” do Kościoła

Kazimierz Kutz obok swojego nowego mentora Janusza Palikota stał się wzorem dla wszelkich antyklerykałów, którzy jak diabeł wody święconej boją się „dwóch skrzyżowanych kijków”. Styl pisania „wybitnego reżysera” jak ulał pasuje do poziomu intelektualnego sierot po upadającym tygodniku „Nie”, którzy dziś swojego mesjasza widzą w faceciku od penisa i świńskiego ryja. Oczywiście twórca filmu „Śmierć jak kromka chleba” krytykował „obrońców krzyża” za ich antykatolicyzm, sugerując chyba, że dba o prawdziwą wiarę w Chrystusa. - Krzyż, oderwany od chrześcijańskiej metafizyki, stał się symbolem złej współczesnej Polski. Była to zabawa schizmatyczna, więc jej sprawca zasługuje na miano pogańskiego kapłana. Jarosław Kaczyński nazwał krzyż "substytutem pomnika" brata, co dowodziłoby, że stawia się nie tylko ponad Państwo, ale i Kościół. […'/> Gdy Kaczyńskiemu zabrano jego ulubioną zabawkę, przyleciał wieczorem zapalić znicz, i choć Radio Maryja namawiało swoją klientelę do współudziału w proteście, wierni nie dopisali. Klapa. W ten sposób zakończyła się pierwsza - niejako religijna - runda walki przedwyborczej, bo "substytut" powędrował do kaplicy prezydenckiej. Ale zostaje istota tej całej szopy - miejsce walki o pomnik dla Lecha Kaczyńskiego. 10. każdego miesiąca będą tu miały miejsce demonstracje antyrządowe i będzie to trzecie miejsce, po siedzibie rządu i Sejmu, które łączyć będzie szerzenie kultu Jarosława Kaczyńskiego z protestami spraw bieżących - zauważył bardzo „przytomnie” geniusz polskiej kinematografii. - Prawdopodobnie z nastaniem zimy i śniegu będzie próba postawienia w tym miejscu szopki betlejemskiej, a w Wigilię odtańczenia paru kolęd z płonącymi świeczkami w rękach - dodał obrońca metafizycznego charakteru krucyfiksu. Kutz, tak jak inni jego kompani z „wojny antykaczystowskiej”, bardzo często wyrażał swoją obawę przed mrocznymi zastępami moherowej armii, idącej z pochodniami na Pałac Prezydencki. I wydaje się, że widział on swoim reżyserskim okiem tę armię wyglądającą jak orkowie we „Władcy Pierścieni”. - A wszystko przez tych kilkudziesięciu religijnych fanatyków, którym ubzdurało się w tym miejscu pofanatyzować, jakby tu zginął i został pochowany Lech Kaczyński. Chcą "wymodlić" miejsce jego kultu i postawić mu pomnik, by zwolennicy PiS-u mogli gromadzić się tu przy lada okazji i urządzać polityczne i antyrządowe demonstracje - przestrzegał Kutz. Słowa reżysera przypominają trochę maniakalny strach Camille’a Desmoulinsa i jego „Starego Kordeliera” sprzed obalenia katolickiego władcy Francji. Tak jak jakobini, którzy po wybiciu wszystkich wrogów postępowego ludu, sami się pościnali na gilotynie, Kutz szerzy w swojej publicystyce wizję katofaszyzmu, który puka do naszych postępowych bram.

Faszyzm=frankizm?

W jednym z odcinków programu „Tomasz Lis na żywo” Kazimierz Kutz porównał polityków PiS idących z pochodniami na Krakowskim Przedmieściu do faszystów. Argumentował to wsparciem, jakim faszyści obdarowywali w przeszłości Kościół katolicki. Nie pomogła uwaga Tomasza Terlikowskiego, że pan reżyser pomylił faszyzm z frankizmem. Jednak nawet gdyby oświeciła ona posła PO, to i tak nie zmieniłaby jego postrzegania tej zacofanej części polskiego Kościoła. - Forma wykorzystywania wiary, z jaką mamy do czynienia na Krakowskim Przedmieściu, jest pod względem moralnym wstrętna. Mamy tu do czynienia z przykładem agresywnego terroru psychologicznego i chamstwa naszych narodowych katolików, którzy zmierzają do tego, by każdy modlący się Polak poza miejscami kultu religijnego (w dowolnie wybranym miejscu) był traktowany jak krowa w Indiach. Pod Pałacem Prezydenckim symboliczne wartości krzyża sięgnęły bruku - pisał w „GW” reżyser. Dodał również: – Przejawy fanatyzmu narodowo-katolickiego są u nas coraz częstsze i coraz bardziej agresywne. Do niedawna mieliśmy dwa kościoły w Polsce: kościół warszawski i kościół krakowski. Po politycznym wsparciu Jarosława Kaczyńskiego w wyborach prezydenckich, po ekscesach fanatyzmu pod siedzibą nowo wybranego prezydenta RP - i na polach pod Ossowem - można zaryzykować stwierdzenie, że teraz mamy już tylko jeden Kościół - kościół ks. Rydzyka.

Można by wzruszyć ramionami na brednie Kutza wypisywane przez niego w gazecie Michnika. Jednak on swoją nienawiść przenosił do studia telewizyjnego i na mównicę sejmową, gdzie oglądały go miliony obywateli, z których pewnie wielu słabo rozumiało politykę, przez co dawali się porwać oratorowi ze Śląska.

PiS jak Mao

Niejednokrotnie byłem świadkiem, jak moi znajomi, którzy mieli średnie pojęcie o życiu politycznym w Polsce, utrzymywali, że miały miejsce w latach 2005-2007 podsłuchy telefonów a Kaczyński wprowadza dyktaturę. To nastawienie zmieniło się po tragedii smoleńskiej i śmierci prezydenta Kaczyńskiego. Na mało wyrobionego widza, który całą swoją wiedzę polityczną czerpie z faktów TVN, nagła zmiana „narracji” o Lechu Kaczyńskim wpłynęła znacząco na postrzeganie jego osoby. I to przeraziło polityków PO. Dlatego do boju został wypuszczony lojalny jakobin, który nie bał się „wygarnąć” przeżywającym żałobę politykom Pis-u ich hipokryzji i kłamstwa. Niedługo po katastrofie pod Smoleńskiem Kutz szydził sobie w TVN24 z żałoby polityków PiS. - Myślałem, że jestem w mauzoleum Lenina – skomentował wystąpienia Jarosława Kaczyńskiego. - To są maniery Mao Tse-Tunga: kandydat na prezydenta w czerniach, pani też cały czas w żałobie - stwierdził, czyniąc aluzję do czarnego stroju Elżbiety Jakubiak. Innym razem Kutz piał z zachwytu nad zachowaniem pełniącego obowiązki prezydenta Bronisława Komorowskiego podczas obchodów zwycięstwa nad nazizmem w Moskwie. - Oddycham co dzień z ulgą, że nie ma już oficjalnego zadęcia "kaczyzmu", owego drugiego "ośrodka władzy wykonawczej" w Pałacu Prezydenckim, ustanowionego samowolnie i w niezgodzie z konstytucją. Hodowano w nim wokół prezydenta aurę monarchy, zadęcia na jakiegoś Ludwika XIV. To był balon demagogii, husarskich mrzonek i narodowej megalomanii - pisał reżyser (oczywiście w „Gazecie Wyborczej”).

Pułkownik Kwiatkowski. Reż. K. Kutz.

Czytając wywiady z Kutzem w czasach, gdy nie był on jeszcze zaangażowanym politykiem można oczywiście wyczuć jego antyklerykalizm i wielką niechęć do wszystkiego, co może kojarzyć się z katolicyzmem i konserwatyzmem. Jednak trudno tak naprawdę zrozumieć jego fanatyczną nienawiść do braci Kaczyńskich po roku 2005. Nie ulega żadnej wątpliwości, że twórca „ Orła w koronie” jak nikt inny przysłużył się zbudowaniu w społeczeństwie poczucia zagrożenia „pisowskim terrorem”. Powyższe przykłady (a jeszcze raz podkreślam, że to urywek tego, co Kutz wypisywał tylko w „GW”) świadczą o tym dobitnie. Może jednak Kutz wpadł w sidła zastawione przez armie PO i PiS, które z wojny między sobą stworzyły obraz polskiej polityki? Słusznie zauważył Bronisław Wildstein pisząc, że Kutz w pewnym momencie stał się autorytetem dla III RP i dziennikarze chętnie go zaczęli zapraszać do dyskusji na najróżniejsze tematy. - Chodziło o przeciwstawienie się rządu polskiego systemowi podwójnej większości, który upośledza nasz kraj w UE. […'/> Kutz wyjaśnił, że metodą Kaczyńskich jest skłócanie wszystkich ze wszystkimi, w tym wypadku Polaków z Europejczykami, a wynika to z pogrążenia się w przeszłości, co uniemożliwia stawienie czoła wyzwaniom przyszłości. Według senatora stawić czoła przyszłości możemy, odbierając prawa wyborcze mieszkańcom dawnej Kongresówki (zaboru rosyjskiego), wtedy Kaczyńscy… Żartował – pomyśli czytelnik. Nie jestem pewien. Wprawdzie senator Kutz to żart, ale poczucia humoru jest on raczej pozbawiony. Inaczej musiałby się śmiać bez przerwy, słysząc kierowane do niego pytania, a już zwłaszcza swoje odpowiedzi - pisał publicysta „Rzeczpospolitej”.

Czy te „żarty” mogły spowodować eksplozję złości „zatroskanego” o losy Polski starszego i sfrustrowanego człowieka, który na dodatek był powiązany jakoś ze służbami PRL? Na pewno utwierdziły go w przekonaniu, że Jarosław Kaczyński po śmierci brata szykuje zamach stanu i restaurację „brunatnej” IV RP, gdzie tacy ludzie jak on „stoją tam, gdzie stało ZOMO”. A to, że przekonuje o tym sam Kazimierz Kutz w telewizji, musi być prawdą. Reżyser w jednym ze swoich felietonów pisał zresztą, że dziwi go, iż demokratycznie wybrany prezydent Kaczyński popiera zamach stanu dokonany przez Józefa Piłsudskiego…

Łukasz Adamski

/

Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »