Po śmierci Amy Winehouse sprzedaż jej płyt wzrosła 37-krotnie. Gdy kondukt pogrzebowy zmierzał na cmentarz Edgwarebury, do sklepów na całym świecie, trafiały koszulki z podobizną zmarłej wokalistki. Można zrzucić całą winę na „komerchę” - kupczącą okazją. Takie stawianie sprawy to jednak uproszczenie. Wraz ze śmiercią artysty, może pojawić się jego kult. Wielu młodych nosi na piersiach podobizny zmarłych muzyków. Bez wątpienia to dla nich pewien wzór. Pytanie się pojawia – czy wzór godny naśladowania? Czy mitologizowanie członków Klubu 27 nie jest niebezpieczne?
Uwielbienie dla piosenkarzy nie kończy się na, całkiem słusznym, zachwycie muzyką. To wykracza poza ramy muzyczne, najczęściej dotykając spraw osobistych. Możemy zaobserwować uwielbienie dla drogi życiowej jaką wybrali, a ta najczęściej była usiana patologiami. Wybitny twórca i frontman Maleo Reggae Rockers – Dariusz Malejonek uspakaja jednak, iż "kult Klubu 27" jeśli istnieje, to na małą skalę.
- Nikt z młodych nie chciałby skończyć tak jak oni. Nie wydaję mi się aby teraz młodzież fascynowała się tymi osobami. To nie te czasy. To wróciło z powodu Amy, ale tylko na chwile. Mamy zupełnie inne pokolenie, mające inne priorytety. Nie będą naśladowali błędów tych, którzy znaleźli się w Klubie 27. Samo to zagadnienie jest bardzo symboliczne. Jak w wieku 18, a może nawet 16 lat zaczynasz żyć na ostrzu noża to nie wiele trzeba by zrujnować sobie zdrowie do 27 urodzin. Trzeba o tym pamiętać. Oczywiście nadal są pewne kręgi w których trwa fascynacja takim stylem życia. Młodzi mają wielkie poczucie wolności i solidaryzują się z ludźmi wymykającymi się systemowi. Tak kiedyś interpretowano zachowanie muzyków, jako romantyczne poszukiwanie wolności. Obecnie, jednak to niszowa sprawa i prawie nikt już tego nie postrzega w taki sposób. Hippisowski bunt wyrażający się w alienacji do świata już się przeżył - podkreśla Malejonek.
„Czas apokalipsy” rozpoczyna się od utworu grupy The Doors „The End”. Tytuł filmu najlepiej oddaje to co ze swoim organizmem zrobił śpiewający o końcu i śmierci, Jim Morrison. Psychodeliczne teksty, które pisał, były konsekwencją jego eksperymentowania z dragami. LSD, kokaina, czy w końcu zadająca mu śmierć heroina – to była proza życia frontmena popularnych Doorsów. Autor takiego hitu jak „Light my fire” zmarł od przedawkowania tej ostatniej, w 1971 roku. Miał 27 lat. Heroina do grobu zaprowadziła również Kurta Cobaina. Broni nie przyłożył sobie zdrowy człowiek. Artysta uczynił to w majaku po zażyciu heroiny. A narkotykiem „leczył” depresję. Jimmi Hendrix, najbardziej utalentowany z tego grona, zmarł po przedawkowaniu środków nasennych i zachłyśnięcia wymiocinami. W klubie 27 to jeden z nielicznych, który nie był heroinistą. Co ciekawe, młodych z Hendrixem na koszulce spotkamy rzadziej niż np.: wielbicieli Cobaina.
Klub 27 nie został zamknięty. Progi tego grona niestety przestąpiła Amy Winehouse. Wspaniała wokalistka o fantastycznym głosie, diva współczesnego soulu i r'n'b, została znaleziona martwa w swoim mieszkaniu w Londynie. Oficjalnie nadal nie wiadomo co było powodem śmierci. Nie da się jednak ukryć bolesnego faktu, że wybitna piosenkarka zażywała kokainę i chorowała na alkoholizm. Koncert w Belgradzie, inaugurujący europejską trasę wokalistki, okazał się wielkim niewypałem. Amy była wręcz wpychana na scenę siłą, a publika mogła zaobserwować w jakim była stanie. Pijana, ledwo trzymała się na nogach, nie pamiętając tekstów piosenek i nie będąc w stanie śpiewać. Już w utworze „Rehab” odpowiedziała tym, którzy namawiali ją do leczenia. Jak wielu z tego klubu, zniszczyła swoje życie. Czy to chwilowy wzrost zainteresowania spowodowany medialnym wydarzeniem czy może zaczątki nowej fascynacji? Jakkolwiek ocenić taką reakcję, trzeba wystrzegać się kultu „życia na ostrzu noża”, aby Klub 27 nie powiększał się o kolejnych młodych. Tych znanych ale przede wszystkim, tych anonimowych, którzy mogliby iść w ślady swoich idoli.
Michał Zawisza Bruszewski

