30 czerwca 2010 roku śledczy wysłali do Stanów Zjednoczonych oficjalną prośbę o pomoc w śledztwie dotyczącym Smoleńska. Departament Sprawiedliwości odpowiedział prokuraturze 11 stycznia 2011 roku. Jednak śledczy uznali, że odpowiedź jest niewystarczająca. W odpowiedzi na tę uwagę z USA nadeszła wiadomość, że „Stany Zjednoczone przekazały agendom rządu polskiego, już w początkowym okresie śledztwa, wszelkie materiały dotyczące katastrofy smoleńskiej, jakimi dysponowały, i w tej chwili władze USA nie posiadają żadnych innych informacji w tym zakresie".

 

Prokuratura po otrzymaniu informacji rozpoczęła poszukiwania materiałów, które dotarły do Polski. Okazało się, że dokumenty w tej sprawie były w jednej z państwowych instytucji. Naczelna Prokuratura Wojskowa otrzymała od niej „pakiet dokumentów niejawnych" związanych ze śledztwem smoleńskim. Rzecznik NPW nie ujawnił jednak, która instytucja przetrzymywała akta dotyczące śledztwa.

 

Zdaniem Bogdana Święczkowskiego, byłego szefa ABW, to właśnie ta instytucja mogła otrzymać dokumenty z USA. Dotychczasowa praktyka była bowiem taka, że oficer łącznikowy ambasady USA przekazywał takie materiały do Agencji. Rzeczniczka tej służby płk Katarzyna Koniecpolska-Wróblewska odmówiła jednak informacji na ten temat, odsyłając dziennikarzy do prokuratury.

 

Szef Kancelarii Premiera Tomasz Arabski przyznaje, że otrzymał od prokuratury wojskowej listy w sprawie materiałów z USA. Zapewnia, że wysłał w tej sprawie monit do kilku ministerstw oraz służb zajmujących się wywiadem. Jednak wśród nich nie było ABW. – Nie przyszło mi do głowy, że takie dowody mogły tam trafić – wyjaśnił minister.

 

żar/Rp.pl