Za chwilę będziemy obchodzić najważniejsze ze wszystkich chrześcijańskich świąt – Wielkanoc. Święto, którego sedno tkwi w celebracji mistycznego momentu przejścia ze śmierci do życia.
Czasem jednak chciałoby się z Triduum Paschalnego wyciąć Wielki Piątek, a świąteczne obchody skoncentrować wokół niedzielnej radości ze zmartwychwstania. Bo krzyż, który stanowi centrum wielkopiątkowej liturgii nie kojarzy się dobrze. Przypomina o bólu, trudzie, cierpieniu, a ostatecznie o śmierci.
Człowiek z natury jest istotą, która, jeśli tylko może, chętnie odsuwa od siebie wszelkie cierpienia. I właściwie, nie ma w tym nic złego, bo przecież zadawanie sobie bólu, czy wręcz wystawianie się na niego, zakrawa o masochistyczne schorzenia.
Całą uwagę poświęcając na celebracji owej wielkanocnej radości, zdajemy się czasem zapominać o tym, co tę radość poprzedza. A przecież, aby z martwych wstanie mogło w ogóle nastąpić konieczna jest... śmierć!
- Jeżeli ziarno pszenicy wpadłszy w ziemię nie obumrze, zostanie tylko samo, ale jeżeli obumrze, przynosi plon obfity – mówił Jezus w dwunastym rozdziale Ewangelii wg św. Jana (J 12, 24-26).
Skok w przepaść
Człowiek boi się śmierci. Tym bardziej, im bardziej się waha i zastanawia co będzie „potem”. Dużo łatwiej jest skoczyć w przepaść, wiedząc że na dole rozłożony jest miękki materac, który zamortyzuje upadek. Ale co, kiedy mamy skoczyć całkowicie „w ciemno”?
Chrześcijańska koncepcja życia wiecznego, mówi o czekających nas po śmierci, rzeczach ostatecznych: sądzie Bożym, a po nim niebie albo piekle. Jednak przed tą śmiercią, definitywną i ostateczną, kiedy nasze serce przestaje rytmicznie uderzać i przepompowywać natlenioną życiodajnie krew, po drodze czeka nas jeszcze wiele innych, małych śmierci”.
Każdego dnia, ba, nawet w każdej godzinie i minucie śmierć czyha za rogiem. W każdym wypowiedzianym „tak” i każdym stanowczym „nie”. W najmniejszej decyzji, która, składana jedna do drugiej, kreśli holistyczny obraz naszego jestestwa. I każda taka najmniejsza decyzja jest swoistą okazją, by śmierci zajrzeć w oczy.
W święto Wielkiej Nocy celebrujemy doniosły moment przejścia Jezusa Chrystusa ze śmierci do życia. Ewangelista Mateusz pisze wręcz o „wielkim trzęsieniu ziemi”, Aniele Pańskim, który zstępuje z nieba i drżących ze strachu strażnikach, który „stali się jakby martwi” (Mt 28, 1-4).
Śmierć za rogiem
Nie możemy jednak zapomnieć, że z martwych powstawać mamy co dzień, każdego dnia, za każdym razem, kiedy umiera nasz grzech i nasza słabość. I być może wcale nie będą to takie spektakularne Zmartwychwstania, jak to Jezusowe, ale składając je, jedno do drugiego, zbieramy swoiste odważniki, które na szali naszego życia wiecznego ostatecznie zaważą, to na jedną, to drugą stronę.
Boimy się tych „małych śmierci”, bo one wiążą się ze zmianami. A w poukładanym światku jest bezpiecznie, bo nauczyliśmy się w nim funkcjonować na pamięć, niemal po ciemku. Zmiany każą nam podejmować wyzwanie poukładania wszystkiego na nowo, co z kolei wiąże się z pracą, wysiłkiem, podjęciem trudu.
Bardzo mocnym dla mnie doświadczeniem było w ostatnim czasie obcowanie z podopiecznymi warszawskich braci mniejszych kapucynów, którzy od ponad dwustu lat prowadzą jadłodajnię dla bezdomnych.
Ludzie, którym „się nie udało”. Doświadczeni przez los, potargani życiowymi wichurami. O ich historiach mogłabym opowiadać godzinami, ale to nie jest tekst o bezdomnych. Wspominam jednak o nich, bo w mało których oczach, jak właśnie w ich, można dostrzec ten błysk codziennych z martwych powstań.
Ludzie, dla których pozornie nie ma już żadnej nadziei, wykazują czasem, wręcz ponadludzką i ponadnaturalną gotowość i determinację do podejmowania wysiłku odmieniania swojego życia. Czasem mówi się, że trzeba sięgnąć dna, aby się odbić. I być może oni faktycznie tego pułapu sięgnęli.
Będąc czasem pośród nich zaobserwowałam jeszcze jedno - niezwykłą radość z drobnych rzeczy, radość niemal dziecięcą. Wiadomo przecież, że od pstryknięcia palcem nie staną się oni bogaczami, nie wrócą ich rodziny, stare, śmierdzące łachmany nie zamienią się w pachnące, skrojone na miarę garnitury, a ciągnięty za sobą wózek z rupieciami nie przemieni się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki w luksusowe auto. Ze świadomością tego wszystkiego, najdrobniejsze sukcesy urastają do rangi Mount Everestu.... „Nie piję od miesiąca...”.
Prawdziwie żyć
Napisałam, że warunkiem z martwych wstania jest uprzednia śmierć. Teraz myślę sobie jednak, że jest jeszcze jeden warunek, który trzeba spełnić uprzednio, zanim się umrze. Najpierw trzeba... żyć.
Czasem pewne książki, filmy, czy w ogóle wydarzenia wracają do nas po latach, tak, jakbyśmy musieli do nich dorosnąć, by wziąć dla siebie, to, co najcenniejsze. I do mnie, ku pewnemu nieskrywanemu zdziwieniu, powróciła licealna lektura – „Cudzoziemka”. Jej bohaterka, Róża, będąc świadoma zbliżającego się kresu swoich ziemskich dni, z wielkim przerażeniem pyta swojego syna, jakże ma umrzeć, jeśli nigdy nie żyła. Jeżeli nigdy nie żyła naprawdę.
Kończąc ten świąteczny już tekst, chciałabym wszystkim czytelnikom portalu Fronda.pl złożyć wielkanocne życzenia. Nie będę życzyć tych drobnych śmierci, powstań z upadków, przezwyciężania słabości. To takie oczywiste. Życzę każdemu, by prawdziwie żył, bo czasem zdajemy się o tym zapomnieć. Po prawdziwym życiu, żadna śmierć nie będzie straszna.
Marta Brzezińska
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »

