Fronda.pl: Według niedawno opublikowanych raportów, bazujących na danych brytyjskiego ministerstwa oświaty, tamtejsze szkoły katolickie przekraczają średnią osiąganą w szkołach państwowych. Z czego może wynikać przewaga takich placówek?
Zacznijmy od pewnego wyjaśnienia. W Polsce mamy zarówno szkoły katolickie niepubliczne (prywatne, społeczne), jak i publiczne prowadzone przez inne podmioty prawne niż jednostki samorządu terytorialnego. W całym kraju jest ich około 500. Oczywiście szkołami niepublicznymi nie są tylko, ani nawet przede wszystkim, szkoły katolickie.
Zasadniczą przewagą szkół niepublicznych jest większa swoboda planowania pracy dydaktyczno-wychowawczej. W praktyce oznacza to najczęściej bogatszą ofertę edukacyjną. Ogromne znaczenie ma również świadomy wybór tych szkół przez rodziców i uczniów. Placówki te istnieją, ponieważ jest na nie zapotrzebowanie ze strony społeczeństwa. Do tych czynników można również dodać mniej liczne klasy, lepszą bazę dydaktyczną, choć nie jest to regułą. W przypadku szkół katolickich mamy ponadto jasno określony fundament aksjologiczny, wychowanie biorące pod uwagę człowieka w całości - mówimy tu o wychowaniu integralnym. Zewnętrznym przejawem tego jest znacznie większa dyscyplina - termin, któremu współczesna pedagogika nadaje często pejoratywne znaczenie - panująca w tych placówkach. Szkoły te zdecydowanie lepiej radzą sobie nawet z poważnymi problemami wychowawczymi. W wypadku wyników badań brytyjskich, które Pan przywołał, niebagatelnym czynnikiem jest również fakt, że zdecydowana część tych szkół to placówki, które nie są koedukacyjne.
Często słyszymy o zmuszaniu katolickich szkół czy ośrodków adopcyjnych w Europie Zachodniej do sprzeniewierzenia się własnym zasadom. Czy nie obawia się Pan podobnie dramatycznej sytuacji w Polsce? Czy widmo „zapateryzmu” pojawia się na naszym horyzoncie?

Tego typu zjawiska można zaobserwować u nas od dawna, choć na pewno inna jest jeszcze skala. Przyznam jednak, że jestem sceptyczny, jeśli chodzi o przyszłość szkolnictwa katolickiego. System szkolnictwa „centralnie” sterowanego, zideologizowanego, przymusowego musi prowadzić - bo taki jest jego rzeczywisty cel - do próby stworzenia „nowego” człowieka. Nie jest wskazane, aby człowiek ów posiadał wiedzę pomagającą zrozumieć mu otaczającą rzeczywistość, aby myślał krytycznie. Wystarczy wyposażyć go w zbiór określonych praktycznych umiejętności. Dlatego ogranicza się autonomię szkół, choć oficjalnie mówi się coś zgoła innego. Na przykład próbuje się wprowadzać przepisy ograniczające swobodę zatrudniania lub zwalniania nauczycieli, których poglądy i postawy nie licują z charakterem szkoły. Treści wpisane w podstawy programowe poszczególnych przedmiotów to kolejne ważne narzędzie „nacisku”. Podobnie jest z podręcznikami, które muszą być zgodne z podstawą programową i zatwierdzone przez MEN. Z własnego doświadczenia wiem, jak trudno jest „przebić się” z podręcznikiem zawierającym „niepoprawne politycznie” treści. Mówi się wtedy, że nie są one neutralne światopoglądowo, cokolwiek miałoby to znaczyć. Na całe szczęście jeszcze jest tak, że bardzo wiele zależy od mądrości nauczyciela, który bezpośrednio pracuje z uczniem. Zagrożeniem dla tożsamości szkoły może być również system kontroli zewnętrznej, który posługuje się określonymi narzędziami i oparty jest na określonej wizji edukacji. Kontrola ta może służyć eliminacji placówek nie wpisujących się w zadekretowane rozwiązania systemowe. Warto wspomnieć też o pojawiających się dyskusjach dotyczących obecności symboli chrześcijańskich w przestrzeni życia publicznego, w tym w szkołach. Wystarczy przypomnieć sytuację, w której minister edukacji zasłaniała w czasie konferencji krzyż, który stanowił element panoramy miasta znajdującej się za jej plecami. Jestem katolikiem w domu, w kościele, w szkole - jako rodzic, nauczyciel, dyrektor. Nikt nie może wymagać ode mnie, abym z tego zrezygnował, oczekując, że zawieszę swoją wiarę „na kołku”. Wiara nie jest sprawą prywatną.
Nad „platerkami” opiekę sprawuje Kuratorium Oświaty. Jak więc wygląda relacja między szkołą a instytucją państwową?
Nad każdą placówką oświatową, która ma uprawnienia szkoły publicznej, nadzór pedagogiczny sprawuje kuratorium oświaty (choć planuje się w tym względzie pewne zmiany organizacyjne). Zasadniczo nadzór ten powinien ograniczać się do kwestii związanych z realizacją podstawy programowej i przestrzegania przepisów prawa oświatowego w tym zakresie, w którym dotyczą one szkolnictwa niepublicznego. Bywa jednak różnie.
Wspomnieliśmy ogólnie o sytuacji szkolnictwa. A jakie zasady stara się wpoić uczennicom szkoła, której jest Pan dyrektorem?
Chcemy wychować w duchu katolickim mądre, odpowiedzialne kobiety, które w przyszłości stworzą dobre, zdrowe moralnie rodziny, będące naturalnym środowiskiem wzrastania człowieka. Jednocześnie osoby te, krytycznie reflektując otaczającą rzeczywistość, będą wpływały na życie społeczno-polityczne naszego kraju. Staramy się zadbać o to, aby nasze uczennice ćwiczyły się w cnotach ludzkich, takich jak sprawiedliwość, uczciwość, dążenie do poznania i umiłowania prawdy, które pozwolą im - jak wierzymy - dokonywać dobrych wyborów. Pragniemy również uwrażliwić je na potrzeby drugiego człowieka. Stąd wolontariat, akcje charytatywne, wzajemna pomoc w ramach wspólnoty szkolnej. Chcemy również zwrócić ich uwagę na sprawy Ojczyzny. Wszystko zgodnie z testamentem założycielki szkoły Cecylii Plater-Zyberkówny, w którym czytamy: „Pragnę, aby wychowanie było oparte na zasadach religijnych, katolickich oraz narodowych z uwzględnieniem zdrowo pojętego postępu... Główny nacisk należy kłaść na kształcenie charakteru, wyrabianie dzielnych jednostek dla społeczeństwa."
Wspomniał już Pan o koedukacji. Do Pańskiej szkoły mogą uczęszczać tylko dziewczęta, natomiast Pan jest zdeklarowanym zwolennikiem dysedukacji. Dlaczego?

Jak już wcześniej powiedziałem, kształcenie zróżnicowane oznacza większą skuteczność procesu edukacyjnego – pokazują to wyniki badań prowadzonych w wielu krajach na świecie. Koedukacja to stosunkowo nowy wynalazek, który liczy sobie zaledwie kilkadziesiąt lat. Wprowadzony zresztą z pobudek ideologicznych, a nie z racji merytorycznych, które przemawiałyby za takim rozwiązaniem. Kształcenie zróżnicowane to efekt konstatacji faktu, iż dziewczęta i chłopcy różnią się między sobą (teorie o tym, że płeć jest uwarunkowana tylko kulturowo należy włożyć między bajki). Różnice dotyczą działania autonomicznego układu nerwowego (np. u chłopców dominuje układ współczulny), budowy mózgu, recepcji bodźców dźwiękowych i wzrokowych, optymalnej do pracy temperatury (chłopcy efektywniej pracują w pomieszczeniach, w których panuje temperatura o 3-4 stopnie niższa, niż ta optymalna dla dziewcząt). W systemie koedukacyjnym tracą zarówno chłopcy jak i dziewczęta, nie wykorzystuje się potencjału rozwojowego młodych ludzi. Badania przeprowadzone w USA, Australii i Wielkiej Brytanii pokazują, że w systemie szkolnictwa koedukacyjnego chłopcy plasują się wyraźnie za dziewczętami, głównie w dziedzinie pisania i czytania - system dyskryminuje chłopców. Szkoły zróżnicowane przełamują pewne stereotypy dotyczące zainteresowań kobiet i mężczyzn. Na przykład znacznie więcej absolwentek szkół żeńskich wybiera kierunki matematyczne, techniczne, informatyczne, niż ma to miejsce w wypadku szkół koedukacyjnych. Moje doświadczenia potwierdzają słuszność tych twierdzeń.
Czy kształcenie w duchu katolickim jest zawsze trudnym zadaniem, czy „pod górkę” mamy tylko w obecnej sytuacji społeczno-politycznej?

Kształcenie w duchu katolickim nigdy nie jest zadaniem łatwym, bo nasza wiara jest wymagająca. Zresztą zawsze jest tak, że tego, co wartościowe, nie da się zdobyć bez wysiłku. Chrystus zachęca nas do wybierania wąskiej bramy, ale tylko ona prowadzi do zbawienia, tylko ona jest prawdziwa. Oczywiście kontekst, w którym owo nauczanie się dokonuje, jest bardzo ważny. Jeśli środowisko, w którym wzrastamy, sprawy wiary traktuje poważnie, uważa religię za fundament życia indywidualnego, społecznego, politycznego, sprawa wychowania przedstawia się zupełnie inaczej niż w środowisku zlaicyzowanym, obcym nam pod względem aksjologicznym. Otaczająca nas demoliberalna rzeczywistość społeczno-polityczna jest efektem wcielania w życie, poczynając przynajmniej od rewolucji francuskiej, idei odrzucających tradycyjny porządek moralny, społeczny, polityczny.
Skoro mowa o rewolucji francuskiej, warto przypomnieć, że reakcyjny myśliciel Mikołaj Gomez Davila powiedział kiedyś, iż celem katolików jest tworzenie „kontr-świata w świecie”. Czy Pan również postrzega tak swoją pracę dydaktyczną?

Chciałbym, aby było inaczej, ale niestety, dążąc do prawdy, która wbrew obiegowemu mniemaniu nie leży wcale „po środku”, ale leży tam, gdzie leży, nie można działać inaczej, jak tylko negować otaczającą nas „nie-rzeczywistość”. Przy czym, moim zdaniem, jedynie Kościół katolicki, pozostając wiernym swej Tradycji, jest w stanie, jako instytucja ponadczasowa, hierarchiczna, niedemokratyczna być ratunkiem dla ginącego świata. Nie oznacza to, że aprobuję całość myśli przywołanego przez Pana kolumbijskiego myśliciela, który odrzuca na przykład tomistyczny racjonalizm na rzecz fideizmu. Ale nie miejsce tu na analizę myśli Davili.
Jest Pan również historykiem, współpracował Pan z IPN. Często słyszymy, że szczególnie zaniedbuje się naukę chociażby o antykomunistycznym podziemiu po 1945 roku. Jak zatem wygląda dzisiejsza edukacja historyczna w polskich szkołach?
O tym, jak wygląda edukacja historyczna, świadczy poziom wiedzy historycznej przeciętnego absolwenta liceum ogólnokształcącego, który np. nie potrafi powiedzieć, kto i kiedy dokonał zbrodni katyńskiej, nie zna daty wybuchu powstania warszawskiego, nie wie, kim był Prymas Tysiąclecia. Jeśli chodzi o reformę programową kształcenia historycznego, to odsyłam do mojego artykułu „Młodzi niedokształceni”, który ukazał się w listopadzie w „Naszym Dzienniku”.
W tym miejscu ograniczę się tylko do przywołania kilku faktów. Kolejne etapy reformy szkolnictwa przyniosły redukcję godzin historii w liceum: w czteroletnim liceum było ok. 240 godzin, w trzyletnim zostało ok. 150 godzin, po kolejnej zmianie będzie ich zaledwie 60. Idzie za tym, co oczywiste, uszczuplanie treści programowych. A systematyczna edukacja historyczna zakończy się dla większości uczniów tak naprawdę w I klasie liceum. Mam na myśli tzw. nową podstawę programową. W klasie II i III osoby nie zdające matury z historii (zdających jest tylko kilka procent w skali kraju), będą realizowały tzw. blok humanistyczny, który może polegać na organizacji wyjść do kina, muzeum itp., albo - w najlepszym wypadku - omawianiu jednego wybranego problemu z obszaru historii. Tu już nie można mówić o edukacji historycznej. W tym systemie nawet dobrzy nauczyciele nie będą w stanie zdziałać zbyt wiele.
Rozmawiał Aleksander Majewski
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »

