Książka Pawła Zyzaka na pewno jest niepełna, pod wieloma względami słaba, ale zarazem to interesująca próba pierwszej biografii Lecha Wałęsy opartej na szerokiej kwerendzie - pisze w „Rzeczpospolitej" Cenckiewicz.
„Przedstawiony przez media wizerunek autora i jego książki ma niewiele wspólnego z rzeczywistością i jest kolejną odsłoną polskiej bitwy o wolność słowa i badań naukowych.
Kiedy niespełna dziesięć miesięcy temu rozpoczynała się kampania wymierzona w autorów pracy „SB a Lech Wałęsa", podobnie jak teraz nie chodziło o rzetelną dyskusję na temat książki. Autorów publicznie porównywano do esbeków, wzywano do rozprawy na pięści, wykluczano z „cechu historyków", nazywano paranoikami.
Czołowi krytycy publikacji IPN przyznawali, że książki nie czytali lub ją jedynie przeglądali, jeszcze inni składali deklaracje, że w ogóle nie zamierzają jej przeczytać. Wszyscy jednak mają się za specjalistów od historii, warsztatu naukowego i metodologii badawczej.
Po książce Zyzaka, która nie ma żadnego związku z IPN, premier porzucił rozsądek i przyjął retorykę swoich kolegów, grożąc instytutowi, że jak się nie poprawi, to może ulec likwidacji.
Znów przypomniały się słowa Tuska z 2007 roku, kiedy to na wieść o przygotowywanej w IPN książce o Wałęsie wyznał: „ludzie, którzy usiłują niszczyć autorytet Polski i życia publicznego w Polsce wewnątrz i za granicą, zostaną z tego bezlitośnie rozliczeni".
W biografistyce opis takich zagadnień, jak chociażby krąg i klimat rodzinny, w jakim dorastał bohater książki, religijność opisywanej postaci, opinie ze sprawowania i oceny w szkole, pierwsze zawody miłosne, relacje koleżeńskie i przyjacielskie czy wreszcie wybory polityczne i zaangażowanie społeczne, jest czymś zupełnie naturalnym. Nie ma żadnego powodu, by w przypadku Wałęsy postępować inaczej.
W jednym z wywiadów prasowych Wałęsa powiedział, że jest zwolennikiem ujawnienia wszystkiego (nie wyłączywszy nawet spraw intymnych), co znajduje się w archiwach IPN. Swój pogląd uzasadnił dość racjonalnie: „Inaczej znowu będzie wąska grupa ludzi, która będzie znała kompromitujące fakty z życia innych osób i będzie mogła tym grać" ("Gazeta Wyborcza", 17 V 2007).
Cenckiewicz broni książki Zyzaka, że niedoskonała, bo pierwsza. Uważa, że Zyzak mógł skorzystać z gotowych ustaleń z dawnych lat, jednak zamiast tego wybrał indywidualne poszukiwania. Próbował zresztą nawiązać kontakt z samym Wałęsą, jednak jego kilkumiesięczne starania i prośby o spotkanie lub osobistą wymianę korespondencji zakończyły się niepowodzeniem.
We wstępie do swojej książki Zyzak podkreśla, że nie boi się żadnych źródeł historycznych - zarówno tych wywołanych (relacji świadków), jak i pisanych (dokumentów). Szczególną wartość przywiązuje on do tzw. oral history (historii mówionej). Warto przypomnieć w tym miejscu, że krytycy IPN-owskiej książki o Wałęsie zarzucali autorom wykorzystanie „wyłącznie" źródeł pisanych, wytworzonych w dodatku przez „niewiarygodne" SB. Każdy, kto miał w ręku książkę „SB a Lech Wałęsa", wie, że jest to zarzut nieprawdziwy.
Zyzak uznał niejako stanowisko krytyków publikacji IPN za swoje i do narracji o Wałęsie wprowadził relacje świadków. Za nieprawdziwą uznać należy opinię, iż są to wyłącznie relacje przeciwników Wałęsy, a w dodatku w znacznej części anonimowe. Na 54 wykorzystane i zebrane na użytek książki relacje jedynie 13 z nich to świadectwa anonimowe.
Nie jest też prawdą, że najbardziej pikantne opowieści o młodym Wałęsie, jak te dotyczące chuligańskich wybryków, rażenia kolegów prądem, osadzenia w ośrodku dla trudnej młodzieży, aktywności w komunistycznym Związku Młodzieży Socjalistycznej, stosunkowo wysokiej pozycji w wojsku i pierwszych zawodów miłosnych, pochodzą wyłącznie z ust anonimowych. Tam, gdzie było to możliwe, Zyzak starał się potwierdzić te informacje w dokumentach i okazuje się, że czasem nawet z pozytywnym skutkiem. W protokole Zespołu Wychowawczego Internatu w Lipnie z 1960 roku czytamy: „Lech Wałęsa - rozrabiacz i palacz".
Byłoby wielkim uproszczeniem sprowadzić książkę Zyzaka jedynie do wątków bardzo osobistych i młodzieńczych w życiu Lecha Wałęsy. Autor towarzyszy Wałęsie, opisując okoliczności jego zatrudnienia w Stoczni Gdańskiej, uczestnictwo w rewolcie Grudnia , 70, werbunek przez SB i działalność jako TW „Bolek". Wątek agenturalny kreśli przez pryzmat aktywności Wałęsy jako członka Rady Oddziałowej Wydziału W-4 Stoczni Gdańskiej oraz społecznego inspektora pracy.
Zyzaka interesuje przy tym przyjaźń Wałęsy z Lenarciakiem, który stał się obiektem inwigilacji ze strony TW „Bolka'. Młody historyk przeciwstawia postawę Wałęsy i Lenarciaka wobec pogrudniowych represji. W przeciwieństwie do przyszłego przywódcy „Solidarności" kuszony przez SB większym mieszkaniem i samochodem Lenarciak pozostaje niezłomny i nie daje się złamać bezpiece.
Zyzak oddaje w tym miejscu głos mjr. Januszowi Stachowiakowi, który udzielił obszernej relacji (czterogodzinne nagranie wideo) na temat współpracy Wałęsy z SB. Zyzak niepotrzebnie próbuje udowodnić na siłę, iż w tej sprawie można coś jeszcze dzisiaj nowego odkryć. Takim przykładem może być sprawa rzekomego „wycofania" Wałęsy ze stoczni w 1976 roku przez bezpiekę. Jest to teza nie mająca podstaw źródłowych.
Wiele uwagi poświęca Zyzak działalności Wałęsy w Wolnych Związkach Zawodowych Wybrzeża, okolicznościom, w jakich przedostał się on na teren stoczni 14 sierpnia 1980 roku, a także samemu wielkiemu strajkowi. Autor ukazuje proces stopniowej emancypacji Wałęsy, który porzuca dawnych przyjaciół z WZZ, otacza się ekspertami i doradcami związkowymi, a w politycznej rozgrywce z byłymi już kolegami umiejętnie wykorzystuje ludzi władzy, Kościoła oraz tzw. prawdziwków tropiących w szeregach „Solidarności" „Żydów z KOR".
Opisany przez magistra Zyzaka sposób traktowania przez Wałęsę środowiska byłych WZZ oraz metody, jakimi neutralizował on wewnątrzzwiązkową opozycję i eliminował swoich przeciwników, uświadamia nam, jak wielkie talenty polityczne posiadał przywódca „Solidarności", ale też, jak bardzo potrafił być bezwzględny w politycznych zapasach.
Zdaniem historyka imponowała mu władza i wojsko. Doskonale wyczuwał też taktykę komunistów, zwłaszcza po objęciu teki premiera przez gen. Wojciecha Jaruzelskiego w 1981 roku. Według historyka w okresie karnawału „Solidarności" strategia Wałęsy polegała na świadomym doprowadzaniu do zwarcia, po to, by następnie się wycofać i zademonstrować władzom swoje umiarkowanie i rozsądek. Zgadzam się z tą opinią. Być może autor nazbyt w tym miejscu psychologizuje, ale jednocześnie, jak nikt do tej pory, przez pryzmat wypowiedzi samego Wałęsy i jego wiary w to, że jest mężem opatrznościowym, pokazał megalomanię przywódcy „Solidarności".
Wałęsa zapytany w 1986 r. o historyczne wzorce odpowiada, że takich nie ma, po czym bez skrupułów wymienia siebie obok postaci Jana Pawła II i Józefa Piłsudskiego.
A na koniec tym, którzy mówią, że takie książki nie powinny w ogóle ujrzeć światła dziennego, pragnę zadedykować fragment instrukcji Departamentu III MSW z 1973 r.:
„Powodować wnikliwą ocenę przygotowywanych do wydania prac, szczególnie opracowanych przez osoby znane z wrogiego stosunku do PRL i socjalizmu oraz wywodzące się ze środowisk wrogich. W uzasadnionych przypadkach informować wydawnictwo o usiłowaniach przemycenia wrogich treści celem zapobiegania niepożądanym publikacjom".
Na koniec Cenckiewicz stwierdza:
Jak widać, wielu się marzy powrót do czasów obowiązywania podobnych instrukcji SB. Trzeba zrobić wszystko, by nie zrealizowali swoich marzeń.
MaRo/Rz
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »

