Scenografia: na ścianach nagie lalki z rozłożonymi nogami. Dorośli w białych rajtuzach, ksiądz rozbierający jednego z nich - tyle na filmiku wideo prezentowanego na poratlu Gazety Wyborczej.
Piotr Sieklucki, dyrektor Teatru Nowego i reżyser "Gniewu dzieci" mówi „Wyborczej” o spektaklu: Nie zależało mi na wywołaniu awantury politycznej czy obyczajowej. Nie chcemy obrażać księży. Mówimy jedynie o gniewie dzieci, o szarganiu i brukaniu ich niewinności, czystości, naiwności. To największa zbrodnia, jakiej można dokonać na dzieciach. Jestem przekonany, że ks. Tischner, gdyby żył, przyszedłby na ten spektakl. (...) Mieliśmy trójkę studentów PWST, ale dwójka z nich odmówiła współpracy po rozmowie ze swoimi profesorami. Zastąpiliśmy ich amatorami. Wcześniej jeden z aktorów też zrezygnował ze względu na swą religijność. Rozumiem, choć my nie obrażamy wiary, mówimy o problemie – mówi reżyser. - Nie chcę, by nasz spektakl był odczytywany jako sztuka zaangażowana. Jesteśmy teatrem, nie wychodzimy na ulice ze sztandarami, nie walczymy z Kościołem, to nie jest spektakl, pod którym mógłby się podpisać Ruch Palikota. (…) - Zrobiłem tę sztukę również ze względu na wątki prywatne. Sam opiekowałem się kimś, kto był wychowany w prowadzonym przez księdza sierocińcu. Wyrządzono mu tam olbrzymią krzywdę. Choć teraz ma ponad 20 lat, wciąż nie jest w stanie po tamtych wydarzeniach się odnaleźć. Jedna z osób zaangażowanych w ten spektakl pierwszy seks przeżyła właśnie z księdzem, który był przyjacielem rodziny - mówi Siekulicki.
- Sam mam obawy, czy niektóre sceny są słuszne, czy nie są zbyt prowokacyjne. Nie chciałem gnoić Kościoła, jestem wychowany w duchu katolicyzmu. Ale jeśli Kościół miesza się w moje życie, mówi, kiedy mogę, a kiedy nie mogę przyjmować komunii, to ja mam też prawo powiedzieć, co o tym wszystkim myślę. Jedni idą w Marszu Świeckości, ja moje emocje wyrażam w teatrze - dodaje reżyser.
- Odniosę się do wypowiedzi reżysera tego spektaklu, a nie samego przedstawienia, ponieważ nie mam zamiaru go oglądać - mówi portalowi Fronda.pl Marek Horodniczy, redaktor naczelny "44 / Czterdzieści i Cztery". - Nie lubię sztuki społecznie zaangażowanej. Przeważnie jej wykwity skrojone są pod z góry założoną tezę. Moje przekonanie potwierdzają wypowiedzi reżysera. Bardzo często teza ta brzmi: Kościół katolicki jest niebezpieczny, a tzw. patriarchalny system wychowawczy - szkodliwy. To są dyżurni chłopcy do bicia. W ten sposób teatr próbuje wchodzić w kompetencje rozmaitych instytucji państwa i obyczaju. Tego rodzaju "sztuka" jest mi obca.

