Cieszy fakt, że wciąż mamy w Polsce kapłanów i profesorów, którzy z taką pokorą potrafią przyjąć opinię Kongregacji Nauki Wiary. Ks. Szostek przyjmuje opinię kardynała, który jasno wskazał, że opinia, iż lekarz ma obowiązek do stosowania się do zawartego w paragrafie 39 „Ustawy o zawodach lekarza i lekarza dentysty” obowiązku poinformowania (przez lekarza korzystającego z klauzuli sumienia) pacjentki o miejscu, gdzie może dokonać ona legalnej aborcji, i że działanie to nie jest z gruntu nagannym moralnie aktem współudziału w niej, i podporządkowuje się jej. „Z wypowiedzi kard. Müllera jasno wynika, że - jego zdaniem - pierwsza moja teza jest błędna. Jest to opinia dla mnie, jako katolika, ważna i wiążąca” - podkreśla duchowny. I ta decyzja naprawdę cieszy.

Dyskusyjne (ale już – jak sądzę w granicach ortodoksji katolickiej) jest jednak kolejny punkt dzisiejszego oświadczenia ks. Szostka. „W świetle wypowiedzi prefekta Kongregacji Doktryny Wiary lekarzom zatrudnionym w szpitalach państwowych i nie zamierzającym zmienić ani miejsca pracy, ani swej lekarskiej specjalności, pozostaje jedynie akt obywatelskiego nieposłuszeństwa. Takie nieposłuszeństwo musi być jednak jawne. Nadal podtrzymuję drugą moją tezę: za moralnie naganną uważam decyzję zatrudnienia się w jakiejś instytucji z ukrytym zamiarem nie przestrzegania przepisów w niej obowiązujących. Opinia moja odnosi się nie tylko do lekarzy, wiąże ona nas wszystkich, niezależnie od typu pracy, jaką wykonujemy. Cel nie uświęca środków” - oznajmia duchowny.

I w tej sprawie trudno się z nim zgodzić. Niemoralne, bezbożne prawo nie ma mocy obowiązującej dla osoby wierzącej, a zobowiązanie do zabijania nie może być uznane za obowiązek moralny czy prawny lekarza. Nikt nie ma zatem obowiązku podporządkowania się takiemu prawu, i nikt nie może wymagać obowiązkowego wyznawania swojego światopoglądu przed przyjęciem do pracy. W Polsce mamy wciąż wolność sumienia i zakaz dyskryminacji także ze względu na wyznanie religijne. Gdyby zaś przyjąć założenia ks. Szostka to w istocie oznaczałoby to, że wierzący katolik musi sam pozbawić się możliwości wykonywania pracy lekarza ginekologa w publicznej placówce. I to tylko dlatego, że nie chce respektować niemoralnego prawa.

Taki wymóg byłby sensowny – także z punktu widzenia etycznego – tylko wówczas, gdyby uznać, że zabijanie dzieci (a o tym w istocie mówimy) albo wskazywanie zabójców takich dzieci, jest celem lekarza. A tak byłoby tylko wówczas, gdyby pracował on w klinice aborcyjnej, której jedynym celem jest zabijanie. W takim miejscu oczywiście katolik pracować nie może. W żadnym innym miejscu jednak głównym zadaniem lekarza nie jest zabijanie nienarodzonych, ale leczenie matek i dzieci. I tym właśnie, a nie respektowaniem niemoralnego prawa, ma zajmować się lekarz w szpitalu. Odmowa uczestnictwa w procedurze zabijania nienarodzonych nie czyni go niezdolnym do wypełniania obowiązków lekarza.

Trudno także nie dostrzec, że u podstaw opinii księdza profesora, który zastrzega, że jest absolutnym przeciwnikiem aborcji w każdej sytuacji, leży pewien rodzaj ostrożnego pozytywizmu prawnego, który przyjmuje, że ostatecznie niemoralne prawo stanowione wiąże nas w sumieniu. Tak jednak nie jest. Jeśli prawodawca nakłada na jednostkę obowiązki, które są sprzeczne z prawem naturalnym czy bożym, to jednostka nie ma obowiązku ich respektować. I wcale nie musi wystawiać się od razu na publiczny odstrzał. Może zwyczajnie wykonywać swoje obowiązki, poza tymi, które są niemoralne i bezprawne.

Warto mieć też świadomość, że polskie prawo nie zobowiązuje lekarza do składania deklaracji sumienia zanim zostanie on przyjęty do pracy. I nie ma w tym nic zaskakującego. Obowiązek taki byłby przecież jawnie sprzeczny z zasadą niedyskryminacji ze względu na wyznanie religijne, a także ograniczałby prawa obywatelskie lekarza.

Te uwagi w niczym nie zmniejszają zadowolenia z tego, że ks. Szostek wycofał się ze swoich jawnie niekatolickich – jak to pokazał kard. Muller – stwierdzeń. Mam też nadzieję, że tej miary etyk wycofa się także z drugiej części swojej argumentacji, która – przynajmniej moim zdaniem – jest niebezpiecznie bliska przypisania przesadnego znaczenia prawu stanowionemu.

Tomasz P. Terlikowski