Kiedyś jeden z moich wychowawców, księży profesorów powiedział, że jak komuś da się perłę, ale włoży się ją do porannego pantofla, to ten ktoś raczej ją wyrzuci, bo będzie mu ona uwierać i nawet nie zobaczy, co wypadło z jego buta. Ta reguła znajduje zresztą potwierdzenie w Ewangelii. Uważam, że trzeba być bardzo ostrożnym w tym, kiedy i jak kieruję do kogoś swój komunikat. Wzrastałem w nurcie nowej ewangelizacji. Kierowano nas, by nastawać w porę i nie w porę, wszędzie głosić Dobrą Nowinę, nawet trochę przymuszać, co czasem przybierało niestety formę takiego emocjonalnego szantażu. Kiedy spojrzy się na efekty takiego działania, to dojdziemy do wniosku, że raczej nie jest to dobry kierunek.
Odwróciłbym sytuację – kiedy myślę o ewangelizacji, to staram się najpierw zadać pytanie, czego ludzie naprawdę potrzebują, dostrzec ich problemy. Przecież początkiem publicznej działalności Jezusa są cuda uzdrawiania. W Kafarnaum uzdrowił teściową Piotra, potem kolejnych chorych. Ludzie dostrzegli więc, że on najpierw pomaga im w ich trudnych, codziennych sprawach, dopiero na bazie tego zaczęli wsłuchiwać się w Jego nauczanie. Uważam, że to jest klucz do nowej ewangelizacji. Należy służyć ludziom, odkryć ich potrzeby, być tam, gdzie oni, a dopiero kiedy to ich przyciągnie, pojawia się czas na mówienie o Ewangelii i Jezusie.
Wydaje mi się, że hasło „nowa ewangelizacja” przyjęło dziś tylko jedną postać, czyli taką, której pierwowzór znajduje się w charyzmatycznych ruchach protestanckich. Inną, ciekawą ideą, którą jestem zachwycony, jest idea ewangelizacyjna Karola de Foucauld. Pragnął on służyć ludziom, nie zdradzając swojego katolickiego światopoglądu, po to, by oni sami tego zaczęli poszukiwać, pociągnięci tym dobrem, jakie otrzymali. Innym dobrym przykładem jest św. Franciszek, który wprawdzie krzyczał, że „Miłość jest niekochana”, ale nikomu nie narzucał Dobrej Nowiny. Sam był szalenie charyzmatycznym człowiekiem, ale kiedy usłyszał od Pana Boga polecenie „Franciszku, odbuduj mój kościół”, to nie zaczął od reformowania hierarchów, tylko od układania kamieni pod kościół św. Damiana. Potem w ogóle wpadł na pomysł, by żebrać o kamienie.
Myślę, że w tej chwili jest za dużo takiego pośpiechu w ewangelizacji. Chcemy mieć szybkie efekty, a przecież tylko to ziarno, które wpadnie głęboko w glebę, przynosi plon obfity. A my często idziemy tropem posiania ziarna na skale, tak by szybko wzeszło, ale nie wydało owoców. Ja wolę to głębokie sianie i głębokie plony. To jest to, co ja odkryłem i czego się trzymam.
Not. eMBe

