Słynny sofista Protagoras z Abdery (V w. przed Chr.) nauczał tego, jak człowiek może odnaleźć się w społeczeństwie, w którym trzeba nieustannie dyskutować, komunikować się z innymi i przekonywać do swoich racji innych. Szczególnie pomocna w wygrywaniu dyskusji słownych okazała się metoda, którą wyłożył w dziele pt. Antylogie. Podstawową zasadą tej metody było stwierdzenie, że „o każdej rzeczy istnieją dwa sądy wzajemnie sprzeczne.” Zatem każdemu mocnemu twierdzeniu towarzyszy niemniej mocne przeczenie. Jak się okazało metoda ta była bardzo skuteczna w życiu politycznym, ponieważ dzięki niej argument słaby można było uczynić mocnym, a argument mocny słabym i to zupełnie niezależnie od tego, jaka była treść tego argumentu. Kiedy na przykład jakiś argument był słaby, można było pokazać, jak absurdalny jest argument przeciwny. Jeżeli zaś jakiś argument przeciwnika był mocny, można było zbić go formułując argument zupełnie przeciwny. Oczywiście wszystko to prowadziło do zwycięstwa racji człowieka, który dobrze posługuje się metodą i to całkowicie niezależnie od tego, czy ma rację czy nie.
Metoda Protagorasa przypomniała mi się w czasie, kiedy w mediach głośno było o apostacie, którego imienia nie warto wspominać. Nie chodzi tutaj bowiem o samą apostazję, ale o to, że została ona wypromowana, jako coś całkowicie oczywistego i wręcz koniecznego. Nagłośnione przez wszystkie większe media wypowiedzi zdawały się sugerować, że jeżeli chce się pozostać człowiekiem prawym i autentycznym, to należy wystąpić z Kościoła, który jest miejscem niszczącym wolność człowieka. Czyż nie przypomina to metody Protagorasa? Zamknięcie sobie drogi do Zbawienia i otwarcie na oścież drzwi do potępienia, zostaje całkowicie odwrócone. Nieprawość staje się prawością, niewierność - wiernością itp. Jednak nie sposób nie zauważyć, że nawet w takim kontekście, zwodzenie człowieka ciągle polega na tym, żeby pokazać mu że zło jest dobrem, bo inaczej nikt w ogóle nie chciałby tego słuchać. Ciągle chodzi przecież o wewnętrzną uczciwość, a ta z dobrem się niezmiennie kojarzy.
Ów akt apostazji został wyprodukowany w taki sposób, aby, mimo całej swojej sztuczności, budził wątpliwości wierzących, zwłaszcza tych, których wiara jest letnia. Jeżeli jednak spojrzymy na ten fakt wspominając Protagorasa, możemy uniknąć osłabienia naszej wiary, ale właśnie wykorzystać do tego, aby nasza wiara była silniejsza. Tak radykalne zaprzeczenie temu, w co wierzę, skłania do zadawania podstawowych pytań o to, dlaczego nie wyobrażam sobie życia bez wiary, dlaczego warto wierzyć i w końcu, dlaczego warto być w Kościele.
Oczywiście na te pytania można odpowiadać na wiele sposobów, ale warto chyba spróbować to zrobić w kontekście tego, co w naszej codzienności wynika z faktu, że jestem człowiekiem wierzącym. Skoro apostacie w jakiś sposób wiara przeszkadza, to co mu tak na prawdę przeszkadza? Modlitwa? Chodzenie do Kościoła i uczestnictwo we Mszy Św.? Spowiedź? To jest właśnie codzienność katolika, który, jak mi się wydaje, w codziennym praktykowaniu, w bardzo małym stopniu zastanawia się nad jakimiś zagadnieniami teologiczno-światopoglądowymi. Nie umniejszając wcale znaczenia teoretycznych problemów, ciekawym wydało mi się zastanowienie nad tym, dlaczego w ogóle warto praktykować wiarę i co apostata dostaje w zamian. Te pytania można nawet zadać tak, jakby zadawali je walczący z wiarą przeciwnicy Kościoła. Dlaczego ludzie ciągle chodzą do kościołów? Dlaczego mimo tak nagłaśnianych skandali, które jasno pokazują, że w Kościele nie wypełnia się tego, co się głosi, ciągle jeszcze nie rezygnują? Dlaczego nie chcą posiedzieć w niedzielę w kapciach przed telewizorem, tylko idą na Mszę? Przecież tam, nic nie ma! Jacyś ludzie przebrani w dziwne szaty robią coś w rodzaju spektaklu! Słucha się kogoś, kto powtarza ciągle te same frazesy! Ludzie powtarzają razem puste słowa w kierunku obrazów i figur! Czytają ciągle tę samą starą księgę, jakby nie było innych! To przecież tylko chleb i wino, tylko mówienie swoich najtajniejszych sekretów człowiekowi, który na pewno je wykorzysta przeciwko mnie! To przecież zwykła głupota, wierzyć w niezwykłość zwykłych rzeczy!
No właśnie, czy to ta zwyczajność ciągle sprawia, że warto? Jeśli za tym wszystkim nic nie stoi, jeżeli są to tylko puste słowa, gesty i znaki, to wiara na prawdę nie ma sensu. Tymczasem im głębiej wchodzę w to, co dzieje się w czasie Spowiedzi, Mszy Świętej i innych sakramentów nabieram coraz większego przekonania, że za tym wszystkim stoi prawda - stoi duchowa rzeczywistość. Że sakramenty są na prawdę znakami, przez które działa Chrystus. To właśnie jest niezwykłe, że w tych zwykłych rzeczach ukrywa się Bóg, który jest pośród swego ludu. To nie jest wcale zasłona dymna, która ma ukryć pustkę i to, że za nią nic nie ma, ale obłok Bożej obecności, w którym przebywa Nieogarniony. Kiedy człowiek siada przed telewizorem, czy włącza internet, to kontakt z treściami, które są przekazywane najczęściej nie prowadzi do tego, co jest autentyczne i żywe. Za ekranem monitora nic nie ma, a za wszystkimi pozorami jest tylko nicość. To, co jest puste w środku nie jest w stanie nakarmić ludzkiej duszy, a raczej wzmaga tylko apetyt. W Kościele w znakach ukryta jest łaska. Znaki sakramentalne prowadzą ku temu, co niewidzialne i jeszcze bardziej rzeczywiste od naszych wszystkich pomysłów. Nieustannie pociągające jest właśnie to, że stajemy przed tajemnicą, którą odkrywamy przez całe nasze życie i która nigdy się nie wyczerpie, bo w zwykłych rzeczach kryje się działający i zbawiający Nieskończony Bóg.
Nawet najgorsze kazanie w czasie Mszy Świętej, nie jest w stanie zniweczyć tego, że jest ona w istocie wąskim przejściem do nieba, ponieważ niebo jest tam, gdzie przebywa Bóg. Chleb i wino są właśnie „uchem igielnym”, w którym to, co widzialne spotyka się z Niewidzialnym, w którym Kościół Pielgrzymujący spotyka się z Uwielbionym i Oczyszczającym się. Spowiedź jest autentycznym, a nie tylko udawanym przebaczeniem, odpuszczeniem i udzieleniem pokoju, a każda modlitwa jest wypowiadaniem słów do Kogoś, a nie tylko do pięknych obrazów i rzeźb. Posiadając odrobinę wrażliwości od razu można wykryć autentyczność tego, co dzieje się w Kościele, choćby było zwyczajne i nieudolne ze strony ludzkiej.
Jestem więc przekonany, że w Kościele czeka na mnie Prawda, a tylko prawda jest pociągająca i ciekawa. Propaganda nie może nas zwieść i sprawić, że uznamy prawdę za coś, co jest mniej istotne, wobec praktycznych korzyści. Człowiek chce podążać tylko za prawdą. Jeżeli coś jest prawdziwe, to znaczy, że taka jest rzeczywistość. Bajka pozostanie bajką, a pusta namiastka rzeczywistości nie nakarmi duszy człowieka, a tylko prawdy na prawdę warto szukać. Ostatecznie bowiem nie chodzi o to, abyśmy mieli łatwiejsze życie bez zobowiązań, tylko chodzi o nasze szczęście. Do szczęścia zaś możemy dość tylko wtedy, kiedy podążymy za tym, co rzeczywiste, a nie za jakimś pomysłem, który okaże się pusty.
Oczywiście można powiedzieć, że wszystko to, co powyżej napisałem, to także propaganda, tylko formułowana z przeciwnej pozycji. Tak,można, ale fakty są takie, że człowiek wierzący nie tylko będzie szczęśliwszy po śmierci, ale także odkrywa szczęście już tu na ziemi. Jest bardziej radosny i lepiej znosi przeciwności losu. Można by więc zakończyć jakąś formą zakładu Pascala. Skoro bowiem chodzenie do Kościoła pomaga być szczęśliwszym już tu na ziemi, to nawet jeżeli wiarę uznaje się za zasłonę dymną, która przykrywa pustkę i jeżeli się odrzuci wszystkie inne argumenty, to człowiek wierzący ma do stracenia tylko szczęśliwsze życie.

