Joanna Jaszczuk, Fronda.pl: Sławne osoby coraz częściej mówią publicznie o swojej wierze czy nawróceniu. Ostatnio głośny był przypadek trenerki fitness, pani Ewy Chodakowskiej, która postanowiła za pośrednictwem swojego profilu na Facebooku złożyć fanom życzenia z okazji Świąt Wielkanocnych. Ponieważ było to w wielki piątek, trenerka zamieściła obrazek Chrystusa na krzyżu, obok cytat św. Jana Pawła II, same życzenia skłaniały do refleksji nad prawdziwym znaczeniem święta Zmartwychwstania Pańskiego. Wielu fanom się to nie spodobało. Panie z parasolkami symbolizującymi „czarny protest” na zdjęciu profilowym miały pretensje, że Chodakowska nie stanęła w obronie „praw kobiet”, gdy w Sejmie głosowano nad ustawą antyaborcyjną, inni pisali, że celebrytka robi ze swojego profilu „kazalnicę”. Później pani Chodakowska ujawniła, że otrzymywała pogróżki
ks. Prof. Marek Łuczak: W ostatnim czasie jesteśmy świadkami pewnej radykalizacji poglądów. Wystarczy przypomnieć sytuację, która miała miejsce w ubiegłym roku. Akcja była pozorowana na spontaniczną, lecz ewidentnie można było odczytać w niej symptomy wyreżyserowania. Pewne Panie, które wcześniej umówiły się na to (było to doskonale widoczne) ostentacyjnie wyszły z kościoła w momencie, gdy ksiądz zaczął odczytywać List Pasterski. Jesteśmy więc świadkami radykalizacji poglądów, a ten „medal” ma dwie strony. Pierwsza to oczywiście ci, którzy są przeciwni chrześcijaństwu i coraz częśćiej i głośniej będą dążyć do upowszechnienia swoich opinii. Jeśli natomiast chodzi o świadectwa wyznawców Chrystusa, to nie mamy żadnych danych, czy rzeczywiście więcej ludzi opowiada się za wiarą, czy faktycznie mamy do czynienia z nawróceniami. Przypadek pani Ewy Chodakowskiej jest na razie niewystarczający, aby pokusić się o daleko idące wnioski.
Jakiś czas temu sławni ludzie firmowali swoimi twarzami akcję „Nie wstydzę się Jezusa”. Trudno mi powiedzieć, czy przekłada się to w jakiś sposób na ewangelizację. W pewnym stopniu tak, nie przykładałbym jednak do tego szczególnej wagi. Myślę, że nie spowoduje to na pewno jakichś spektakularnych nawróceń. Na pewno jednak wywołuje dyskusję. A jeśli wywoła dyskusję to oczywiście dobrze. Nie ma bowiem nic bardziej zgubnego dla chrześcijańskiego przekazu, niż obojętność. Chrześcijanin musi być albo „zimny”, albo „gorący”. Nie ma innej drogi.
Skoro tego rodzaju wyznania wywołują dyskusję, to co w przypadku, gdy artysta, sportowiec czy celebryta deklarujący wiarę robił w przeszłości lub obecnie rzeczy, które niezbyt jednak licują z tym, co określamy jako postawę chrześcijańską- jeśli „Nie wstydzę się Jezusa” mówi np. piosenkarka, która występuje na scenie w dość „skąpych” strojach, jeżeli mówi to aktor, który zostawił żonę dla innej kobiety, raper, który w swoich utworach nie stronił od wulgaryzmów itp.... Ewie Chodakowskiej również wypomina się, że jakiś czas temu stwierdziła, że nie ma czasu na dzieci, kiedy Agnieszka Radwańska firmowała swoją twarzą akcję „Nie wstydzę się Jezusa”, również wypominano jej jedną z sesji zdjęciowych...
Jest to klasyczny problem, który został przez Pana Jezusa w doskonały sposób rozwiązany. Pamiętamy z Pisma Świętego scenę z nierządnicą. Pan Jezus, rysując na piasku, spowodował, że ci, którzy oskarżali nierządnicę, zaczęli odchodzić. Prawdopodobnie właśnie dlatego, że na piasku być może pojawiało się czyjeś imię, może nazwa miejscowości, a ludzie, którzy oskarżali, prawdopodobnie uświadomili sobie, że sami także nie są doskonali. Postawmy sobie przede wszystkim pytanie czy rzeczywiście jest tak, że do wiary mogą przyznawać się wyłącznie ludzie nieskazitelni. Gdyby tak było, to chyba nikt nie przyznawałby się do wiary, bo któż jest bez grzechu? Osobom, które z taką łatwością próbują podważać świadectwo wiary, wyciągając z życiorysu niewygodne fakty, chciałbym powiedzieć, że jeżeli bijemy się w pierś, to lepiej w swoją, niż w cudzą. Po drugie: każdy ma prawo do ewolucji swoich poglądów. Jeżeli nawet pewne aspekty życia danej osoby potrafią stać w sprzeczności z deklaracją, która pada w mediach „tradycyjnych” społecznościowych, to powinniśmy dać ludziom czas na zmianę ich postaw i mieć świadomość, że postawy i poglądy mogą ewoluować. Jeżeli ktoś, mając na swoim koncie niechlubne czyny czy słowa, deklaruje dziś swoje przywiązanie do wiary, to nie znaczy, że musimy postawić znak zapytania obok wiarygodności tej osoby. Ten człowiek mógł po prostu się zmienić. Jeżeli założymy z góry, że nie warto mu wierzyć, mogłoby to okazać się krzywdzące, a być może również fałszywe.
Zdarza się, że sławni ludzie, którzy publicznie wyznają swoją wiarę są określani mianem „katocelebrytów”. Wiara ma być dla nich sposobem na to, by o nich mówiono. Czy to określenie jest złośliwe, czy może coś w tym być?
Myślę, że jest to bardzo krzywdzące określenie. Żyjemy w społeczeństwie, gdy publiczne przyznanie się do wiary często bywa raczej „obciachowe”. W takiej sytuacji trudno przypuszczać, że ktoś chce na wierze budować swój image celebrycki. Byłoby to zaprzeczenie zasady, że jeżeli coś jest powszechnie uznawane za „obciachowe”, ludzie raczej starają się to ukryć. Jeśli ktoś przyznaje się do tego oficjalnie w naszym zsekularyzowanym społeczeństwie, to nie sądzę, by chodziło tu o jakiś partykularyzm, a nie szczerość nie wyobrażam sobie, by miał w tym jakikolwiek interes. Wierzę raczej w szczerość takich wyznań, a uzasadnieniem mojego przekonania jest prosta prawidłowość, że ludzie, którzy promują takie wartości, jak wiara, w showbiznesie raczej tracą. Mel Gibson, można powiedzieć, na filmie „Pasja” co prawda „zarobił krocie”, kręcąc film miał duże finansowe wsparcie, ale w stosunku do naszych rodzimych piosenkarzy czy aktorów takie zarzuty wydają mi się przynajmniej nieuczciwe, a być może nawet złośliwe. Czy jeśli znana osoba publicznie apeluje o to, aby się badać, to zostanie określona mianem „onkocelebryty”? Trudno mi sobie wyobrazić, by ktoś próbował budować swój kapitał społeczny na przyznaniu się, że choruje na raka bądź z tą chorobą wygrał. W zasadzie problem dotyczy w naszym kraju tak dużej grupy ludzi, że może i teoretycznie można by było sobie taką sytuację wyobrazić, jednak z całą pewnością, choć Polska jest krajem, który uchodzi za katolicki, to raczej trudno powiedzieć, by ktoś wykorzystywał autodeklarację wiary dla celów wizerunkowych. Jak Pani wspomniała, reakcje na wpis pani Ewy Chodakowskiej były, jakie były, więc trudno powiedzieć, by było to promowanie swojej osoby. Można mówić tu raczej, że celebryta czy artysta ryzykuje tym, że jego wizerunek i popularność stanie pod znakiem zapytania. Dlatego zakładam, że takim człowiekiem kieruje szczerość, a nie wyrachowanie.
Mimo wszystko pani Ewa Chodakowska spotkała się również z całą masą pozytywnych reakcji na swój wpis. Wielu internautów okazało jej wsparcie, pisało, że zgadza się z nią, że myśli i czuje podobnie, że również wierzy. A może po prostu w naszym społeczeństwie rodzi się już niezgoda na szydzenie z chrześcijaństwa, źle pojmowany „postęp” i „nowoczesność”, na sekularyzację?
Jeżeli chodzi o symptomy pozytywne, coś rzeczywiście jest na rzeczy. Kiedy Polskę zelektryzowała sprawa pewnego spektaklu, któremu nie chciałbym robić reklamy, dlatego nie przywołam ani tytułu, ani nazwy teatru, który go wystawił, rozmawiałem ze studentami na publicznej uczelni ekonomicznej, kierunku zupełnie więc niezwiązanym z teologią ani Kościołem Katolickim. W czasie dyskusji pojawił się wątek tego spektaklu. Okazało się, że zdecydowana większość studentów była zniesmaczona tym, co, jak wynika z opisów i relacji, pojawiło się na scenie. To zniesmaczenie dało mi dużo do myślenia. Wydawałoby się, że młodzi ludzie często bywają obojętni na tego rodzaju tematy, nie przejmują się tym, niekiedy nie byliby w stanie bronić konserwatywnych wartości, w tym wypadku jednak dali wyraz swojego niezadowolenia. Dla mnie jest to powodem do refleksji, czy przypadkiem w tej ewolucji naszego społeczeństwa nie doszliśmy do miejsca, gdzie nie można już opluwać wszystkich świętości, ponieważ spotka się to ze zdecydowanym sprzeciwem.
Bardzo dziękuję za rozmowę.
