Ks. Michał Misiak: Na uroczystościach 1 września na Cmentarzu Wojskowym w Pabianicach było bardzo wiele osób, lecz jedyni młodzi (nie licząc reprezentacji szkół w pocztach sztandarowych) byli z ONRu. Doszedłem z proboszczem do nich po uroczystościach, by podziękować za ich obecność dyktowaną potrzebą serca. Po kilku dniach młodzież ze środowisk patriotycznych zgłosiła się do mojej parafii (św. Mateusza w Pabianicach) z prośbą o duchową opiekę, konferencje o zachowaniu się z czasie Mszy… Tak zaczęła się moja troska o ich zbawienie...
Dobrze rozumiem młodzież narodową. Pan Bóg sprawił, że w historii mojego życia, przed wstąpieniem do seminarium, znalazły się lata, w których byłem bardzo aktywnym członkiem Młodzieży Wszechpolskiej. Przez rok byłem prezesem MW w województwie łódzkim. Dziś to Bóg doskonale wykorzystuje, posyłając mnie do środowisk młodzieży patriotycznej z Ewangelią o miłości, służbie i pojednaniu.
Na długo przed świętem odzyskania Niepodległości, wiedziałem, że prawie wszyscy członkowie ONRu z Pabianic, którym towarzyszę, będą jechali do Warszawy na Marsz. W ostatnich tygodniach sam zostałem zaproszony na wyjazd przez odpowiedzialnego za pabianicką brygadę, mojego parafianina Łukasza: "Proszę księdza, pierwsze miejsce w autokarze jest zarezerwowane dla księdza". Kilka osób z Pabianic zapisało się do służby w Straży Marszu, cieszyłem się, że odpowiedzialnie podchodzą to tego wydarzenia.
W Warszawie wszystko zaczęło się od Mszy Świętej, a następnie uformowaliśmy się gotowi do Marszu. Jako duszpasterz pojechałem na Marsz w sutannie, by lepiej wyrazić charakter swojej misji. To było ważne. Kilkadziesiąt osób w czasie całego Marszu podchodziło do mnie, by porozmawiać lub tylko wyrazić radość z tego, że pasterze są ze swymi owcami. Tak, wiem, że kapłan powinien być z narodem, nie płynąć z falą modnych w danym czasie, politycznie poprawnych poglądów. W czasie drogi witałem się z napotkanymi kapłanami. Było nas razem ok. 120.
Św. Jan Bosko powiedział do księży, pierwszych salezjanów, że nie trzeba dużo wymyślać działań dla młodzieży, wystarczy i trzeba z nią być, a wtedy mniej grzeszą. I słowa te potwierdziły się na Marszu. Gdy Marsz został zatrzymany, po przejściu przez most Poniatowskiego, doszło do pierwszych napięć. Byłem wtedy z moją młodzieżą na czele Marszu. Nikt ze stojących w moim otoczeniu nie stracił sprzed oczy celu, w jakim tam przyjechaliśmy. Nikt nie dał się wciągnąć w konflikt, który zaistniał w momencie pojawienia się zbrojnych oddziałów policji. Marsz był zatrzymany na ok. 30 min. Napięcie rosło.
Po dotarciu do uczestników Marszu chmury gazu, zaczęliśmy się wycofywać przez trawnik pod scenę, gdzie miał zakończyć się Marsz. W czasie przemówień byłem prawie pod sceną, lecz bitewne odgłosy nie dawały spokojnie uczestniczyć w uroczystości. To był smutny widok. Pan kombatant, który mówił swoje świadectwo, krztusił się przez gaz, a duża część uczestników Marszu zajęta była obserwowaniem ataków - raz ze strony chuliganów, raz ze strony policji. Przykro mi było, że przez tych niewyżytych osiłków niszczy się piękne wydarzenie, które mogło by umocnić w cnotach przybyłych tam Polaków.
Trzy razy próbowałem zawrócić grupki chuliganów, którzy rzucali kamieniami w szeregi policyjne. Udało się to tylko raz. Ufam, że w przyszłym roku nie dojdzie do takich błędów, jak przerywanie Marszu, niepotrzebna demonstracja siły oddziałów policyjnych czy wpuszczanie w szeregi uczestników Marszu grup chuliganów. Tam, gdzie są materiały łatwopalne, unika się ognia. Trzeba mądrości i dużo pokory, by w formie Marszu doczekać się godnych obchodów tak pięknej rocznicy. Wierzę, że doczekamy takiego Marszu Niepodległości. Ufam, że w przyszłym roku będzie więcej duszpasterzy maszerowało, bo gdyby w każdym autokarze był choć jeden ksiądz, nie doszłoby do grzechu zamieszek.
Rozm. M
