Fronda.pl: Benedykt XVI przyjął dwóch nowych członków do Papieskiej Akademii Nauk. Są to Amerykanie Francis Collins, dyrektor Narodowego Instytutu Zdrowia i Edward de Robertis, prof. biologii chemicznej w Instytucie Medycznym Uniwersytetu Kalifornijskiego. Obaj naukowcy w swoich badaniach zajmują się embrionalnymi komórkami macierzystymi. Dlaczego Ojciec Święty poszerza skład Akademii Nauk o naukowców zajmujących się właśnie tym tematem?
Ks. Marian Machinek: Wydaje mi się, że powód jest jeden: Papieska Akademia Nauk jest to gremium, które ma dostarczać rzetelnej i rzeczowej informacji dotyczącej tych zagadnień naukowych, które mają poważny wymiar etyczny, albo też dotykają w jakiś sposób prawd wiary, a więc są istotne dla nauczania i praktykowania Ewangelii we współczesnym świecie.
Aby zająć wobec nich stanowisko, Stolica Apostolska odwołuje się nie tylko do zasad etycznych, ale musi zapoznać się z samymi wynikami badań. Zasad etycznych nie można wprawdzie "wyczytać" z doświadczeń laboratoryjnych, ale też nie można ich poprawnie zastosować do konkretnej kwestii, jeśli się nie ma rzetelnej informacji, o co chodzi i co jest przedmiotem kontrowersji.
Poglądy obu tych naukowców nie przystają do bioetyki katolickiej. Dlaczego więc znaleźli się w składzie Papieskiej Akademii Nauk?
Papieska Akademia Nauk skupia nie tylko przedstawicieli różnych dziedzin nauki, ale także odzwierciedlało różne opcje światopoglądowe. O ile wiem, członkami Papieskiej Akademii Nauk są nie tylko katolicy, ale także inaczej wierzący, a nawet agnostycy i ateiści, będący uznanymi fachowcami w danej dziedzinie wiedzy, o ile oczywiście wyrażą wolę współpracy ze Stolicą Apostolską w tej właśnie formie. Zatem nominacja papieska do tego gremium nie oznacza w żadnym stopniu moralnej aprobaty dla poglądów czy też stylu życia nominata.
Coraz częściej słyszymy o komórkach macierzystych, o badaniach prowadzonych na tych komórkach. Skąd tak duża ich popularność?
Z komórkami macierzystymi wiązane są ogromne nadzieje. Jest to typ komórek, które jeszcze nie uległy specjalizacji. Mówiąc kolokwialnie – jeszcze nie "wiedzą", jakim typem tkanki będą. W laboratorium można ukierunkować ich rozwój, by stały się np. komórkami nerwowymi albo komórkami serca itd. Będzie je można później wszczepić np. osobie cierpiącej na chorobę Alzheimera czy komuś po zawale serca, by zastąpiły jego własne zdegenerowane komórki.
Mamy kilka typów komórek macierzystych. Te pozyskane z embrionów mają wprawdzie ogromny potencjał, ale też zwiększoną skłonność do tworzenia nowotworów. Ich znaczny potencjał rozwojowy sprawia, że nie wkomponowują się łatwo w tkankę biorcy, ale tworzą w jego organizmie struktury nowotworowe. Ale istnieją także komórki macierzyste uzyskane od dorosłych, a więc w sposób nie budzący etycznych zastrzeżeń, które są również bardzo obiecujące. Mimo to nadal przeznacza się ogromne fundusze na badania na embrionalnych komórkach macierzystych, których uzyskanie wiąże się z zabiciem ludzkiego embrionu.
Czy to etyczne?
Uznając proces zapłodnienia za "punkt startowy" życia nowego człowieka – a jest to najbardziej logiczny i spójny punkt widzenia, uwzględniający zarówno przesłanki medyczne, jak i antropologiczne – traktowanie ludzkich embrionów jak materiał biologiczny oznacza po prostu zabójstwo człowieka w fazie embrionalnej, a więc niezwykle poważne wykroczenie przeciwko ludzkiemu życiu.
Niestety, ustawodawstwo wielu krajów dopuszcza wytwarzanie ludzkich embrionów i ich wykorzystanie do różnych celów (nie tylko w ramach zapłodnienia in vitro, ale także do badań), ograniczając względy etyczne do nadzoru i zgodności z procedurami. Dominuje stanowisko pragmatyczne, które zostało przejęte z ustawodawstwa brytyjskiego: i tak się nie dogadamy co do statusu embrionu, więc zostawmy to zagadnienie na boku, a lepiej zastanówmy się w jaki sposób nadać badaniom jakieś ramy. Wszystko jest wtedy transparentne, ale jednocześnie embriony stają się rzeczą – tkanką do badań.
To jest nie do przyjęcia nie tylko dla katolików, ale i wielu trzeźwo myślących ludzi, którzy konsekwentnie patrzą na rozwój człowieka.
Zwolennicy badań na embrionach argumentują, że wykorzystanie komórek macierzystych pozwala chronić zwierzęta do tej pory służące do testowania środków farmakologicznych.
Mamy tutaj zupełne odwrócenie pojęć, ponieważ dla tych ludzi rozwinięte zwierzę jest bardziej wartościowe niż ludzki embrion. Jest to jakieś dalekie echo skrajnych poglądów niektórych etyków, np. Australijczyka Petera Singera, którego zdaniem dorosły szympans jest bardziej wartościowy i godny ochrony niż ludzkie niemowlę.
Dokąd może zaprowadzić takie odwrócenie pojęć?
Trudno o prognozę, ale kierunek, w jakim zmierza ludzkie działanie oparte na takiej logice jest bardzo niepokojący. Traktowanie ludzkiego embrionu wyłącznie jako tkanki biologicznej oznacza degradację istoty ludzkiej. Mamy wprawdzie w numerze 18 Europejskiej Konwencji Bioetycznej zapis o "odpowiedniej" ochronie ludzkiego embrionu, ale bez zdefiniowania zakresu tej "odpowiedniej ochrony" pozostaje on bardzo pokrętnym i nieskutecznym stwierdzeniem.
Skąd się bierze to przewartościowanie, w wyniku którego zwierzęta zaczynają być uważane za ważniejsze od ludzi?
Paradoksem współczesności jest z jednej strony wzrastająca wrażliwość ekologiczna, która prowadzi np. do masowych protestów przeciw polowaniu na foki bądź akcji ratujących wyrzucone na plaże wieloryby. Z drugiej strony mamy jednak do czynienia ze wzrastającą ślepotą na człowieka, co ujawnia się w szerokim przyzwoleniu na aborcję i masowe wykorzystywanie ludzkich embrionów dla celów badawczych. Najwidoczniej, odnosząc się ze czcią do stworzenia, człowiek sam siebie z tego stworzenia wyłącza.
W ten szeroki nurt wpisuje się też problem eutanazji. We współczesnym świecie liczą się osoby zdrowe i silne, a tam, gdzie człowiek jest najsłabszy – u początku i u kresu swego życia – bywa poddany selekcji, jeżeli nie spełnia oczekiwań i nie odpowiada standardom. Człowiek współczesny z odrazą zdaje się patrzeć na słabych i chorych przedstawicieli własnej rasy, jakby sądził, że eliminując ich z pola widzenia, wyeliminuje także samą chorobę i cierpienie. W miejsce oczywistości, z jaką kiedyś akceptowało się każdego człowieka, wkracza powoli mentalność przyznająca prawo do życia jedynie tym, którzy pozytywnie przeszli "kontrolę jakości".
Do czego ta tendencja może doprowadzić?
Nie chciałbym spekulować, do czego może to doprowadzić. Faktem jest, że mamy tu do czynienia z symptomem choroby, która toczy naszą cywilizację. Pozostaje jedynie mieć nadzieję, że człowiek wystarczająco wcześnie się przebudzi i z pokorą stwierdzi, że nie wszystko, co jest techniczne możliwe, może i powinno być realizowane.
Ale jak trafić z tym przesłaniem do ludzi?
Chrześcijanie zawsze wypełniali wobec świata niewdzięczne wprawdzie, ale niezbędne zadanie budzenia ludzkich sumień. Należy się niewątpliwie głośno upominać o prawo do życia najsłabszych spośród nas, a do takich na pewno należą ludzie w fazie embrionalnej. Ale nie wolno ograniczyć się do protestu. Chrześcijanie powinni zadbać o rzeczową informację. Bardzo często opór społeczeństw jest łamany obietnicami terapeutycznymi i korzyściami, a każdy, kto się sprzeciwia wykorzystaniu embrionów jest przedstawiany niemalże jako człowiek okrutny, który odmawia pomocy chorym – i to w imię rzekomo ideologicznych, a nie logicznych przesłanek.
Rzeczowa informacja pozwala zobaczyć, ile w takiej argumentacji jest demagogii, półprawd i uproszczeń, wykorzystywanych świadomie po to, by uzyskać aprobatę społeczną dla nieetycznych eksperymentów. Dlatego chrześcijanie, szczególnie ci, którzy pracują w środowiskach naukowych i medialnych, powinni zadbać o pogłębioną informację i przekazywać ją społeczeństwu. Wiele można zrobić przez merytoryczne pokazanie, że pod rzekomo naukowymi argumentami kryje się czasami jedynie ambicja badaczy i interes ich sponsorów.
Coraz bardziej popularna jest teza, że etyka ustępuje miejsca gospodarce.
Trudno pominąć gospodarczy wymiar całego sporu, szczególnie, gdy się weźmie pod uwagę wielkość środków, jakie przeznacza się na całym świecie (również w ramach Unii Europejskiej) na badania nad komórkami macierzystymi. Możliwe zyski i straty są brane pod uwagę nie tylko przez pojedyncze firmy, ale i całe państwa. Były kanclerz Niemiec, Gerhard Schröder, otwarcie oświadczył przed kilkoma laty, że zbyt restrykcyjne standardy etyczne sprawią, że wielkie fundusze, ale i najlepsi naukowcy odpłyną z Niemiec do krajów o bardziej liberalnym ustawodawstwie. I tak etyka musi po raz kolejny ustąpić przed ekonomią. Tylko czy świat zbudowany na takiej hierarchii wartości będzie bardziej ludzki?
Rozmawiał Mariusz Majewski
Ważne lektury:
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »




