Księdza Lemańskiego oburza procedura, jakiej poddawani są biedni apostaci. „Wiele lat temu powstawała w Polsce, jeszcze tej Ludowej, walcownia blach. To miały być niezwykle cienkie blachy, z których można by produkować lekkie opakowania produktów spożywczych. Pamiętam, jak nieżyjący już ksiądz profesor tłumaczył nam zadziwienie ludzi zza żelaznej kurtyny, którym wówczas proponowano zakup naszych zdrowych i smacznych konserw, ale w sprzedaży łączonej ze specjalnym kluczem do otwierania tych konserw. Żeby zjeść smaczną polską szynkę wystarczyło iść do znajomego ślusarza, by otworzył stalowe opakowanie albo choćby kupić specjalny klucz rozcinający bez trudu grubą blachę oddzielającą nas od smakowitej zawartości. Gdy przysłuchuję się dyskusji o procedurze odejścia z Kościoła, przypomina mi się natychmiast tamto zdarzenie. Biskupi, księża i niektórzy publicyści wyjaśniają, że wystarczy napisać podanie, zanieść je w odpowiednim czasie do konkretnej kancelarii, zabrać ze sobą dwóch kwalifikowanych świadków, wysłuchać pouczenia, powierzyć to pismo specjalnej komórce w miejscowej kurii, zostać wpisanym do księgi osób, które złożyły podobne podanie, i usłyszeć w końcu, że zgodnie z nauczaniem Kościoła nadal pozostajemy związani z tym Kościołem nierozwiązywalnym węzłem sakramentu chrztu” - napisał zatem na portalu naTemat.pl.



Nie jest dla mnie jasne, co nie podoba się księdzu Lemańskiemu. Ale jeśli chodzi o ostatnie zdanie tej części jego bloga, to wygląda na to, że nie podoba się księdzu katolickie rozumienie chrztu. Oczywiście Wojciech Lemański ma prawo mieć jakieś wątpliwości, odnośnie rozumienia chrztu, ale wydaje się, że już ks. Wojciech Lemański mieć ich nie powinien. A jeśli je ma, to przynajmniej nie powinien się nimi dzielić. On bowiem jest nie od tego, by opowiadać farmazony o konserwach, lecz by prowadzić ludzi do prawdziwej wiary, a przez nią do zbawienia. Kwestionowanie wiecznego znaczenia chrztu zaś, jak się zdaje, specjalnie obu tym celom nie służy.

 

Nie służy im także dalsza część bloga, w którym duchowny przekonuje, że w istocie Kościół powinien stworzyć prostsze procedury odejścia. „Każda wspólnota, organizacja, związek czy stowarzyszenie ma prawo określić zasady przyjmowania doń nowych członków. Każda z nich może ustalić zasady usuwania z tego grona osób, które łamią te zasady albo nie spełniają określonych kryteriów. Można również opracować całe systemy zachęt, przestróg, upomnień, kar, nagród i stopni awansu funkcjonujących wewnątrz takiej zbiorowości. Nie można jednak nikomu zabronić opuszczenia tego grona. Mąż odszedł od żony trzaskając drzwiami, a ona prosi o adres, by mu przesłać instrukcję, jak powinien odejść skutecznie. Nie można również ustalać zasad, jakimi mają się kierować ci, którzy już z nami być nie chcą” - oznajmia ks. Lemański.

I znowu kilka uwag do – jak rozumiem – wykształconego teologa. Otóż Kościół to nie jest „każda wspólnota, organizacja czy związek”, ale Mistyczne Ciało Chrystusa. A w nie, kiedy raz się już zostało włączonym przez chrzest, zwyczajnie nie da oddzielić. Chrzest pozostaje wiecznym znamieniem, którego nie da się zmyć. Co więcej pomysł, by ułatwiać odchodzenie apostatom, wydaje się być sprzeczny z głównym powołaniem księdza, jakim jest prowadzenie ludziom ku zbawieniu. Apostazja akurat temu celowi nie służy, by nie powiedzieć wprost, że prowadzić może ku potępieniu. Ksiądz więc, który namawia, by Kościół ułatwiał procedury apostazji w istocie na szkodę ludzi, i zaprzecza własnemu powołaniu. Jego rolą jest bowiem prowadzić ludzi do Kościoła, a nie ich z niego wyprowadzać... No chyba, że Kościół otwarty jest po to, by wszyscy mogli z niego odpłynąć.

Tomasz P. Terlikowski