Zachęcony zupełną bezkarnością po agresji wobec red. Ewy Stankiewicz poseł Niesiołowski „popisuje się” dalej. Niesiołowski wydaje się mieć dziś jeden zasadniczy motyw działania: walić w znienawidzonych Kaczyńskich. Obsesja ta sprawia, że on, kiedyś twórca Zjednoczenia Chrześcijańsko-Narodowego, jest gotów sprzeciwiać się nauce Kościoła katolickiego w sprawie ważnej, byleby tylko przypadkiem nie zgodzić się z szefem PiS-u, który nie popiera przygotowanej przez PO liberalnej ustawy w sprawie in vitro.
Niesiołowski powtarza, że nie chce, aby moralności uczyli go Kaczyński, Rydzyk, czy Terlikowski. Ale wygląda na to, że nie chce uczyć się moralności także od Jana Pawła II i Benedykta XVI. Rozumiem, że ludzie mogą odrzucać nauczanie papieży, ale w przypadku katolika, za jakiego pan poseł się uznaje, jest to jednak niemały problem. Niesiołowski problem dostrzega, ale brnie dalej i buńczucznie stwierdza, że jeśli zostanie wykluczony z Kościoła, to trudno… Próbuje ponadto tłumaczyć, że nikt wierzących katolików do in vitro przecież nie zmusza. Tylko że ocena metody in vitro nie jest – na co zwracał uwagę Jan Paweł II – jedynie przedmiotem wiary (jak np. Eucharystia), ale jest kwestią konkretnej praktyki, której ubocznym skutkiem jest manipulowanie, zamrażanie lub niszczenie embrionów, czyli istot ludzkich w fazie embrionalnej. Z tego właśnie powodu człowiek sumienia, o którym mówił Papież Polak, powinien być przeciwko in vitro. Tu nie chodzi o narzucanie wiary, ale o szacunek dla ludzkiego życia.
Błogosławiony Jan Paweł nie jest dla Stefana Niesiołowskiego nauczycielem moralności (przynajmniej w sprawie in vitro), ale jest nim zapewne Donald Tusk, któremu pan poseł na każdym kroku nadskakuje. Rozumiem tę nadgorliwość Niesiołowskiego. Musi się wykazywać i nieustannie potwierdzać swą bezgraniczną wierność, bo przecież jeszcze trochę ponad 10 lat temu pan Stefan ostro wypowiadał się na temat swej obecnej partii: „Uważam, że PO to twór sztuczny i pełen hipokryzji. Oni nie mają właściwie żadnego programu…” („Życie” z 1 VIII 2001 r.); „Platforma jest przede wszystkim wielką mistyfikacją. […] W istocie jest takim świecącym pudełkiem – mamy do czynienia z elegancko opakowaną recydywą tymińszczyzny” (GW z 19 IX 2001 r.).
Tak jak Niesiołowski „musi” być coraz bardziej przeciwko Kaczyńskim, nawet za cenę przekreślenia dawniej wyznawanych wartości, tak piosenkarka zwana Madonną nie potrafi wykonać koncertu bez przedrzeźniania rytów i symboli katolickich. Czytam, ze królowa popu zaczyna nowe koncerty od „spowiedzi”, a kończy na jakimś orgiastycznym szale. Na początek Madonna klęczy otoczona grupą zakapturzonych mnichów, którzy machają wielkim kadzidłem. Tak było w Paryżu, i tak ma być w Warszawie 1 sierpnia. Niektórzy tłumaczą, że piosenkarka zmaga się w ten sposób ze swoim życiem, z kompleksami i lękami. Być może, ale sądzę, że takim bluźnierczym kiczem robi wiele złego. Poza tym dopatrywanie się egzystencjalnej głębi w tego rodzaju występach wydaje mi się jednak naciągane.
Przekonuje mnie bardziej inny pogląd na sprawę. Otóż szansonista, celebryta musi wymyślać nowe występy, a tu w środku pustka, czyli brak twórczego natchnienia. No to co robić? Trzeba oczywiście epatować erotyzmem w każdej postaci, ale dziś sam seks nie wystarcza. Do pustej głowy przychodzi szybko myśl, że seks należy podlać pseudo-religijnym sosem. Z oczywistych powodów nie należy wykorzystywać symboli żydowskich, czy też islamskich. Pozostaje więc bluźnienie z chrześcijaństwa, a najlepiej z katolicyzmu. A jak ktoś zaprotestuje, to artysta ogłosi się męczennikiem wolności.
Ciężkie czasy. W polityce mamy katolików typu Niesiołowskiego, a w tzw. sztuce ex-katoliczki, które na scenie raz udają spowiedź, a innym razem kopulowanie. Róbmy jednak swoje. 1 sierpnia uczcijmy godnie rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego, przeczytajmy dobry tekst na ten temat, pomódlmy się za naszą Ojczyznę…
eMBe/Idziemy/Areopag21.pl

