Niepoprawny optymista
Marek Łoś (1960 - 2012)
Dzisiaj popołudniu wracałem autobusem ze spotkania Rady Fundacji im. Brata Alberta, które odbyło się w Otłoczynie pod Toruniem. W okolicach Częstochowy odebrałem telefon. Dzwoniła Ania Łoś, która zaledwie parę dni temu wyjechała wraz ze swym mężem na urlop. Powiedziała wówczas: „Marek nie żyje. Miał rozległy zawał i pomimo długiej reanimacji zmarł o godzinie 14”. To był dla mnie szok. Jako duchowny wiele razy odbierałem podobne informacje, ale ta była dla mnie szczególnie bolesna, bo dotyczyła stosunkowo młodego człowieka, pełnego życiowej energii, którego od wielu lat traktowałem jako młodszego brata.
Marek Łoś urodził się w 1 lipca 1960 r. w Krakowie, jako syn Rozalii i Wacława. Był jedynakiem, ale obdarzony dużym poczuciem humoru i łatwością w nawiązywaniu kontaktów posiadał nieliczoną ilość znajomych. Czas jego młodości wypadł na „karnawał Solidarności” i stan wojenny. Działał w Niezależnym Zrzeszeniu Studentów. Wciągnięty w nurt podziemnej konspiracji, połknął, jak to w tych kręgach określano, drukarskiego bakcyla. „Bibułę” drukował najpierw na spirytusowym powielaczu, a później na sitodruku. Po ukończeniu studiów prawniczych na Uniwersytecie Jagiellońskim i odbyciu służby wojskowe zajął się prowadzeniem własnej działalności gospodarczej, gdyż z natury swej nie potrafił pracować na etacie w jakimś biurze czy przedsiębiorstwie. Kochał po prostu wolność. Był miłośnikiem sztuki, kolekcjonerem i bibliofilem. Zajmował się nawet ceramiką i komponowaniem nalewek. Przede wszystkim jednak był wydawcą z powołania. Wraz z żoną, Anią (z domu Kluz), absolwentką teatrologii i dziennikarką Radia Kraków, założył „Małe Wydawnictwo”. Była to działalność „z misją”. Postawił bowiem sobie za cel wydawanie książek ambitnych, bez uciekania się do komercji i taniej sensacji. Kokosów na tym nigdy nie zrobił, ale wyrobił sobie dobrą opinię jako wydawca. Angażował się przy tym w działalność patriotyczną, począwszy od dorocznego Marszu Pierwszej Kadrowej, a na różnego rodzaju uroczystościach rocznicowych skończywszy. Z kolei w swoim, nowo wzniesionym domu w podkrakowskich Wróblowicach, organizował wspólne śpiewania pieśni, zapraszając na nie tłumy swoich przyjaciół.
Marka poznałem w połowie lat 90., gdy wspólnie pojechaliśmy jako wolontariusze do dotkniętej wojna Czeczeni. Wyjazd odbył się w ramach konwoju humanitarnego, zorganizowanego przez profesora-społecznika Zbigniewa Chłapa i stowarzyszenie Lekarze Świata , które później przekształciło się w stowarzyszenie Lekarze Nadziei. W następnych miesiącach wraz Markiem i Anią pojechaliśmy wspólnie do Charkowa na Ukrainie. Także wraz z konwojem humanitarnym, tym razem zorganizowanym na rzecz dzieł charytatywnych prowadzonych przez tamtejszą parafię i siostry franciszkanki z Lasek, które opiekowały się niewidomymi. Podobnych wyjazdów odbyliśmy kilka. Łączyła nas fascynacja Wschodem, a zwłaszcza Kresami i Ormianami. Dodam, że Ania do dziś w krakowskiej rozgłośni prowadzi audycję „Na wschód od zachodu”, która jest poświęcona , mniejszością etnicznym i narodowym. To umocniło naszą przyjaźń, a państwo Łosiowie wraz z córką Kasią, która chrzciłem, bardzo szybko wciągnęli się także w działalność Fundacji im. Brata Alberta w Radwanowicach. Zaprzyjaźnili się też z wieloma pracownikami i podopiecznymi tego dzieła. Marek, który przez pewien czas wchodził nawet w skład władz statutowych fundacji, kipiał inwencją. Drukował kalendarze, foldery i materiały reklamowe, wykonywał plakietki, a nawet ceramiczne płaskorzeźby. Zajmował się także promowaniem sztuki osób niepełnosprawnych. Szczególnie zajmował się jednym z artystów, do którego dzięki niemu przylgnęło miano „radwanowicki Nikofor”.
Zajął się także wydawaniem niektórych moich książek. Przełamywał przy tym moje opory, bo napisaniu książki „Księżą wobec bezpieki” miałem trochę tego wszystkie dość. Jednak w końcu namówił mnie na wydanie u niego zbiorczego tomiku poetyckiego pt „Wiersze”, a następnie do wznowienia pamiętników mego śp. Ojca, które ukazały się pt. „Kronika życia”, i wywiadu-rzeki pt. "Moje życie nielegalne", który powstał we współpracy z Wojciechem Bonowiczem. . Później dzięki jego wsparciu powstały kolejne książki: „Przemilczane ludobójstwo na Kresach” i „Nie zapomnij o Kresach”, a następnie „Ludzie dobrzy jak chleb”. Ta ostatnia zawierała biogramy 75 nieżyjących osób, które w najróżniejszy sposób wspierały tak Radwanowice, jak i inne środowiska osób niepełnosprawnych.
Marka ostatni raz odwiedziłem w jego domu w piątek 13 lipca. Przywiozłem mu z Kanady pamiątkę w postaci znaku drogowego z napisem „Uwaga! łosie!”. Ze względu na swoje nazwisko zbierał on bowiem najróżniejsze obrazy i bibeloty z podobizną tych zwierząt. Na kolację Marek sam ugotował pstrąga, którego zagryzaliśmy zieloną sałatą. Omawialiśmy wydanie kolejnej książki. Rozstaliśmy się z tym, że spotkamy się za tydzień.
Na koniec muszę wyraźnie zaznaczyć, że dom rodziny Łosiów był dla mnie zawsze oazą, gdy musiałem zmagać się z różnymi przeciwnościami. Z Markiem przegadałem setki godzin. Mieliśmy podobne, niepoprawne politycznie poglądy na świat, ale bardzo odmienne charaktery. Marek był wiecznym optymistą. Na dodatek też bardzo niepoprawnym. Podziwiałem go za to, bo ja miewałem różne humory Jako osoba głęboko wierząca często wyjaśniał swoim rozmówcom, że trzeba w każdej sytuacji wierzyć w Opatrzność Bożą.
Dziś, gdy Marka już nie ma wśród nas, tym bardziej te jego słowa są ważne. Ta wiara, i ten optymizm były bowiem jego przesłaniem życiowym.
eMBe/Isakowicz.pl

