- Pierwszy raz o arcybiskupie słyszałem od mojego nieżyjącego ojca. On pochodził z tych samych stron, czyli z ziemi tarnopolskiej na Kresach Wschodnich. Zawsze mi mówił, że to człowiek, który w czasie wojny przeszedł bardzo trudną sytuację. W 1939 r. weszli Rosjanie, potem były mordy UPA i po 45 roku, tak jak wszyscy kresowianie z ziemi tarnopolskiej, został wypędzony. Więc słyszałem o nim jako kresowianinie.
Później poznałem go jako kleryk. W latach 70. najwięcej kleryków z Archidiecezji Krakowskiej i Przemyskiej brano do wojska. Też byłem w wojsku. Wtedy się mówiło, że tak dużo kleryków jest zabieranych, bo jest to forma represji wobec biskupów, czyli kardynała Wojtyły i biskupa Tokarczuka, którzy obydwaj zdecydowanie byli przeciwko systemowi komunistycznemu.
Zostałem później przez niego zaproszony już jako ksiądz i autor książek. Ogromnie się tymi sprawami interesował. Urodził się koło Zbaraża, czytał dużo na ten temat i pisał. Miał świetną pamięć, wszystko bardzo dobrze pamiętał jeszcze od czasów wojny. Dużo o tym opowiadał. Był gawędziarzem. Mimo swojego wieku świetnie operował faktami, to było dla mnie zaskakujące.
Wiedziałem, że budował nielegalnie kościoły, wspierał „Solidarność”, ale ja go poznałem jako miłośnika Kresów. Gdy napisałem w 2008 r. książkę „Przemilczane ludobójstwo na Kresach”, to wtedy mnie zaprosił i byłem zdziwiony, że to czytał. Dużo czytał, dużo komentował. Miał swoje zdanie i ciekawość świata. Swoją inteligencją ogarniał wiele rzeczy.
Ostatni raz spotkaliśmy się dwa lata temu. Poruszał się już przy pomocy takiego chodzika, był zniedołężniały, ale bardzo sprawny intelektualnie. Interesował się ogromną ilością spraw. Nie tylko tymi, które dotyczyły jego archidiecezji. Dla mnie to był ostatni biskup kresowy, urodzony w tamtym rejonie. Przez to, że był w Przemyślu, mieście wielokulturowym, gdzie są dwie archidiecezje na obrzeżach obecnej Polski - był kresowianinem z krwi i kości. Takim go zapamiętam – mówi ks. Tadeusz.
Not. Jarosław Wróblewski
