Marta Brzezińska-Waleszczyk: Jak ksiądz ocenia decyzję Stolicy Apostolskiej w sprawie kard. Patricka O'Brien'a? To sygnał, że Watykan za pontyfikatu papieża Franciszka będzie radykalnie rozprawiał się z podobnymi problemami wśród księży?
Ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski: Uważam to za dobrą informację, która dotyczy nie tylko przypadku ze Szkocji. Trzeba pamiętać, że do tej pory wiele razy zdarzało się, że w podobnych sytuacjach Kościół nie podejmował odpowiednich kroków. Pewne sprawy się przedłużały, było wiele niedopowiedzeń, co z kolei wyrządzało jeszcze więcej zła i było szokujące dla wiernych. Klasycznym tego przykładem jest sprawa abp Juliusza Paetza. Przez kilka lat wszelkie interwencje do nuncjusza papieskiego abp Józefa Kowalczyka nie dawały żadnego efektu. Dopiero osobista interwencja prof. Wandy Półtawskiej, która w czasie prywatnego spotkania z Janem Pawłem II wręczyła mu list w tej sprawie, przyniosła efekt. To dowodzi, że problem był blokowany zarówno na poziomie nuncjatury papieskiej, jak i na poziomie Watykanu. Wprawdzie, przyjechała komisja, arcybiskup złożył rezygnację, ale nigdy do końca nie powiedziano jak wyglądała sytuacja, był winny czy nie. Co więcej, duchowny zamieszkał w Poznaniu i jego kolejne pokazywanie się na różnych uroczystościach wywoływało ogromne kontrowersje. Sprawa abp Paetza praktycznie ciągnęła się przez kilka lat. W gruncie rzeczy, dopiero w ostatnim czasie duchowny przestał uczestniczyć w uroczystościach religijnych, brać udział w mszach świętych z udziałem kleryków.
Jak księdza zdaniem należało rozwiązać tamtą sprawę?
Taki długi okres, jeśli chodzi o rozwiązanie sprawy abp Paetza, wyrządził wiele krzywd wiernym. Jeżeli duchowny był niewinny, to należało wyraźnie powiedzieć, że wszystkie stawiane mu zarzuty są bezpodstawne. Ale jednak jeżeli był winny, to według mnie powinien opuścić Poznań, nie mieszkać przy seminarium duchownym i nie brać udziału w wydarzeniach religijnych. Być może sprawa kardynała ze Szkocji będzie także wskazówką, dla polskiego episkopatu, jak należy postępować w podobnych przypadkach. Bo do tej pory jednak, według mnie, panowała duża niekonsekwencja w działaniu.
Czyli przypadek kard. O'Brien'a to wyraźny sygnał, że księża dopuszczający się nadużyć nie pozostaną bezkarni?
Mnie osobiście nie gorszy fakt, że tego typu problemy pojawiają się w Kościele, bowiem społeczność duchownych tworzą ludzie, którzy z natury są grzeszni. Bardziej bolesne z punktu widzenia wiernych jest to, że nie reaguje się na zło, a jeśli już, to dzieje się to bardzo długo, a w ewidentnych przypadkach następuje tuszowanie sprawy. Rozwiązanie sprawy kard. O'Brien'a może być sygnałem dla całego Kościoła katolickiego. Nastąpiła reakcja, sytuacja nie pozostała niezauważona a sprawcy nie pozostawiono na dawnym miejscu, by pełnił funkcję rezydenta czy biskupa seniora. Poniósł konkretne konsekwencje swoich czynów.
Papież Franciszek właściwie nie robi nic nowatorskiego – przecież już Benedykt XVI zaczął konkretnie walczyć z tego typu problemami.
Dokładnie, za czasu jego pontyfikatu, przez tylko osiem lat, zostało odwołanych aż siedemdziesięciu biskupów. Oczywiście z różnych powodów, bo nie wszystkie przypadki dotyczyły molestowania seksualnego. Niemniej – radykalne decyzje zostały podjęte. Poruszona została także sprawa abp Stanisława Wielgusa, którego odwołano w sposób bezprecedensowy. Wprawdzie on złożył rezygnację, ale na podstawie kanonu 401. Podobne odwołania występowały w krajach sąsiadujących z Polską, na Słowacji, na Łotwie, na Wołyniu. Niezależnie od tego, co było przyczyną – a były różne – biskup opuszczał diecezję, był przenoszony w inne miejsce. To oznacza, że już Benedykt XVI walczył z problemem. Teraz sprawa po raz pierwszy dotyczy purpurata, kardynała, więc jest tym bardziej znacząca. Myślę jednak, że papież Franciszek będzie konsekwentny w kontynuowaniu linii Benedykta XVI.
Rozmawiała Marta Brzezińska-Waleszczyk
