Chciałbym porozmawiać o krzyżu smoleńskim, ale nie o tym przy Pałacu Prezydenckim, lecz o krzyżu, który przyszedł nagle do Pani życia. Pani Senator, była sobota, poranek 10 kwietnia 2010 roku. Przyszła wiadomość i…

Byłam w domu sama. Rano włączyłam telewizor, aby zobaczyć przygotowania do uroczystości jubileuszowych w Katyniu z udziałem tylu znakomitych gości. Interesowało mnie to zwłaszcza w kontekście obserwowanych od wielu dni napięć związanych z tą wizytą. Nagle podano informację, że samolot uległ katastrofie. Od razu zadzwoniłam na komórkę do męża, ale nie była włączona. Kiedy usłyszałam, że żyją trzy osoby, miałam nadzieję, że jedną z nich jest mój mąż. Teraz mówię sobie, że to było egoistyczne. Ale różne myśli wtedy przebiegają przez głowę... Później przyszła wiadomość, że wszyscy zginęli. Zadzwoniłam do syna i córki…

Pojawiła się bezsilność, bunt?

Ani bunt, ani bezsilność. Jestem osobą dość twardą, w przeciwieństwie do męża, który był wrażliwy i delikatny. W tę pamiętną sobotę płakałam najmniej, bo uważałam, że płacz tu nie jest potrzebny, że trzeba się mobilizować, że trzeba jechać do Rosji, że trzeba coś robić, żeby dowiedzieć się czegoś więcej. Zaczęłam dzwonić do kolegów Staszka, a oni do mnie.

Czy ten krzyż dźwigała Pani sama?

Nie! Syn mieszka w Jaśle, kilka ulic od naszego domu i przyszedł od razu. Córka zaś przyjechała z Rzeszowa. Przyszli przyjaciele, rodzina, i czekaliśmy na wiadomości. Pierwszy oficjalny telefon z kancelarii Senatu, od marszałka Borusewicza, otrzymałam w godzinach południowych. Zapytał, czy wiem, że wydarzyła się katastrofa i zapewnił o wszelkiej pomocy. Dzwonili też wojewoda i marszałek. Na tym pierwszym etapie pomoc była dobra, tylko później się to trochę zmieniło. Myślę, że cała sytuacja przerosła organy państwa i dziś – po dziewięciu miesiącach, można powiedzieć, że to wszystko się potwierdziło.

Pojechała Pani do Moskwy…

Do Rosji pojechałam z moim bratem. Na miejscu, za wszelką cenę chciałam odszukać męża. Niestety, nie udało się. Minął jeden dzień, drugi i wtedy powiedziałam do brata: „Słuchaj, nabrałam przeświadczenia, że my nie odnajdziemy ciała Staszka. Może spłonęło…?” Trudno mi było to powiedzieć, ale czułam, że on chciał, byśmy go zapamiętali takiego, jakim był za życia ziemskiego. On był zawsze uśmiechnięty, z pogodną twarzą i taki skromny. W Moskwie mój brat powiedział do mnie: „Mam dla ciebie prezent”. I wręczył mi Dzienniczek św. Faustyny. Był to dla mnie symboliczny gest. Braliśmy ślub w październiku 1978 roku i patronem naszego życia stał się Jan Paweł II. Spotykaliśmy się z Papieżem kilkanaście razy, a mój mąż jeszcze więcej. Byliśmy zaproszeni na uroczystości kanonizacyjne siostry Faustyny – mąż wtedy był wicemarszałkiem sejmu. Któregoś ranka, kilka tygodni przed katastrofą 10 kwietnia 2010 r., przygotowywałam jajecznicę na kiełbasie (ulubiona potrawa śniadaniowa). Wtedy mąż zapytał mnie: „Znasz Koronkę do Bożego Miłosierdzia?” Zdziwiona nieoczekiwanym pytaniem odpowiedziałam, że tak. Kontynuował: „W kaplicy domu poselskiego modlimy się w taki sposób za chorą Panią Jadwigę Kaczyńską. Ostatnio mieliśmy Mszę św. w tej intencji i później rozdawano obrazki Jezusa Miłosiernego. Wziąłem dwa. Jeden mam dla ciebie.” I dał mi go. Swój włożył do skórzanego etui. Jedyne pamiątki po mężu, które dotarły ze Smoleńska to paszport dyplomatyczny i skórzane etui, z lekko zawiniętym od temperatury brzegiem, a w nim obrazek Jezusa Miłosiernego i obrazek z relikwiami Ojca Pio, który zawsze miał przy sobie, przywieziony z pielgrzymki dziękczynnej do Włoch w związku z rocznicą Utworzenia Uniwersytetu Rzeszowskiego.

Ten krzyż…

Nie krzyż, wola Boża! Staszek był głęboko wierzący. Nikomu wcześniej nie mówiłam tego, ale dziś powiem jak na spowiedzi, że czasami wieczorem byłam taka zmęczona, że nie miałam siły odmówić pacierza i tylko się przeżegnałam. Ale Staszek zawsze klęczał przed udaniem się na spoczynek i modlił się. On był lepszym człowiekiem ode mnie. Kiedy zmarł pomyślałam sobie, że mam szansę stać się lepsza. Swój los przyjmuję z pokorą. Wielkim wzruszeniem były dla mnie informacje o różnych formach pamięci modlitewnej i ogromna ilość intencji mszalnych w Polsce oraz poza granicami kraju. Myślę, że to wyraz żalu po jego przedwczesnym odejściu, nie tylko członków najbliższej rodziny ale także innych osób, które być może w ten sposób chciały mu podziękować, a może go przeprosić. On o ludziach zawsze mówił dobrze, nigdy źle. Czasami mówiłam, że Staszek jest za dobry, żeby być politykiem – może właśnie teraz takich polityków nam brakuje.

Skąd czerpała Pani i nadal czerpie Pani siłę w tym trudnym czasie?

Pan Bóg daje mi nadzwyczajne siły, co sprawia, że to wszystko wytrzymuję. „Bądź wola Twoja” i „Jezu ufam Tobie”. Te słowa przez cały czas towarzyszyły mi i powtarzałam je nieustannie. Modlitwa trzyma mnie przy życiu, przynosi ulgę i daje pokój serca. W Moskwie, w kaplicy, uczestniczyliśmy we Mszy św. Z niej czerpałam moc. Również w prosektorium była kaplica, w której można było się pomodlić. Siostry zakonne dawały nam obrazki i różańce, które można było włożyć do trumny. Kiedy zostałam senatorem i w domu poselskim gdzie często bywałam z mężem, poszłam na Mszę św., to na początku było mi bardzo trudno w niej uczestniczyć. Wcześniej nie miałam potrzeby szukania pomocy u Jezusa Ukrzyżowanego, bo moje życie było dobre, mogę powiedzieć, że szczęśliwe. Ono nadal jest szczęśliwe mimo tego trudnego okresu. Jest takie poetyckie określenie, że łzy płyną jak perły. Pierwszy raz poczułam właśnie takie łzy patrząc na krzyż w czasie Chrztu św. mojej wnuczki Konstancji, która urodziła się 9 dni po śmierci Staszka. One mi pomogły… Ja już nie płaczę… Odmawiam różaniec.

Wydaje się, że ten krzyż ma tak wiele ramion, które dotykają. Byliście małżeństwem przez 32 lata, zawsze razem, a teraz męża nie ma…

Ale nie jestem sama. Ciągle czuję obecność Staszka – tak, jakby był przy mnie i mnie prowadził. Syn z rodziną zamieszkał w naszym domu. Wielu ludzi otacza mnie wielką życzliwością i dzięki temu mogłam podjąć się zadania kontynuacji misji męża, bycia senatorem.

Jak przyjmuje Pani opieszałość i matactwa związane ze śledztwem, stronnicze komentarze z kłamliwą narracją części dziennikarzy? To jeszcze boli?

Ja nie rozumiem dlaczego państwo polskie tak mało się stara. My to czujemy. Mam szczęście, że pełnię funkcję publiczną i mogę się wypowiedzieć. Na różnych spotkaniach słyszę: „Jest pani senatorem, pani wie coś więcej niż my”. Z przykrością muszę mówić, że niestety, ja też nic nie wiem. Smutno mi, bo mówię o moim państwie, o urzędach tego państwa. Nas się o niczym nie informuje, choćby na przykład o odszkodowaniach. Dowiedzieliśmy się o tym z mediów. Uważam to za niedopuszczalne. Czy jeszcze boli? Tak. Długi czas nosiłam ukryty ból. To nie jest taki ból jak przy skaleczeniu czy uderzeniu. To jest ból, który mam w gardle, który ściska. Czasem ktoś mnie pyta, czy jestem przeziębiona, bo mam cały czas chrypkę. Nie! Bo nie chcę płakać i ten płacz jest uwięziony w gardle.

Ten krzyż pozostanie do końca życia. Bóg go nie odbierze, ale czy on się przemienia?

Im dłużej to trwa, tym jest gorzej. Kiedy patrzę na wnuki i myślę, że Staszek ich już nie zobaczy – jest mi ciężko. Ktoś, kto nie przeżywa tej tragedii, bo go zmęczyła, albo zwyczajnie go nie obchodzi, może organizować akcję internetową „Dzień bez Smoleńska”. Ale dla nas całe życie już będzie ze Smoleńskiem. Tego nie da się wymazać. To jest pamięć serca.

Przy pytaniu o krzyż zareagowała Pani mówiąc, wola Boża…

Trudno po ludzku zrozumieć to wydarzenie, czy odkryć jego sens, ale staram się na nie patrzeć oczyma wiary. Nie wątpię w to, że realizuje się jakiś Boży plan, z którego zrodzi się wiele dobra. Przed laty usłyszałam myśl, że dobrzy ludzie cierpią, aby źli byli zbawieni. Może nie brzmi to dosłownie, ale taki był sens. Na pokładzie samolotu byli również przedstawiciele innych wyznań. Znałam osobiście wielu pasażerów, Pana Prezydenta z Małżonką, Prezydenta Kaczorowskiego, ministrów: Stasiaka, Wypycha, Przemka Gosiewskiego, Grażynę Gęsicką, Janinę Fetlińską, niektórych generałów i mogłabym tak wymieniać… Kasię Doraczyńską i część osób z BOR. Nie znałam tylko pilotów. Zginęli w drodze do Katynia, tego szczególnego miejsca. Wielu leciało z jakąś intencją, tak jak pan generał Błasik, o czym zaświadczyła żona, że leciał w intencji przyjęcia Komunii św. za jednego z członków swojej rodziny. Wierzę, że wszyscy byli przygotowani na godzinę śmierci. Przecież leciało z nimi wiele osób duchownych, w tym biskup polowy Wojska Polskiego gen. Płoski, Wierzę, że Pan Bóg im wszystkim okazał swoje miłosierdzie.

W tym roku 10 kwietnia przypadnie w piątą niedzielę Wielkiego Postu i czytana będzie Ewangelia o wskrzeszeniu Łazarza. Jest tam dialog Jezusa z Marią, która czyni wyrzut Jezusowi: „Panie, gdybyś tu był, mój brat by nie umarł”. Czy w sercu Pani był podobny wyrzut, pytania, wątpliwości, rozdarcie jakie czuła Maria?

Przez te dziewięć miesięcy mogłam takie pytania stawiać, ale nigdy nie myślałam w ten sposób. Nie pytałam dlaczego zginął Staszek, tylko szerzej: Dlaczego zginęło tyle ludzi. Myślę, że nie tylko ja, ale większość rodzin, nie odbiera tego tylko jako osobistego dramatu, ale jako dramat całej grupy. Przecież zginęło tak wiele osób. My nie możemy myśleć tylko o sobie. Dlatego tym bardziej zależy nam na dojściu do prawdy o przyczynach i okolicznościach tej katastrofy. Dopowiem jeszcze, że mój mąż urodził się 1 maja 1949 roku. W tym roku będzie beatyfikacja Jana Pawła II i myślę, że to On będzie naszym orędownikiem w dojściu do prawdy o tragedii smoleńskiej.

W drugiej części tej Ewangelii znajdujemy dialog Jezusa z Martą. Jezus tak jak kiedyś do Marty pochyla się ku Pani i pyta: Alicjo «Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem. Kto we Mnie wierzy, to choćby i umarł, żyć będzie. Każdy, kto żyje i wierzy we Mnie, nie umrze na wieki. Wierzysz w to?». Co Jezus usłyszy w odpowiedzi?

Wierzę.

 

Rozmawiał ks. Bohdan Dutko MS

Wywiad ukazał się w najnowszym numerze dwumiesięcznika Zgromadzenia Misjonarzy Saletynów "Posłaniec Matki Bożej Saletyńskiej"

/

Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »