17. czerwca 1991. roku podpisano polsko-niemiecki traktat o dobrym sąsiedztwie i przyjaznej współpracy. Według analityka spraw międzynarodowych Krzysztofa Raka był to okres, w którym obie strony odniosły znaczne korzyści, a Polska zrealizowała swoje fundamentalne cele wstępując do struktur euroatlantyckich. W komentarzu telefonicznym dla portalu Fronda.pl Krzysztof Rak wskazywał, że stoimy dziś w obliczu prawdopodobnej zmiany układu sił w Europie – i Warszawa musi zrobić wszystko, by wypracować sobie jak najsilniejszą pozycję.
Krzysztof Rak: W ciągu ostatnich 25 lat obie strony były zwycięzcami, nawet jeżeli była tu pewna asymetria na korzyść Niemców. Polska niewątpliwie osiągnęła jednak swoje główne cele: zakorzenienie w instytucjach euroatlantyckich, Unii Europejskiej i NATO. Niemcy były po Waszyngtonie drugim co do ważności partnerem w osiąganiu tych celów. Dzięki ich realizacji zmieniła się nasza pozycja geopolityczna – a zapominamy, że po 1989 roku nie była ona wcale przesądzona. Przed tą datą byliśmy de facto częścią Imperium Sowieckiego. Tę sytuację udało się zmienić, ale historia mogła potoczyć się różnie. Można sobie wyobrazić, że Polska pozostałaby w pewnego rodzaju szarej strefie bezpieczeństwa, nie osiągając członkostwa w NATO i UE. Decyzję o naszym włączeniu do tych struktur podjęto w pierwszej kolejności w Waszyngtonie. To Stany Zjednoczone były mocarstwem, które w gruncie rzeczy zadecydowały o naszej pozycji – trzeba to podkreślać. Po nich jednak najwięcej do powiedzenia miały Niemcy, złączone z Ameryką partnerstwem w przywództwie (partnership in leadership). Podjęto więc decyzję o przyjęciu Polski do szeroko rozumianej politycznej euroatlantyckiej wspólnoty politycznej. Chcielibyśmy teraz, by nasza w niej pozycja była jak najsilniejsza. Tu właśnie rozpoczyna się dyskusja o polsko-niemieckich stosunkach. Najciekawsza jest jednak przyszłość i to, co i w jakich warunkach możemy zrobić, by poprawić naszą pozycję. Warunki, w których przychodzi nam działać, tymczasem silnie się zmieniają. Wszystko wskazuje na to, że dojdzie do kolejnej reformy instytucji Unii Europejskiej. Skutek tej reformy będzie miał wpływ na pozycję Polski, a wiele zależy od sytuacji Niemiec. Trzeba przy tym pamiętać, by nie patrzeć na tę sprawę przez perspektywę rządów PiS, jak chciałyby niektóre media w Polsce, bo to nie rząd PiS wpływa na pozycję Niemiec, ale posunięcia władz RFN. Obecnie przywództwo niemieckie w Europie stanęło pod znakiem zapytania. Na ten problem musimy jednak patrzeć przez pryzmat europejski, a nie wyłącznie polski.
Niemieckie elity dochodzą do wniosku, że Niemcy jako przywódcy europejscy w ostatnich latach zawiodły. Mówię tu nie o jakichś marginalnych, ale poważnych głosach z niemieckiego mainstreamu. Taką diagnozę stawiają chociażby najbardziej wpływowy niemiecki ekonomista Hans-Werner Sinn, profesor historii najnowszej na uniwersytecie w Bonn Dominik Geppert czy też analityk The German Marshall Fund, Hans Kundnani. Badacze ci są zgodni, że Niemcy w polityce europejskiej zawiodły. Ich zdaniem powraca dziś w Europie tak zwana kwestia niemiecka – die deutsche Frage. Chodzi tu o analogię pomiędzy Niemcami dzisiejszymi a Niemcami bismarckowskimi. Sedno brzmi: Niemcy są zbyt słabe, by narzucić Europie porządek hegemoniczny, ale zarazem zbyt silne, by wpisać się w jakiś kontynentalny układ równowagi sił. Dlatego, według tych analityków, Niemcy są jednym ze źródeł destabilizacji polityki europejskiej.
Argumentem za prawdziwością tej tezy ma być, według nich, kryzys zadłużeniowy. Według wspomnianych badaczy, Niemcy nie miały dość siły żeby uzdrowić strefę euro. Uzdrowienie miało polegać właściwie na przekazaniu państwom Europy południowej ogromnych pieniędzy. To tak zwana Unia Transferów. Chodziłoby o to, by wyrównać poziom rozwoju gospodarczego pomiędzy europejskim centrum a krajami południa, które ucierpiały na skutek kryzysu. Niemcy nie miały do tego wystarczających środków. Udzielona przez nich pomoc finansowa, kolejne programy pomocowe, polityka Europejskiego Banku Centralnego, za którą stał Berlin – wszystko to nie usunęło przyczyn kryzysu. Grano tylko na czas, podtrzymując strefę euro przy życiu. To właśnie przykład na ogólną tezę: Niemcy są za słabe, by samodzielnie rozwiązać problemy trapiące Europę, ale zbyt silne, by tworzyć z innymi krajami układy równowagi.
Jeszcze kilka lat temu wszyscy chcieli, by Niemcy objęły w Europie przywództwo. Symbolem tego stało się słynne wystąpienie polskiego ministra spraw zagranicznych Radosława Sikorskiego, który mówił, że obawia się nie niemieckiej potęgi, a braku zaangażowania Berlina w problemy europejskie. Dziś sami Niemcy przyznają, że Berlin nie sprostał temu zadaniu. „Kwestia niemiecka” w oczywisty sposób przekłada się na naszą sytuację. Stosunki polsko-niemieckie są w największej mierze skutkiem całego europejskiego układu sił. Przestrzeń, w której działa polska polityka zagraniczna, ulega dziś najprawdopodobniej przekształceniu. Redefiniowana będzie pozycja Polski, Niemiec; redefiniowane będą relacje między europejskimi mocarstwami. Nie wiemy do końca, jak to się potoczy, bo rozmawiamy jeszcze przed głosowaniem w Wielkiej Brytanii. Jeśli Wielka Brytania wyjdzie z Unii Europejskiej, to polityka kontynentalna skonsoliduje się wokół już nie trzech i pół mocarstw – pół, bo Włochy uważa się za mocarstwo połowiczne – ale wokół dwóch i pół. Nie wiadomo przy tym, jak kolejne francuskie władze będą odnosić się do współpracy z Berlinem. Czy nadal będzie to ścisła współpraca strategiczna, czy jednak Paryż spróbuje balansować wpływy niemieckie w Europie?
W ciągu ostatnich 25 lat pozycja niemiecka stale się zmieniała. Rosła bardzo silnie od momentu zjednoczenie, by w trakcie kryzysu finansowego i zadłużeniowego osiągnąć szczególną siłę – Niemcy postrzegano wówczas jako kontynentalnego przywódcę. Teraz dostrzegamy jednak pewnego rodzaju czy to słabnięcie, czy może raczej urealnienie niemieckiej pozycji. W związku z tym powstanie najpewniej nowy układ równowagi, który dla nas przedstawia ciekawe szanse. Musimy spróbować wzmocnić naszą pozycję w Europie. Relacje z innymi państwami, także z Niemcami, powinny służyć osiągnięciu tego celu. Tak, trzeba uwzględnić realia geopolityczne, ale nie zdejmuje to z nas odpowiedzialności: Należy zrobić wszystko, by znaczyć w Europie więcej, co pozwoli nam lepiej realizować nasz narodowy interes.
