- Violetta Villas była absolutnym fenomenem. Takie głosy jak jej w sensie warsztatowym, rodzą się bardzo rzadko. Ona miała głos o nieprawdopodobnej skali. Mieszkałem w Las Vegas i rozmawiałem z ludźmi, którzy z nią współpracowali. Była tam gwiazdą, głównym punktem programu... jak jej słuchałem to miałem wrażenie jakby była osobą z innej planety. Funkcjonowała na wysokim „c”. Śpiewała całą sobą.

 

Jej talent został niestety zmarnowany. Powodów można znaleźć wiele, od repertuaru po złą opiekę artystyczną. Zabrakło jej osób, które by ją wypromowały w świecie. Może problemem były jej bariery psychiczne, jej manieryzm? Może trudno było do niej dotrzeć? Może to też pośrednio nasza wina? Mam dobrych ludzi obok siebie i mogę realizować swoje plany. Ona nie miała tego komfortu, że ktoś jest z nią, czuwa przy niej. Artysta potrzebuje opieki, ale teraz Violetta na pewno już ją ma.

 

Była osobą szczerze wierząca w Boga. Jej miłość do kotów i psów płynęła z serca. Chciała pomagać. Jej ostatnie lata przeżyte w bolesnej samotności zrobiły swoje. Wypowiedzi w mediach, często wyrwane z kontekstu mogły nawet drażnić. Jednak jej serce było było dobre. Mogłaby mówić kazania o miłości i miłosierdziu.

 

Kiedyś z nią rozmawiałem planując śpiew w duecie i odniosłem z tego spotkania bardzo dobre wrażenie. Do realizacji tego zamiaru nie doszło z różnych powodów, ale wspominam ją bardzo dobrze. Dlaczego odeszła? Myślę, że Bogu może brakowało w niebie jej pięknego głosu - dodaje Krawczyk.

 

Not. Jarosław Wróblewski