Od piątku tematem numer 1 w większości mediów stała się prezydencja Polski w Radzie Europy. Mam przekonanie, że o ile przez najbliższe pół roku nie będzie się o tym mówić z taką intensywnością jak w ostatnich dniach, to na pewno wielokrotnie mówić się będzie z dużym naciskiem w kontekście zaangażowania obecnej ekipy rządzącej. Mam niepokój, nie tylko ja zresztą, że prezydencja, zamiast realizacji wyznaczonych celów, stanie się - w zależności od potrzeb - młotem lub wytrychem używanym w walce z opozycją.


Obawiam się też, że na nic zdadzą się wyrażane już od dłuższego czasu głosy, że prezydencja będzie wykorzystywana w kampanii wyborczej przez PO, bo zdziwiłbym się setnie gdyby partia od kilku lat z mozołem nadmuchującą bańkę wizerunkową, zrezygnowała z takiej okazji jaką jest darmowa – pardon, tzn. realizowana za pieniądze podatników – kampania promocyjna. Nic to, że zaproponowane priorytety prezydencji są tak ogólnikowe i niesprecyzowane, że właściwie nic z nich nie wynika, bo być może właśnie o to chodzi, jako że już samo silenie się na osiągnięcie wpływu na przywódców państw unijnych graniczy ze zdrowym rozsądkiem.

 

/


Obawom przeczyć ma dobra mina premiera i jego akolitów, którzy podpisując się pod logo polskiej prezydencji nawiązującego do znaku „Solidarności”, niejako zdefiniowali się jako grupa „Solidarni 2011” i grupują się wokół celów, które nie są wyrażone w niezdefiniowanym precyzyjnie programie prezydencji, ale w programie faktycznie i po cichu realizowanym, czyli: strzałka żółta – podatki, czarna – ceny, zielona – niekompetencja i kolesiostwo, niebieska – bezrobocie, pomarańczowa – deficyt, czerwona – samozadowolenie rządu.


Całe zaś logo, niczym tęczowa flaga w barwach środowisk LGTB, zwiastuje – obym się mylił – zbliżające się wielkim kroczem związki partnerskie.


Paweł Krzemiński