Jak Ksiądz Biskup zdefiniowałby powołanie kapłańskie?
Myślę, że w odbiorze społecznym powołanie kapłańskie często rozumie się jako rodzaj zawodu czy po prostu wybór drogi życiowej. Jednak mówiąc o powołaniu kapłańskim w kontekście wiary czy Ewangelii należy położyć nacisk na słowo „powołanie”. Powołanie po łacinie to „vocatio”. W tym rozumieniu powołanie to nie tylko sprawa człowieka, jak wybór zawodu czy drogi życiowej. To sprawa dwóch osób. Pierwszą z nich jest Chrystus, a drugą apostoł. Ktoś powołuje, ktoś woła, a drugi na to wołanie odpowiada. Takie rozumienie definicji powołania kapłańskiego musi koniecznie wybić się na pierwszy plan. Dopiero tak rozumiane powołanie pozwalana nam na drugim miejscu zająć się treścią tego powołania, a więc tym do czego Chrystus powołuje. Tą treścią jest zostanie kapłanem, duszpasterzem, a więc zajęcie szczególnego miejsca w Kościele.
Skoro to Pan Bóg powołuje, a w seminariach jest coraz mniej nowych adeptów do kapłaństwa, to czy możemy mówić o kryzysie powołań?
Co do liczebności powołań trzeba najpierw uwzględnić o jaki teren i o jaki czas pytamy. Oczywiście mówiąc o Polsce, w ostatnich kilkunastu latach mamy nieco mniej kleryków niż dawniej. Jednak w skali świata opinia o spadku powołań nie jest prawdą. Otóż w skali światowej odnotowujemy powolny, ale jednak wzrost młodych ludzi pragnących poświęcić swoje życie Jezusowi. Zatem mówienie o kryzysie liczebnym musimy odnieść raczej do Europy czy Stanów Zjednoczonych. Jeśli zaś do Europy, to także do Polski, która stanowi jej część. Myślę jednak, iż często używane stwierdzenie „kryzys powołań” nie do końca jest trafne. Bowiem jak już mówiłem, to Pan Bóg powołuje, a Pan Bóg nie przeżywa żadnego kryzysu. Byłby to swoisty absurd! Jeśli chcemy mówić o kryzysie to jedynie w kontekście kryzysu ludzkiej odpowiedzi na Boże wezwanie. Należy zadać sobie pytanie czy człowiek, który zostaje powołany jest w stanie to powołanie usłyszeć, czy pozwala mu na to jego styl życia. A jeśli już to powołanie usłyszał, to czy go nie zagłuszy. Czy ma taką formę, czy prezentuje taki styl życia, który nie zagłuszy tego Bożego głosu w jego sercu. A jak uda mu się usłyszeć i nie zagłuszyć tego głosu, to czy go po prostu nie odrzuci. Znakomitą receptą pozwalającą nam zrozumieć wątek tzw. kryzysu powołań jest fragment Ewangelii. Mowa o fragmencie kiedy Pan Jezus opowiada przypowieść o siewcy. Siewca wyszedł siać, a ziarna które rzucał padały w bardzo różne miejsca. Jedne na grunt skalisty, inne na drogę, a jeszcze inne zaś na miejsce żyzne, w którym jednak nie było zbyt wiele ziemi. Jedne ziarna zostały wydziobane przez ptaki, inne zostały zagłuszone przez ciernie, inne wprawdzie wzeszły, ale były nie trwałe. Pośród nich były jednak i takie, które padły na grunt żyzny i wydały plon 30 – krotny, 60 – krotny czy nawet 100 – krotny. Ta przypowieść ewangeliczna jest najlepszym materiałem, aby zrozumieć co to znaczy kryzys słuchania Bożego Słowa. Ponieważ powołanie to też Boże Słowo. To jeden z rodzajów Bożego Słowa skierowanego do człowieka.
Widzimy jak szybko zmienia się rzeczywistość polskiego społeczeństwa, jak szybko ono się laicyzuje czy nawet sekularyzuje. Czy jest jeszcze nadzieja, aby przy takich tendencjach byli jeszcze jacyś chętni, aby podjąć obowiązki kapłańskie? Czy jest nadzieja, że za lat – dziesiąt nie staniemy się krajem misyjnym?
Na to pytanie trzeba spojrzeć w dwóch aspektach. Otóż skoro widzimy pewne negatywne trendy, to czy jest jeszcze nadzieja. Obawiam się, że tak formułowane pytanie, które często dominuje w naszych myślach czy sercach jest skutkiem tego, iż za bardzo jesteśmy ukształtowani przez współczesny „mit postępu”. Musi być coraz lepiej, więcej, musimy więcej zarabiać, musimy mieć coraz więcej naukowych odkryć, więcej technicznych nowinek. Wobec tego powinniśmy notować podobne sukcesy i postępy w Kościele. Jeśli tak nie jest to czy jest zatem jakaś nadzieja, skoro postęp zawodzi. Myślę, że nasze spojrzenie na rzeczywistość Kościoła, musi być bardziej uformowane przez Słowo Boże. Szczególnie zaś w tym wypadku przez Stary Testament. Dlaczego? Ponieważ to on daje nam perspektywę długich, historycznych okresów. Stajemy wobec perspektywy wieków czy nawet tysiąclecia. Widzimy tam wielu proroków, którzy nie mówią nam, że jeśli obserwujemy negatywne trendy, to czy jest jeszcze nadzieja. Mówią natomiast: gdzie jest reszta Izraela? Gdzie ci, których Pan Bóg zachował, aż do tej chwili, aby od nich rozpocząć odnowę. Drugi aspekt dotyczy tego, czy nie staniemy się krajem misyjnym? Ja bym to pytanie odwrócił: czy my już wystarczająco staliśmy się krajem misyjnym? Dlaczego? Ponieważ jeśli podzielimy kraje na dwie grupy: na te, które potrzebują misji i na te które misji nie potrzebują, to taki podział będzie niechrześcijański. Gdyby taki podział stał się faktem, to oznaczałoby, że jesteśmy w potężnym kryzysie. Tu pojawia się ciekawe spostrzeżenie, cóż takiego robią księża proboszczowie, kiedy ogłaszają: w tym roku przezywać będziemy misje parafialne? Co ciekawe słowa tego nie używają od dzisiaj, lecz od dziesięcioleci czy nawet wieków. W tym kontekście my nie myślimy czy staniemy się krajem misyjnym, lecz czy dziś jesteśmy już krajem misyjnym w wystarczającym stopniu. Pewnie w tym kontekście częściej używamy innego wyrażenia, mówimy często o nowej ewangelizacji. Piękne jest zatem to, iż polscy księża jadą do innych krajów misyjnych, ale piękne jest także to iż pozostają w tym kraju misyjnym, któremu na imię Polska.
Widzimy praktycznie we wszystkich mediach kreowany przez nie obraz współczesnego księdza, który zawsze albo jest cynikiem czy człowiekiem obłudnym, chciwym lub dewiantem seksualnym, dla którego liczą się tylko pieniądze. Czy, aby na pewno ten obraz jest prawdziwy?
Odwołam się tutaj do pewnego przykładu, który pomoże nam zrozumieć różne sposoby patrzenia na Kościół. Jeśli jadąc pociągiem, nawet przez tak piękne miasto jak Rzym zwracamy uwagę tylko na śmietniki, zaniedbane podwórka czy ruiny kamienic to ten obraz jest na pewno nie pełny. Myślę, że tak też można zwiedzać Rzym. Pytanie tylko po co? Pamiętając o wszystkich negatywach jak wspomniane śmietniki warto jednak zauważyć to co w Rzymie jest piękne, oryginalne, to co podnosi człowieka na duchu. Warto zwrócić uwagę na zabytki kultury starożytnej czy pierwszych wieków chrześcijaństwa. Należy z takiej wycieczki przywieźć wrażenia jedne i drugie, jednak we właściwych proporcjach. Podobnie w naszym spojrzeniu na Kościół, powinniśmy widzieć, że bywamy różni jako duchowni. Pewnie zdarza nam się chciwość czy brak kultury, także prawdą są pewne wykroczenia prawne duchownych. W tym wszystkim należy jednak zachować właśnie odpowiednie proporcje. Spójrzmy uczciwie, spójrzmy proporcjonalnie, zauważając to co godne napiętnowania, ale miejmy także wzgląd na potężny zasób świętości w Kościele. Pomocna w tym temacie będzie nam także pewna socjologiczna obserwacja. Otóż wielokrotnie przeprowadzane badania wykazują, że ludzie mają zwykle gorsze zdanie o księżach niż o własnym proboszczu. Jest właściwie regułą, iż ludzie o wiele lepiej myślą o swoim proboszczu niż w ogóle o duchowieństwie. Widzimy tu jakiś paradoks. Przecież powinno być dokładnie odwrotnie. Jeśli rzeczywiście ci księża są, aż tak źli, to przecież ludzie swojego proboszcza – w domyśle – złego znają. Jednak jest właśnie odwrotnie. Dlaczego? Ponieważ znają swojego proboszcza, znają zarówno jego dobre jak i złe strony i generalnie oceniają go dobrze. Jednak duchowieństwa w Polsce, w pojęciu ogólnym nie znają. Ich wiedza bierze się z medialnego obrazu duchowieństwa. Stąd ich gorsze zdanie o duchowieństwie, ponieważ znają je przede wszystkim z mediów. Zaś opinie o proboszczu czerpią z własnego doświadczenia i widzą często jego zaangażowanie na rzecz dobra. Podsumowując, obraz duszpasterza u ludzi jest raczej pozytywny aniżeli negatywny, jak chciałyby media. Co do jednak medialnego przedstawiania duchownych, chociażby na tle problemu pedofilii, to jest ono bardzo mocno tendencyjne. Problem na pewno jest, jednak na tle innych nazwijmy to zawodów jest on według statystyk najmniejszy. O wiele bardziej dotyczy on nauczycieli czy trenerów. Jeśli zatem media nagłaśniają jedynie przypadki molestowania przez duchownych, a przemilczają o wiele większy problem wśród innych grup społecznych, to mamy tu bez wątpienia do czynienia z tendencyjnością. Jej skutkiem jest raczej chęć uderzenia i ośmieszania Kościoła, aniżeli rzeczywista troska o dzieci.
Spójrzmy może teraz na formację kapłańską. Był Ksiądz Biskup przez kilka lat Ojcem Duchownym we wrocławskim seminarium. Na czym właściwie powinna polegać formacja do kapłaństwa?
Formacja kapłańska ma w zamyśle odtworzyć tę formację, którą zaaplikował swoim uczniom Pan Jezus. To właściwie jest ideał formacji kapłańskiej. Pan Jezus, który jak widzimy w Ewangeliach powołuje uczniów, aby pierwotnie byli z Nim, a wtórnie aby mógł ich posyłać. Zatem wszyscy ci, którzy są odpowiedzialni za formację do kapłaństwa w seminarium wpierw obmyślają jak ułożyć dzień, rok akademicki tak, aby ułatwić i umożliwić klerykom najpierw spotkanie z Panem Jezusem. Dopiero następnym krokiem jest aspekt misyjny, a więc przygotowanie kandydatów do kapłaństwa, aby szli i głosili ludziom Dobrą Nowinę. Aspekt ewangeliczny jest bardzo ważny, bowiem seminarium oglądane z zewnątrz jest postrzegane jako rodzaj praktycznej szkoły. Tymczasem aspekt praktyczny jest jedynie pewną częścią całej formacji. Coś jest w fachu duszpasterza, jednak o wiele więcej w spotkaniu z Panem Jezusem, przebywaniu z Nim i nabyciu takiego współodczuwania serca. Należy kleryków nauczyć współodczuwać z Jezusem i współodczuwać z Kościołem.
Czy formacja kapłańska kończy się w momencie przyjęcia święceń prezbiteratu, a więc święceń kapłańskich ?
Należy najpierw zapytać: czy apostołowie podlegali jakiejś formacji w czasie swojego życia i swojej misji? Po dogłębnej analizie okaże się, że tak. Nawet św. Paweł, który z pośród apostołów był najzdolniejszy intelektualnie, organizacyjnie, najbardziej przedsiębiorczy także napisał w liście do Galatów: przybyłem do Piotra, Jakuba, Jana, aby przedstawić im Ewangelię. Po co? Aby właśnie oni ją ocenili i udzielili mu rad. Na końcu jak pisze Apostoł Narodów uścisnęli sobie prawice na znak pokoju. Widzimy więc tutaj wyraźnie aspekt formacyjny podczas wspólnego spotykania się apostołów. Jeśli zatem apostołowie podlegali takiej formacji, o czym możemy się przekonać z lektury Dziejów Apostolskich czy listów apostolskich, to jakże my – kapłani XXI wieku moglibyśmy się od tego uchylać. Stąd w Kościele mówi się o formacji stałej – formatio permanens. Wygląda to zazwyczaj w ten sposób, iż są organizowane cykliczne spotkania dla księży. Dwa razy w roku organizuje się tzw. spotkania rejonowe, są także spotkania dekanalne, są także rekolekcje dla księży. A więc tak naprawdę cały rok jest usiany takimi krótszymi bądź dłuższymi spotkaniami formacyjnymi. Nie możemy zapominać także, iż do tego zestawu dołącza się także osobista formacja księdza, jego praca nad sobą. Zatem każdy kapłan jest formowany przez spotkania wspólnotowe, a także formuje się samemu przez serce. W ten sposób widzimy, że istnieje stała, niekończąca się formacja kapłańska.
Z jakimi problemami według Księdza Biskupa w odniesieniu do własnego kapłaństwa boryka się współczesny, młody ksiądz?
Myślę, że problemem jest kontakt z twardą rzeczywistością, która należy do realiów życiowych. Zawsze rzeczywistość inaczej wygląda jak patrzymy na nią z daleka, bezkrytycznie czy nawet idealnie, a zupełnie inaczej kiedy spotkamy się z nią „twarzą w twarz”. Pamiętam, że wspominał o tym słynny apologeta chrześcijański C. L. Lewis. Jako przykład podawał, iż inaczej myśli się o lotnictwie czytając książki, wyobrażając sobie kokpit samolotu, a zupełnie inaczej kiedy człowiek realnie usiądzie za sterami takiej czy innej maszyny słysząc w tle odgłos silników. Zupełnie inaczej myśli się na studiach kiedy przygotowuje się, by podjąć obowiązki nauczyciela wśród idealnych jednostek dydaktycznych. I zupełnie inaczej wygląda twarda rzeczywistość zderzenia się z grupą trzydziestoosobowej młodzieży, z jej różnymi problemami i stylem bycia. Także współczesny kapłan musi zmierzyć się z realiami życia w jakich się znalazł.
Jakie widzi Ksiądz Biskup formy dotarcia do ludzi młodych, aby zachęcić ich do odważnego odpowiedzenia na Boże powołanie do kapłaństwa?
Myślę, że czasami sami sobie utrudniamy sprawę. Przykładem niech będzie forma reklamowania seminarium. Często, aby pokazać, że w seminarium nie jest tak źle mówi się: zobaczcie klerycy też są normalni, grają w siatkówkę. To wszystko prawda. Ale aby grać w siatkówkę młody człowiek wcale nie potrzebuje wstępować do seminarium. Musimy pamiętać, że magnesem przyciągającym do kapłaństwa jest Chrystus – ukrzyżowany i zmartwychwstały. Stąd może warto w takich reklamówkach pokazać krucyfiks czy tabernakulum. To one zachęcą młodych do wejścia w krąg ewangeliczny. Warto podkreślać, że seminarium to miejsce gdzie stawia się przede wszystkim na rozwój duchowy młodych ludzi. Natomiast gra w siatkówkę czy ping – ponga to tylko dodatki czy raczej formy rozrywki. Nie one jednak w seminarium są najważniejsze. Najważniejsza jest zażyła więź z Jezusem. Mówmy o przygodzie z Panem Jezusem, ale nie przemilczajmy faktu iż nie raz jest to przygoda trudna, choć w istocie bardzo piękna.
Czy współczesnemu człowiekowi, który ma właściwie wszystko na wyciągnięcie ręki, potrzebny będzie jeszcze ksiądz?
Niedawno temu przebywałem z naukami rekolekcyjnymi w Chicago. Znajomi księża zawieźli mnie, bym zobaczył miejscowe seminarium. Stany Zjednoczone to kraj dużo bogatszy od Polski i o wiele bardziej cywilizacyjnie zaawansowany. Wszystkie dobre i złe strony cywilizacji są tam mocno zaakcentowane. Owo pytanie więc o natychmiastowość, gratyfikację, łatwiznę życia w tym kraju są zdecydowanie mocniej zaznaczone niż ma to miejsce w Polsce. I będąc właśnie w seminarium Archidiecezji Chicago dowiedziałem się, iż aktualnie do kapłaństwa przygotowuje się tam 200 młodych ludzi. Jak widać tam, gdzie o kapłaństwie mówi się na serio i poważnie. Tam gdzie mówi się, że przede wszystkim polega ono na głoszeniu Słowa Bożego, na sprawowaniu sakramentów i budowaniu wspólnoty czy kontynuacji dzieła Chrystusa, tam ci młodzi ludzie dobrze wiedzą komu są potrzebni. Czuć tam atmosferę skupienia i powagi w spotkaniu z Jezusem, który ich formuje, aby za jakiś czas ich posyłać do zagubionych ludzi. Podsumowując jestem przekonany, iż księża nadal są i będą ludziom potrzebni jako przewodnicy w spotkaniu z żywym Jezusem.
Dziękując serdecznie Księdzu Biskupowi za rozmowę, życzę dużo wytrwałości oraz dalszego owocnego posługiwania w naszej Archidiecezji.
Źródło: „Nowe Życie” – dolnośląskie pismo katolickie nr 5/2012
