Gzyra przekonuje, że musimy zmienić język, jakim określamy zwierzęta, które mieszkają z nami w domach. - Takie zwierzęta nazywane są domowymi, zarówno w języku potocznym, jak i w prawie. To te, które – jak chce Ustawa o ochronie zwierząt – są „utrzymywane przez człowieka w charakterze jego towarzysza”. Spotyka się także określenie „zwierzęta towarzyszące”. Jest ono promowane przez Oxford Centre for Animal Ethics jako mniej uwłaczające zwierzętom niż angielskie „pets” - oznajmia Gzyra.
Ale natychmiast dodaje, że i sformułowanie „towarzyszące” nie jest odpowiednie. „Dyskusja o języku, którego używamy do określania innych, zarówno zwierząt, jak i ludzi, jest bardzo ważnym wkładem w tropienie szowinizmów. Być może nawet określenie „zwierzęta towarzyszące” nie jest dostatecznie dobre. Dlaczego miałyby być określane jako towarzyszące nam, a nie my jako towarzyszący im? Czy zawsze musimy być w centrum?” - przekonuje. „Określenie „towarzyszące” też może sugerować naszą dominację. Tak, jakby ich zdolność do znoszenia naszej bliskości, a de facto uzależnienie od nas, było najważniejszą ich cechą. Na dodatek ciągłe określanie wybranej grupy zwierząt jako naszych towarzyszy może umacniać fatalną hierarchię. Większość zwierząt nie należy do takich wybrańców. Brak tego rodzaju statusu oznacza smutny scenariusz życia. Oczywiście podział na zwierzęcych towarzyszy – członków społeczności, i zwierzęcych niewolników – wykluczonych, jest obecny także na portalach społecznościowych. To miejsca segregacji” - oznajmia obrońca zwierząt.
A na koniec postuluje, byśmy zwierzętom przywracali osobowość. „Zwierzętom, które nasza kultura napiętnowała jako „gospodarskie, futerkowe, doświadczalne, bezpańskie”, powinniśmy bezustannie i przy każdej okazji przywracać osobowość. Myśleć i mówić o nich jako o kimś. O niepowtarzalnym życiu, które ma biografię. Jakkolwiek smutna by była” - kończy swój tekst.
TPT/Krytykapolityczna.pl
