W najnowszym numerze tygodnika "Der Spiegel" okładkowy artykuł o tytule "Der verschenkte Frieden" ("Roztrwoniony pokój") analizuje skutki traktatu wersalskiego, kończącego I wojnę światową. W jego wyniku Niemcy utraciły znaczną część swoich terytoriów, głównie na rzecz Polski, oraz musiały wypłacić reparacje wojenne w wysokości 132 mld marek w złocie (w praktyce alianci uzyskali jedynie część tych pieniędzy). Tezą tekstu jest stwierdzenie, iż po tej umowie kolejna, II wojna światowa, była nieunikniona. - Traktat wersalski zasiał niezgodę wśród narodów Europy – piszą autorzy artykułu.
Zdaniem dziennikarzy resentymenty związane z krzywdzącym Niemcy traktatem były tak silne, że ktoś pokroju Adolfa Hitlera prędzej czy później musiał się pojawić. - Czy Niemcy wskutek traktatu wersalskiego były skazane na nową wojnę? Wypada wyraźnie odpowiedzieć: nie – pisze w swoim komentarzu dla "Rzeczypospolitej" Piotr Semka. - Przecież gdyby Niemcy porzuciły odwet i wybrały rolę potęgi ekonomicznej, pewnie wyszłyby na tym lepiej. Niestety, obsesja łamania "kajdanów Wersalu" popchnęła ich w objęcia Hitlera. Może lepiej byłoby o tym przypomnieć, zamiast sugerować: To nie my, to Wersal! - dodaje publicysta.
Poprosiliśmy o skomentowanie artykułu socjologa i filozofa, prof. Zdzisława Krasnodębskiego, który od lat wykłada na uniwersytecie w Bremie i doskonale zna atmosferę panującą w opiniotwórczych środowiskach niemieckich.
Prof. Zdzisław Krasnodębski:
Nasze polskie reakcje na publikacje tego typu wynikają z tego, że polska opinia publiczna dopiero niedawno zaczęła się interesować tym, jak się w Niemczech opisuje II wojnę światową. Opis, z którym spotykamy się w okładkowym artykule najnowszego wydania tygodnika "Der Spiegel", nie jest niczym nowym. W Niemczech bardzo często widzi się początek nieszczęść Europy w traktacie wersalskim. Oczywiście występuje także nuta potępienia rewanżyzmu Hitlera, niemniej i wskazanie, że dla ówczesnych Niemców był to traktat zbyt twardy, wręcz nie do przyjęcia. Przez takie artykuły próbuje się budować inną świadomość historyczną mówiącą, że odpowiedzialność jest bardziej rozłożona i że skutki wojen ponosili także Niemcy.
W artykule pojawia się wątek wskazujący na utracone po I wojnie światowej niemieckie ziemie na wschodzie. Było to odczytywane jako niesprawiedliwość, ponieważ mieszkało tam wielu Niemców. Jest to krytyka wilsonizmu, czyli przekonania, że da się zbudować trwały i sprawiedliwy porządek w tej części Europy na samostanowieniu narodów. To wpisuje się w bardzo trwałą tendencję, według której po I wojnie światowej stracono szansę na sprawiedliwy ład i pokój.
Myślenie, że nieszczęściem dla Europy były nacjonalizmy i powstanie małych i średnich państw narodowych w tej części Europy, gdzie nie było na to odpowiednich warunków, a lepszym rozwiązaniem byłaby federacja państw, czy nawet trwanie przy dotychczasowych granicach, jest właściwie w Niemczech dogmatem. Cała idea Unii Europejskiej jest zbudowana na potępieniu nacjonalizmu. W Polsce widzimy przyczyny wybuchu II wojny światowej zazwyczaj w konflikcie dwóch reżimów totalitarnych – nazizmu i komunizmu, tymczasem takie podejście w Niemczech jest bardzo słabo reprezentowane. Winy jest nacjonalizm gnębienie mniejszości narodowych, a nazizm lub faszyzm są jedynie skrajnym wyrazem tych nacjonalizmów.
Jest jeszcze jedna przyczyna pojawiania się tego typu artykułów. W Niemczech wyraźnie odchodzi się także od moralnego skupienia na własnej odpowiedzialności, w związku z czym wybija się na pierwszy plan inne aspekty związane z krzywdami wojennymi.
sks/Der Spiegel/Rz
Podobał Ci się artykuł? Wesprzyj Frondę »
